poniedziałek, 16 listopada 2015

Zaklinaczka ptaków

Ci, którzy regularnie czytają mojego bloga, zapewne doskonale wiedzą, że od kiedy pod moim dachem zamieszkała pewna kocia rodzina, na nowo odkryłam zalety tych zwierząt, i od tego czasu jestem zdeklarowaną kociarą. Założę się jednak, że niewiele z Was wie, że zanim nią zostałam, byłam zaklinaczką ptaków [przez niecały jeden dzień].


Lubię ptaki [Połówek pewnie nie może powiedzieć tego samego, po tym jak pewna rozjuszona mewa narobiła mu kiedyś na środek głowy…]. Lubię słuchać ich treli, patrzeć, jak z gracją szybują i swobodnie poruszają się po niebie. Chyba trochę im zazdroszczę tej wolności – nieograniczonej możliwości przemieszczania się z miejsca na miejsce. W dodatku darmowej. Bez paszportów, dowodów, dojazdów na lotnisko…



Czasami nasze ścieżki się splatały, przez co mam teraz kilka fantastycznych doświadczeń z nimi. Najbardziej niesamowite wydarzenie, jakie mi się przytrafiło z udziałem jednego z nich, miało miejsce, kiedy byłam małą dziewczynką. I gdyby nie to, że jego świadkiem była moja starsza siostra, pewnie sama bym nie uwierzyła w to, co miało miejsce. Otóż siedziałyśmy sobie kiedyś na zewnętrznej klatce schodowej naszego domu i rozprawiałyśmy o Bóg-wie-czym, kiedy nagle u naszych stóp wylądował mały ptak. Prawdopodobnie wróbel. Oczywiście moje uwielbienie do zwierząt nie mogło pozwolić mi na zignorowanie tego faktu. Odruchowo wyciągnęłam rękę w jego kierunku i powiedziałam: „Ptasiu, chodź do mnie”. A on… przyleciał. To było coś tak niesamowitego, a jednocześnie fascynującego i niewiarygodnego, że ten dzień zapamiętam do końca swojego życia.



Parę lat temu natrafiłam na trzy urocze pisklęta, które wypadły z jaskółczego gniazda. Jako że gniazdo – przyczepione pod dachem wysokiego domu - było poza moim zasięgiem, a samo środowisko niezbyt bezpieczne, nie pozostało mi nic innego, jak zabranie maluchów do domu. Te dwa tygodnie, kiedy mieliśmy je pod swoją opieką, karmiliśmy i uczyliśmy latać, były cudownym doświadczeniem. Wystraszone i nieufne na początku ptaki po pewnym czasie oswoiły się do tego stopnia, że czuły się całkowicie swobodnie w naszym towarzystwie. Po podniesieniu wieczka pudełka, w którym zamieszkały, wyskakiwały ochoczo na nasze ręce, a z mojej głowy i włosów robiły sobie lądowisko, uznając zapewne, że mają do czynienia z kopką siana. Były przeurocze, a moment, w którym przyszło mi je wypuścić na wolność dość wzruszający.


uwierzycie, że kiedy wyniosłam je na podwórko, wcale nie spieszyło się im do odlotu?


Jakiś czas później staliśmy się tymczasowymi właścicielami… gołębia, któremu chyba poprzepalały  się przewody w GPS-ie. Krążył koło naszego domu i ewidentnie chciał wejść do środka, jakby to było jego życiową misją. Tylko czekałam, kiedy za pomocą alfabetu Morse’a zacznie wystukiwać dziobem przekaz: „No wpuść mnie do środka, głupia babo!!!”. Zaprosiliśmy go w skromne progi naszej hacjendy sumiennie wypełniając obowiązki spoczywające na barkach gospodarzy domu. Robiliśmy, co mogliśmy, by gość czuł się swobodnie. Ostatecznie jednak chyba go zanudziliśmy, bo ptasi gość postanowił odlecieć gdzie pieprz rośnie, albo tam, gdzie gołębie zimują.



Ciężko jednak służyć jako tymczasowe schronisko dla ptaków, kiedy ma się pod dachem koty. A te, jak wiadomo, mają silnie rozwinięty instynkt łowcy. Wszystko, co się rusza [a nie jest człowiekiem i psem], musi zginąć. Tak w skrócie wygląda kocia filozofia. Czasem znajduję zatem w ogródku różne ofiary morderczej kociej aktywności. Nie zawsze niestety uda mi się zainterweniować w porę, ale tego dnia miałam wyjątkowo dużo szczęścia.



Kiedy wyjrzałam przez okno kuchenne i zobaczyłam całe kocie zbiorowisko [w tym nawet kota sąsiadów] ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie, wiedziałam od razu, że nie jest to saint-exupéry’owski przykład miłości bezgranicznej [„Miłość nie polega na wzajemnym wpatrywaniu się w siebie, ale wspólnym patrzeniu w tym samym kierunku” – Antoine de Saint-Exupéry]. Sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji.



Wybiegłam więc z kuchni jak oparzona i przegoniłam wszystkie koty. Między płotem a torbą z ziemią, którą przez własne lenistwo pozostawiłam tam dzień wcześniej po sadzeniu kwiatków, dostrzegłam kawałek sylwetki ptaka. Włożyłam tam rękę z sercem w gardle, obawiając się, że wyciągnę ją zakrwawioną, a ptak będzie zraniony do tego stopnia, że nie będę mu w stanie pomóc. Ostrożnie wzięłam go do ręki i zaniosłam do domu, żeby lepiej obejrzeć. Ku mojemu zdziwieniu i jednoczesnej uldze, nie dostrzegłam żadnych ran. Od razu rzucił mi się w oczy brak ogona, co początkowo uznałam za winę kotów. Myślałam, że pastwiąc się nad nim, powyrywały mu sterówki.



Przez cały czas, kiedy trzymałam go w rękach, a później pieszczotliwie przytulałam do cyca i głaskałam, bida siedziała wyjątkowo cicho i spokojnie. Spodziewałam się, że będzie próbował się wydostać, upatrując we mnie kolejnego wroga. Widać jednak uznał, że jego modlitwy do ptasiego boga zostały wysłuchane, bo oto zjawiło się ocalenie w mojej osobie.



Wieczór już był, a ja postanowiłam się przespać z „problemem”. Wypuszczenie go do ogródka nie wchodziło w grę, bo równie dobrze mogłabym mu w tamtym momencie skręcić kark. Efekt  byłby taki sam. Włożyłam go do pudełka, dałam coś do picia i jedzenia i zostawiłam w zamkniętym pokoju, by koty nie włamały się do niego w środku nocy. Zastanawiałam się nad podpięciem prądu do drzwi, ale ostatecznie tylko je zaplombowałam i okleiłam znakiem ostrzegawczym niczym policjanci miejsce zbrodni.



Bałam się, że kiedy rano zajrzę do niego, będzie martwy, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Zachowywał się tak samo jak wczoraj. Z ulgą udałam się więc do pracy odliczając w niej godziny do powrotu do domu. Zawsze wtedy, kiedy mam w domu jakiegoś zwierzaka, pędzę do niego jak na skrzydłach. Tym razem jednak nie dane było mi zobaczyć się z nim ponownie. W środku dnia zadzwonił Połówek mówiąc, że szukał w Internecie informacji na temat naszego podopiecznego i z tego, co się dowiedział, wynika, że maluch jest podlotem, który właśnie przechodzi przez ważny egzamin swojego życia – uczy się przetrwania. Rodzice mają go dokarmiać, więc powinniśmy czym prędzej zwrócić mu wolność i pozostawić w bezpiecznym miejscu, najlepiej jak najbliżej tego, w którym go znaleźliśmy. Jak powiedział, tak uczynił. Maluch opuścił nasze ognisko domowe bez pożegnania ze mną. Od tamtego momentu słuch po nim zaginął. Nie znalazłam jego zwłok koło domu.



Ale jako że w przyrodzie nic nie ginie, a śmierć nie lubi, kiedy zakłóca się jej ustalony porządek, to niedługo później okrutne i bezwzględne koty upolowały dla pańci innego pisklaka.


Tak, że wiecie. Gdybym znów zniknęła z bloga na długi, długi czas, będzie to oznaczało, że tekst o karmie i powracającym dobrze możecie wcisnąć między bajki.


To będzie znak, że dopadła mnie ptasia grypa.

21 komentarzy:

  1. Ptasia mama i kocia mama jednocześnie, niestety ale się wykluczają.... u nas jest podobnie, bo kotka sąsiadki czuje się w naszym ogródku jak u siebie; ptaki z kolei przylatują do naszych krzaczorów przy płocie i kiedy widzę to skupienie w oczach kotki, albo nagłą zamianę w słup soli, wiem, że ma ptaka na celowniku. cóż jednak poradzisz? natura to natura, silny prztrwa, bo ucieknie, słabszy zginie...
    raz tylko zobaczyłam śladu po kociej uczcie - rankiem w kąciku ogrodu walały się piórka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla kotów nie ma żadnych granic i pojęcia "cudza własność". Nasze też chodzą, gdzie chcą, koty innych ludzi [naliczyłam około dziesięciu różnych] przychodzą do naszego ogródka i czują się w nim, jak u siebie w domu. Niektóre z nich przeganiam, bo są agresywne i niewysterylizowane [atakują nasze, a na to im na pewno nie pozwolę], inne zaś dokarmiam, bo są milusińskie i bezproblemowe.

    W kotach nie lubię właśnie tego instynktu łowcy. One nie atakują, bo są głodne, tylko dlatego, że taka ich natura. Zresztą nie zauważyłam, żeby zjadały myszy, czy upolowane ptaki. Przeważnie torturują ofiarę, a potem ją porzucają. Zjadają za to muchy i pająki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzie Ci się mieści tyle miłości do ptaków i kotów :)) Ja w swoim dorosłym życiu żadnego zwierzaka nie miałam, no chyba, ze pod kilkudniowa opieką psy lub koty znajomych ;) pamiętam, jak przez tydzień opiekowałam się kotem sąsiadów, jak pojechali na wakacje, i jak wrócili kot w podziękowaniu przyniósł mi na taras upolowana mysz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Elso, nie zapominaj o innej mojej miłości, być może największej ze wszystkich - zamiłowania do koni :) Na konia jednak nie mogę sobie pozwolić, więc muszę zadowolić się kotami. Muszę przyznać, że całkiem udane z nich substytuty. Dzięki nim nie odczuwam potrzeby posiadania innych zwierzaków. Dom bez zwierząt wydaje mi się być nieco smutny.

    OdpowiedzUsuń
  5. U bas ogromne akwarium i chomiczek, tem mały: dwarf hamster. Kiedyś były dwa, ale jeden poszedł do chomiczego nieba w te wakacje. Ciężkie to były przeżycia, po których córa zadecydowała, ze nowego sobie nie życzy, bo nie chce żeby znow umarł. Przyjęłam ta decyzje z ulga, nie powiem, bo ostatecznie i tak matka klatki sprząta. Co do większych zwierzaków, to na razie jestem na nie. Może kiedyś, jak wreszcie zamieszkamy we własnym domu. Na razie ciagle nam ciasno, a ja na okrągło walczę z bałaganem, wiec kolejne atrakcje w postaci np. Pieska kompletnie nie wchodzą w grę. Ps. U nas tez cudze koty robią naloty na ogródek. Czasem, gdy cos gotuje siadają na parapecie jakby chciały wedrzeć sie do środka. Dzieci sie cieszą, a ja jakaś nieczuła jestem na te ich umizgi. Kociej many to raczej ze mnie nie bedzie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. A propos akwarium - nigdy nie miałam ani rybek ani chomika. Mieszkałam za to kiedyś w domu, w którym był myszoskoczek mongolski, ale nigdy się nie zaprzyjaźniliśmy. Te zwierzaki za bardzo kojarzą mi się ze szczurami i nie chciałabym mieć ich pod swoim dachem. Koty mogłyby mieć inne zdanie ;)

    Miałam taki okres w szkole podstawowej, a może nawet na początku średniej, że koniecznie chciałam mieć papużkę. Miałam już nawet dla niej imię - Polly [jak oryginalnie!] :) Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

    O to to! U nas na osiedlu też jest jeden taki, który zwykł siadać na zewnętrznym parapecie kuchni i obserwować mnie w akcji. Nazwaliśmy go Burasek, ale tak teraz sobie myślę, że powinniśmy go przechrzcić na Peeping Tom :)

    Oj tak - śmierć ukochanego zwierzaka to tragedia. Tylko ten zrozumie, kto przez to przechodził.

    OdpowiedzUsuń
  7. ja niestety jakoś do ptaków nigdy nie czułam mięty. Może dlatego, że w rodzinie niektórzy miewali papugi które wypuszczali i ja potem oglądałam te "obciachane" kupą ramy obrazów, żyrandole i inne tego typu ... to mnie brzydziło. Poza tym ptaki śpiewają a ja jednak lubię pospać rano więc to też by mi działało na nerwy. Zwierzęta lubię ale nie ptaki :)

    Cóż nikt nie jest idealny.

    Za to wszelkie futerkowce od myszek przez szczurki, świnki, króliki, koty i psiaki jak najbardziej mogłyby u mnie mieszkać. Bez problemu bym też mogła mieć gada iguanę albo kameleona. Trzymałam też w ręce kiedyś węża i też mnie on nie obrzydzał więc jakoś tak poza ptakami toleruję sporo zwierzaków :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie dziwię się, że Cię to obrzydzało. Nie zaliczyłabym go do dziesiątki, ani nawet do setki najpiękniejszych widoków ;)

    To mamy nieco odmienne upodobania, bo ja z kolei nie czuję żadnej mięty do gadów i gryzoni. Przyznam, że nawet trochę mnie obrzydzają, podobnie zresztą jak pajęczaki.

    Króliki za to bardzo lubię [i nie mówię tu bynajmniej o jedzeniu] :) Pocieszne stworzenia. Miałam z nimi wiele do czynienia, kiedy byłam mała i mieszkałam na wsi. Bardzo miło wspominam te zwierzaki.

    OdpowiedzUsuń
  9. z dzieciństwa pamiętam, że nasze koty właśnie "bawiły się" myszą. puszczały ją i łąpały znowu i tak przez jakąś chwilę. potem ją zjadały(ale one nie były karmione specjalnym jedzeniem, bo kiedyś takiego nie było, łowiły więc, żeby sobie dojeść). Dopiero jakiś czas później, w jednym z programów przyrodniczych wyjaśniono, że w ciele ofiary wzrasta poziom adrenaliny i koty - i nie tylko one - wolą takie mięso. Instynkt pozostał anwet jeśli kot już nie czuje głodu, żeby jeść :) Te koty z dzieciństwa, przynosiły jeszcze co którąś ofiare - już ubitą - do domu i kładły np. w kuchni koło stołu :) babcia się wściekałą, bo brzydziły ją myszy i kazała mi to wynosić, jako że ja nie miałam takich odczuć co do wszelkiego stworzenia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, dokładnie tak! Moje dwa polskie koty [czarne kocury] dokładnie tak się zachowywały. Na tym przecież polega cała frajda. A poza tym przysłowie "bawić się w kotka i myszkę" nie wzięło się z niczego. One też nie były karmione kocią karmą, jadły głównie to, co upolowały i to, co dostały z pańskiego stołu ;) Jako że mieszkaliśmy na wsi, koty były "wolno żyjące" i miały ogromny teren do polowań.

    Moje obecne futrzaki żywią się głównie kocią karmą [suchą i mokrą], czasami daję im tuńczyka z puszki, albo piekę/smażę im kurczaka, bo go uwielbiają, więc na pewno nie są głodne. Zabijają, bo taka jest ich natura. Nie oduczę ich tego. Tego ptaka, o którym pisałam, też musiały wcześniej męczyć, bo kilkanaście minut przed uratowaniem go słyszałam ptasie piski przez otwarte okno. Na szczęście udało mu się schować w dobrym miejscu, a mnie w porę zainterweniować.

    Znajduję czasami w ogródku upolowaną mysz albo ptaka [przeważnie pisklę], ale podejrzewam, że koty zabijają częściej, niż mi o tym dają znać. Nasza najbliższa sąsiadka powiedziała nam kiedyś, że w przeszłości każdego roku miała problemy z myszami, a od kiedy pojawiliśmy się my z naszymi kotami, już nie ma tego problemu.

    OdpowiedzUsuń
  11. Witaj Taito,

    Jestem pod wrażeniem jak wiele stworzeń zmieści się w Waszym domu. Faktycznie opieka nad kotami i ptakami jednocześnie musi być trudna. Koci instynkt o którym wspominasz jest jednym z powodów dla których nigdy nie zaprzyjaźniłam się z nimi bardziej niż to konieczne. Zupełnie inaczej niż z psami. Nie wyobrażam sobie tak do końca życia bez kudłatego szczęścia, które codziennie merda ogonem na przywitanie. I podobnie jak Ty uważam, że dom bez zwierząt jest smutny.

    Może jeszcze kiedyś uda Ci się spełnić końskie marzenia. Kto wie.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jaskółki mieliśmy na długo przed tym, zanim koty zamieszkały z nami na stałe, nie było więc problemów. Jak pokazują moje doświadczenia z przeszłości, trzeba być nadzwyczaj ostrożnym, kiedy ma się pod dachem koty i latające stworzenia. Jako dziecko kurowałam kiedyś nietoperza, ale w nocy zakradł się do niego kot i go zjadł.

    Daleka jestem jednak od demonizowania kotów. Powiedziałabym nawet, że psy są znacznie gorsze. Zabijają kury, borsuki, lisy, króliki/zające, koty, owce i jagnięta, inne psy, a nawet ludzi. W takim zestawieniu koty są słodkimi niewiniątkami.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie demonizuję kotów. Po prostu nie jest mi z nimi po drodze. Jedni lubią koty, inni psy. Nie znam i nie znałam nigdy psów, o których wspominasz. U mojej siostry na wsi to lisy zabijają kury i zające. Wszystko pewnie zależy od konkretnego zwierzęcia.

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja nie twierdziłam, że to robisz. Stwierdziłam, że jestem daleka od demonizowania ich, mimo że zdarza im się coś upolować. Po prostu uważam, że to psy są gorsze.

    To, że czegoś nie doświadczyliśmy, nie oznacza, że to nie istnieje.

    Lisy zjadają, by zaspokoić głód i przetrwać. Takie jest prawo natury. Psom można zrobić pranie mózgu i wytresować je na maszyny do zabijania. Niektórych nawet nie trzeba tego uczyć. Akurat znam takie, które zjadały kury i króliki, raniły owce i gryzły ludzi. Niedawno na osiedlu ktoś nie dopilnował bydlaka, który zabił sąsiadce kota. Gdyby to trafiło na mojego kota, chyba bym zabiła tego psa na miejscu. Moja miłość do zwierząt akurat by mi w tym nie przeszkodziła.

    OdpowiedzUsuń
  15. Niesamowite historie Taito!

    U nas w przeszłości również było parę spotkań z ptakami. Głównie mieliśmy styczność ze szpakami, które co jakiś czas wpadały przez komin na dół do naszego kominka i trzeba je było jakoś uratować. Zajmowałem się tym ja, bo moja żona strachliwa w tym temacie :) Aktualnie kominek mamy gazowy, więc nikt nie wpada. Jedyny kontakt, który nam został to wzrokowy. My w kuchni, ptaki na płocie a pomiędzy pędzący pies – bohater domu – który próbuje intruzów z podwórka przepędzić :)

    Skoro masz takie dobre serce do ptaków, to może powinnaś otworzyć jakieś ptasie sanktuarium? :) Byliśmy jakiś czas temu w tego typu miejscu, ale tam zamiast wróbli, szpaków, jaskółek były orły, jastrzębie i sokoły :) Były też lisy, które przez właściciela zostały udomowione i mieszkały razem z nim w domu :)
    Dobrą alternatywą, oczywiście odrzucając kwestie uwięzienia i klatki, mogą być papugi. Za mojej młodości, mieszkając jeszcze z rodzicami mieliśmy żółto-zieloną papużkę falistą. Przez 7-8 lat z nami mieszkała. Zdarzyło jej się na parę godzin uciec i błądzić po dżungli miejskiego blokowiska. Jakimś cudem ją odnalazłem i przyprowadziłem do domu :) Bardzo się z nią zżyliśmy, była mocno oswojona, stała się nieodzowną częścią życia rodzinnego i w momencie gdy umierała nam na rękach płakaliśmy jak bobry...

    Oprócz papug sugerowałbym kury :)

    pozdrawiam ciepło!

    Ps. Wpis mi bliski z uwagi na nazwisko :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Witaj Rose! I witaj Taito!
    Podpisał bym się pod Twymi słowami Rose. Nie ma to jak poranne odprowadzanie pod drzwi, kiedy wychodzę do pracy i wieczorna radość okazywana przez dwa kudłade szczęścia, że pancio nareszcie powrócił. One (zwierzęta) chyba rzeczywiście bezintersownie okazują nam uczucia. I to jak okazują! Także należę do grupy zwolenników psów. Do kotów prawie nic nie mam, ale jednak drażni mnie ten intensywny zapach (niech już będzie, że zapach) poznaczonych kół samochodowych z którymi na codzień pracuję, czy plandeki mojego motocykla gdy rano zdejmuję ją przed wyjazdem do pracy. Większość psów (zdecydowana większość) w mojej okolicy jest prowadzana na smyczach a koty włóczą się samodzielnie. I nie powstrzyma ich płot, murek czy brama.
    Nie jestem też zwolennikiem posiadania dużych psów, bo jednak nie każdy potrafi wychować psa. I pewnie stąd mamy opisywane przez Taitę przypadki.

    A z tymi ptakami, to trzeba Taicie pogratulować. Moje dwie próby uratowania ptasząt okazały się kompletnym fiaskiem. Może były zbyt wycieńczone, a może moje wysiłki były niewłaściwe...

    Niemniej, jakiekolwiek żywe stworzenie w domu wzbogaca nasze życie i uczy odpowiedzialności, empatii i bezinteresowności. Przynajmniej większość posiadaczy zwierzaków.

    Pozdrawiam, Zielak.

    OdpowiedzUsuń
  17. Oficjalnego otwarcia schroniska dla zwierząt nie mam w planach na najbliższą przyszłość. Taki nieoficjalny rezerwat dla zwierząt istnieje u nas już od dawien dawna, a wieść o nim szybko roznoszą sami zainteresowani, bo zarówno na poprzednim osiedlu, jak i na tym obecnym, stołuje się u nas sporo futrzaków.

    Mam w sobie coś z dobrotliwej, kochającej babci. Znasz to "no jedz, wnusiu, jedz, bo tak mizernie wyglądasz"? :) Jeszcze nią nie zostałam, ale niemal identycznie zachowuję się w stosunku do znanych i obcych mi zwierząt, szczególnie koni. Zawsze powtarzam, że powinnam zacząć wozić ze sobą worek owsa w bagażniku, albo chociaż jakieś marchewki. Najwyższa pora, by wprowadzić słowa w czyn ;)

    Ciekawie brzmi to miejsce, o którym wspominasz. Byłam w schronisku dla osłów [Donkey Sanctuary, Liscarroll], ale nie w takim dla ptaków.

    Już nie mam "fazy" na papugę, więc w ogóle nie biorę jej pod uwagę. Biorąc pod uwagę moją obecną sytuację, papuga, ani żaden inny ptak, nie miałby u mnie racji bytu. Koty szybko by się z nią rozprawiły.

    Hehe, kury też odpadają :) Jakoś nie mam ciśnienia na posiadanie wiejskich zwierząt. Może dlatego, że przez kilkanaście lat żyłam na wsi, gdzie moi dziadkowie mieli kury, krowy, świnie, a my sami łabędzie i króliki, więc nie ciągnie mnie do tych zwierząt. Jedynie konia bym chciała mieć, ale dopóki nie mam dla niego odpowiednich warunków, pozostaje mi jedynie zachwycanie się tymi obcymi.

    Trzymaj się ciepło, Ćwirku, w tę ponurą, wietrzną i zimową porę.

    OdpowiedzUsuń
  18. Skoro koty, to rzeczywiście papuga mogłaby mieć mały horror a tego byśmy nie chcieli :) Kury to opcja hard, no chyba, że mieszka się gdzieś za miastem, na farmie. Jedyny plus z kur to jaja i ewentualnie jakiś kurak na rosół. Tylko, że kto by tego kuraka upolował? Ja na pewno się do tego typu historii nie nadaję :)
    Wspomniałem o sanktuarium ptasim i nawet 3 zdjęcia Ci wysłałem, co byś miała jako taki pogląd. Super sprawa, fajna atrakcja, którą warto odwiedzić. W swoim czasie zawiśnie u mnie na blogu :)

    Hodowaliście łabędzie? Pierwszy raz się spotykam, żeby akurat te ptaki mieć. Raczej kojarzą mi się z wolnością bardziej. Moje spotkania ze zwierzętami przez całe ponad 30 letnie życie ograniczały się do: chomika, papugi, rybek, kota i teraz psa. Czyli najbardziej standardowo jak tylko można. Takie rybki to nawet chciałbym mieć raz kolejny ale jakoś nigdy się nie udaje. Fajnie byłoby mieć takie duże akwarium, tylko że takie duże to dużo kasy i to nas trochę stopuje. Ale może kiedyś?

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj Taito.
    To mnie poczęstowałaś tekstem... No nic, potraktuję go jak poradę na zapachy.
    Zabiegany okres mamy, więc już teraz życzę Tobie i Połówkowi a także odwiedzającym Twój blog czytelnikom, Świąt Bożego Narodzenia wesołych i zdrowych, pełnych szczęścia i możliwie najbardziej rodzinnej atmosfery aby minęły ciepło i spokojnie.

    Zielak.

    Ps. Pewnie wpadnę tu w święta. Pa!

    OdpowiedzUsuń
  20. Tak jakoś wyszło. Temat chwytliwy. Jak zobaczyłam rozmiary komentarza, to przez moment pomyślałam, że opublikuję go jako posta, ale ostatecznie zostawiłam go w spokoju.

    Dziękuję za pamięć. Wam również wszystkiego dobrego życzę. Na Boże Narodzenie i na nowy, 2016 [kiedy to zleciało?!], rok.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jedna kura [domowa] wystarczy w naszym obejściu ;) Byłoby za dużo gdakania i nie wiem, jak poradziłby sobie z tym Połówek ;)

    Zdjęcia już dawno obejrzane i popodziwiane :) Zapowiadają interesujący wpis. Już nie mogę się go doczekać.

    To prawda, mnie również kojarzą się one bardziej z wolnością niż niewolą. A co do przekroju zwierzaków, to u mnie jeszcze bardziej standardowo i zwyczajnie, bo nigdy nie miałam ani rybek, ani papugi, ani chomika. Tylko psy i koty. No i króliki.

    Mówią, że nigdy nie jest za późno na zrealizowanie swoich marzeń. Zatem jeszcze wszystko przed Tobą, Ćwirku :) Akwarium może poczekać.

    OdpowiedzUsuń