wtorek, 2 kwietnia 2013

Szwajcaria, odcinek 3: Rolle - Knockin' On Heaven's Door


To zadziwiające, jak coś takiego jak wspomnienia, coś niematerialnego, nieuchwytnego i nienamacalnego fizycznie, może być tak intensywne, żywe i wyraziste. Wydawać by się mogło, że są to atrybuty zarezerwowane tylko i wyłącznie dla czegoś rzeczywiście istniejącego. Tymczasem mój przypadek pokazuje, że wspomnienia potrafią także mieć zapach i smak. Bo ilekroć wracam myślami do Rolle, niewielkiego miasteczka w południowo-zachodniej Szwajcarii, tyle razy w moim umyśle rozpoczyna się proces, którego nie umiem - i prawdę powiedziawszy nie chcę - zatrzymać: odtwarzam tamten dzień na nowo, czuję smaki i zapachy zjadanych wtedy smakołyków, słyszę radosny śpiew ptaków i delikatny szum wody. Czuję coś jeszcze – przyjemne promienie słoneczne na rozgrzanym ciele, a także woń lata, radości i szczęścia. A to akurat jest jeden z najładniejszych zapachów.



Pierwszą część naszego urlopu postanowiliśmy poświęcić na zapoznanie się z urokami Jeziora Genewskiego, znanego również jako Lac Léman i teraz z perspektywy czasu wiem, że to była świetna decyzja. Nie żałuję, że zmodyfikowaliśmy swoje plany, które w pierwotnej wersji zakładały dokładną eksplorację Genewy. Duże miasta są z pewnością bardziej ‘wibrujące’, ale na dobrą sprawę wiele z nich ma wspólny mianownik – można dopatrzeć się u nich wielu podobieństw. Te mniejsze są często dużo bardziej interesujące: niepowtarzalne i bardziej klimatyczne. Być może właśnie dlatego, że ich uroku nie zadeptują codziennie dziesiątki tysięcy osób.




Genewa nie potrafiła mnie zatrzymać. Coś pchało mnie w stronę tych mniejszych miast. Coś podpowiadało, że się nie zawiodę, więc pobiegłam za tym czymś, jak wygłodniały pies za aromatem kiełbasy. Moje wiecznie niedopieszczone ego sugeruje, że to coś, to była moja nadzwyczajna intuicja, jakiś nadprogramowy zmysł, ale chyba nie do końca daję temu wiarę.



Jezioro Genewskie to wspaniały podarunek od matki natury – dar, który przypadł zarówno boskiej Szwajcarii, jak i uroczej Francji. Większa część jeziora należy do tego pierwszego kraju. Długość szwajcarskiej linii brzegowej wynosi nieco ponad 140 km, co stanowi bezproblemowy i dość przystępny dystans do pokonania. Oczywiście nie udało nam się zwiedzić wszystkich miast i miasteczek leżących u jego brzegów, ale te, które wybraliśmy, okazały się być szczęśliwym i udanym wyborem.



Do Rolle jechaliśmy w konkretnym celu – zwiedzenia tamtejszego, trzynastowiecznego zamku. Już niedługo po przybyciu okazało się, że ta imponująca twierdza nie jest udostępniania dla ciekawskich turystów. Zamek, jak wiele innych warowni, ma bogatą historię – jego sale były niegdyś m.in. kwaterami nauczycielskimi, pełniły także funkcje klas szkolnych, biur administracyjnych, szpitalnych salek i więziennych cel. Dla mnie przede wszystkim był to wyjątkowo przyjemny wizualnie obiekt, bez którego miasto nie byłoby takie urocze.



Rolle okazało się być idealne do nauki tego, co Włosi określają jako dolce far niente, do słodkiego nieróbstwa. W istocie było ono niebiańsko słodkie – chwilę po tym, jak dotarło do nas, że nie zwiedzimy zamku, postanowiliśmy osłodzić sobie to maleńkie niepowodzenie. Przechadzając się po czystej ulicy otoczonej z obydwu stron kolorowymi elewacjami budynków z drewnianymi okiennicami, dotarliśmy w końcu do pâtisserie-boulangerie Ch.Moret, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej.



Wszelkie ciastkarnio-piekarnie to przybytki, które darzę szczerym uwielbieniem. Znaleźliśmy się w raju dla łasuchów. Tak zapewne wyobrażają sobie niebo wszyscy miłośnicy słodkości. Bodźce wzrokowe i zapachowe natychmiast pobudziły pracę naszych ślinianek – w dodatku straciliśmy umiar. Staliśmy przy ladzie z kolorowymi wyrobami cukierniczymi i piekarskimi i nie potrafiliśmy powiedzieć sobie dość. To może jeszcze ta drożdżówka z czekoladą i wanilią? A co z tym nugatem? Bierzemy, nie? To nic, że przed chwilą wybraliśmy sobie świeżo przygotowane bagietki ze smakowitym nadzieniem. Z pewnością zjemy także słodkości.




Z reklamówkami wesoło dyndającymi w ręku równie wesołym krokiem powędrowaliśmy tam, skąd przyszliśmy. Przyzamkowe ławki wydawały się być idealnym miejscem do spożycia dopiero co zakupionego lunchu. Obiecywały niezapomniane wrażenia, bo przecież nie od dziś wiadomo, że posiłek spożywany w miłym towarzystwie i uroczej scenerii zyskuje podwójnie na smaku. I tak właśnie stało się tym razem.



Znaleźliśmy najbardziej wygodną pozycję do jedzenia i już po chwili wzdychaliśmy z zachwytu nad smakiem zjadanych produktów. Szybko też zyskaliśmy nieproszonych gości. Ptaki kręciły się u naszych stóp, licząc zapewne na jakiś okruch. To był ich szczęśliwy dzień – w ich małych dziobach co chwilę lądowały kawałeczki pieczywa. Co sprytniejsze sztuki wyłapywały okruchy jeszcze w locie, zanim chlebowa kulka upadła na kamyki i trafiła do gardła konkurentów.




Wielki błękit rozpościerał się przed moimi oczami – niebieskie niebo niemalże zlewało się z tym samym odcieniem wody w jeziorze. Widnokrąg zdawał się zanikać. Tafla jeziora bywała najczęściej nieruchoma. Jej idealną gładkość burzyły pluskające się i ‘nurkujące’ łabędzie. One tak jak i my wydawały się czerpać ogromną radość z przebywania w tym miejscu. Wokół nas było wyjątkowo mało osób, przez co momentami ciężko było mi uwierzyć, że ten mały kawałek raju mamy tylko dla siebie.



Niezwykle przyjemnie spacerowało się uliczkami tego miasta. Wśród platanów, barwnych sklepików, lodziarni, księgarń i restauracji. Myślę sobie, że tamtego dnia Rolle skutecznie zapisało się w mojej pamięci. Zachęcone przeze mnie wdarło się do mojego umysłu i zagospodarowało sobie spory kawałek mojej pamięci.




Kiedyś pod koniec liceum pisałam testy na predyspozycje zawodowe. Jedno z zadań polegało na napisaniu jak największej liczby konotacji związanych z danym słowem. Mimo że od mojego pobytu w Rolle upłynęło już sporo czasu, nie miałabym najmniejszego problemu z przypisaniem temu miastu nawet kilkudziesięciu konotacji. Co więcej wszystkie byłyby pozytywne.




Dlaczego zatytułowałam ten wpis Knockin’ On Heaven’s Door? Bo tamtego dnia dwukrotnie pukałam do drzwi nieba. Po raz pierwszy wtedy, kiedy otaczałam się pięknem Rolle i przypominałam sobie, co znaczy szczęście. Po raz drugi wtedy, kiedy zjeżdżając z ronda przyzwyczajenie wzięło górę - zamiast na prawym pasie jezdni znaleźliśmy się na lewym i nagle spostrzegliśmy, że na wprost nas pędzi samochód. Na szczęście w niebie nikt nie chciał otworzyć.


28 komentarzy:

  1. Mięliście przecudną pogodę, więc nie dziwię się, że tak miło wspominasz tamte chwile... Dla takich wspomień warto żyć, warto zapisywac je na blogu :) Czyli jednak sielskie jezioro wygrało z wielka Genewą! I wcale mnie to nie dziwi :) Pozdrawiam zimowo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pogoda w istocie była bardzo ładna. Przez cały nasz pobyt było jakieś 30 stopni. Najgoręcej było w Zurychu.

    Kochana, tak jak piszesz - dla takich chwil warto żyć. To były moje najlepsze wakacje. Autentycznie z wielkim żalem wracałam do Irlandii. Wiesz przecież, jak bardzo lubię ten kraj. A teraz wyobraź sobie, jak wielkie wrażenie musiała na mnie zrobić Szwajcaria. Z chęcią bym się tam przeprowadziła...

    Ale numer z tą białą Wielkanocą!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli do powyższego tekstu jak ulał pasuje znana maksyma, że: W życiu piękne są tylko chwile... :)

    Zerknąłem na mapę i nad Jeziorem Genewskim leży sobie między innymi Nyon, miasto bardzo ważne! A z jakiego powodu ważne? Czekam na odpowiedź :)

    Swego czasu, dobre 17 lat temu (Boże jak ten czas zasuwa... :( ) przejeżdżałem przez Szwajcarię i na krótko odwiedziłem inne wielkie jezioro - Bodeńskie. Mało pamiętam, ale wiem, że bardzo mi się podobało. Przypuszczam, że to Genewskie jest podobne?

    A miasteczko rzeczywiście senne. A powiedz z jakiego okresu ten zamek? Jakiś taki wypicykowany, zupełnie inny niż te nasze piękne, obszarpane zamczyska na Wyspie ;)

    pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
  4. No jak to z jakiego powodu? Oczywiście ze względu na UEFA. Zgadłam, zgadłam, prawda? :) Byłam w Nyon, bardzo fajne i klimatyczne miasteczko [z uroczym zamkiem]. Może kiedyś je opiszę, ale nie pokładałabym w tym zbyt dużych nadziei :)

    Niestety nie dotarliśmy do Jeziora Bodeńskiego, ciężko mi powiedzieć, czy jest podobne do Lac Leman. To jednak zupełnie inne strony kraju, a z tego, co zauważyłam, jest to kraj bardzo różnorodny nie tylko pod względem językowym, kulturowym, lecz także krajobrazowym. Najbardziej urzekła mnie część południowo-zachodnia. Zabrakło mi czasu, by zwiedzić wszystkie strony tego kraju. W tym roku chyba już tam nie wrócę. Będę w milczeniu tęsknić i kochać Szwajcarię, ale na cel tegorocznych wyjazdów obrałam już sobie inne kraje.

    To trzynastowieczny zamek. Daj spokój, nie porównuj go z irlandzkimi 'kanciakami' ;)

    Serdeczności! :) Dobrej nocy. Idę spać, bo rano znów pobudka o szóstej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj Brutusie;)

    No jak to? Ja myślałam, że to najpiękniejsze co zostaje po podróżach. Wspomnienia, których nikt nie zabierze. Cudowne smaki przysmaków, zapachy miejsc, ludzi, wydreptane własnymi stopami kilometry...Fotografie, które są zapisane na twardym dysku pamięci. Kiedy mam gorsze chwile odkopuję wtedy wszystkie te zapisane, dobre, przypominam sobie za każdym razem od nowa.
    Mam wrażenie, że dla takich zdjęć z łódkami (które swoją drogą uwielbiam) nie trzeba jechać do Szwajcarii. Wystarczy nasz nieoceniony Bałtyk. Jak będę pamiętać podeślę Ci na e mail moje zdjęcia.
    Jeju, tyle czasu minęło od Waszego pobytu w Szwajcarii a Ty ciągle wspominasz:) Dobry sposób na delektowanie się przebytymi wakacjami.

    Lubię jeść w okolicznościach przyrody. Szczególnie, kiedy wokół nie ma żywej duszy, tylko świerkot ptaków i ewentualnie ci mali towarzysze błagalnie patrzący prosto w oczy o jakiś okruch. Wtedy nawet zwykła bułka z serem smakuje jak wykwintne danie.

    Ruch lewostronny bywa niebezpieczny jak widać. Dobrze, że nie otworzyli Wam w niebie, jeszcze nie czas. Kto by mnie wtedy przyprawiał o ból kręgosłupa, kiedy muszę dźwigać ponad 4 kg po schodach?;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, Cezarze ;)

    Najpiękniejsze co zostaje po podróżach? Wspomnienia i zdjęcia - to na pewno. Bo z pewnością nie pusty portfel ;) Opalenizna bywa jeszcze piękna, a w Szwajcarii nie było o nią trudno. Też lubię przeglądać fotki z odbytych wycieczek. Swego czasu drukowałam te najładniejsze (najsympatyczniejsze) i umieszczałam je w albumie fotograficznym. Dość szybko jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Moje archiwum wkrótce przypominałoby bibliotekę w dublińskim Trinity College ;)

    Pewnie tak, ale nigdy nie byłam fanką Bałtyku, więc przyznam szczerze, że wole jechać nad jakieś zagraniczne morze/jezioro.

    To zdecydowanie jedne z wymarzonych warunków do spożywania posiłków.

    Bywa, bywa. Dziś akurat wspomniałam o naszej wpadce szefowej, która właśnie wróciła z pobytu we Francuskich Alpach i okazało się, że ona zrobiła kiedyś ten sam numer.

    Nie otworzyli, bo pukałam do niewłaściwych drzwi. Gdybym trafiła pod prawidłowy adres, Lucyfer, Bael i Mefistofeles walczyliby o to, który z nich ma uchylić piekielne wrota :)

    Ból kręgosłupa? No nie mów, że Ci nie pomógł ;) Cóż, ten przypadek dobitnie pokazuje, że piekło dobrymi chęciami jest wybrukowane. A ja tylko chciałam Ci zrobić dobrze! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. O opaleniznę nie dbam, bo się nie opalam, więc muszę zaakceptować moją alabastrową cerę;) Ja rzadko, bo rzadko, ale wywołuję zdjęcia. Jednak co na papierze to na papierze. Takie fotografie są bardziej trwałe.
    Ja uwielbiam Bałtyk. Kto go nie lubi chyba nazbyt mało poznał. Jestem zagorzałą obrończynią, więc strzeż się Brutusie;)
    Proszę Cię. Nie sądzę, aby to był dobry adres. Zbyt dobre i szkarłatne Twe serce;)

    Pewnie, że nie pomógł. Jeszcze na studiach byłam to pamiętam, że jak czekałam na dworcu bagażnik otwierała zawsze jakaś dziewczyna, by całe stado samców (bo na pewno nie mężczyzn) mogło włożyć sobie swoje bagaże...

    Zrobiłaś mi dobrze!;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie opalałam się celowo, ale mimo to wróciłam do Irlandii z ciemniejszą skórą - przebywanie na słońcu od rana do wieczora zrobiło swoje. Poza tym nie spodziewałam się upału i nie wzięłam żadnych kosmetyków ochronnych.

    A wiesz, że pewnie masz rację? Byłam nad polskim morzem kilka razy, ale zdecydowanie nie mogę powiedzieć, bym znała Bałtyk i jego okolice jak własną kieszeń.

    O tempora, o mores! Zdaje się, że dżentelmeni są już na wymarciu. Za niedługo dołączą do dinozaurów.

    Czyli nie jestem jeszcze taka beznadziejna w te klocki ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. No tak, bywa czasami.

    Cudze chwalicie, swego nie znacie?;)

    Zdecydowanie nie, ale o tym może już wystarczy w miejscu publicznym, wystosowałam dziś do Ciebie baaardzo długiego e maila;) Mam nadzieję, że jesteś usatysfakcjonowana;)

    OdpowiedzUsuń
  10. A właśnie go ponownie czytałam, kiedy zauważyłam, że w skrzynce wylądowała nowa wiadomość. Pomyślałam sobie, że to pewnie od Ciebie - jak widać, nie myliłam się :)

    Jasne, że jestem usatysfakcjonowana. Przyznam, że nie mogłam się doczekać takiego długaśnego maila, bo to, co mi wcześniej posłałaś, to jakieś marne namiastki były ;) Dziś już Ci nie odpiszę, bo nie czuję się na siłach, ale mam nadzieję, że w weekend uda mi się to zrobić.

    Połówek pozdrawia. Domagał się przeczytania Twojego listu :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Trochę wyrozumiałości kobieto, gdybyś mnie wczoraj zobaczyła...

    Też mam taką nadzieję, bo jak nie..;) Z resztą już tyle maili mi jesteś winna, że szkoda pisać:D

    Czym sobie zasłużyłam na pozdrowienia Połówka? Udało mu się coś zdziałać?:)

    Dobrej nocy!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ależ ja jestem wyrozumiała. Domyślałam się, że to nie była najlepsza pora na pisanie maili. Dlatego cierpliwie i grzecznie czekałam, za co zresztą zostałam odpowiednio nagrodzona.

    Ja pamiętam tylko o jednym ;) No, teraz to już o dwóch. Odpiszę, promise! Czasami trzeba mnie pogonić, wiesz, jak to ze mną bywa.

    No jak to czym? Był bardzo ciekawy Twojej reakcji, w końcu brał udział w całej akcji no i jest ważnym elementem naszego 'trójkąta', nie? ;) Co nieco mu przeczytałam [w tym fragment o nim]. Chyba zasłużył na to. Poza tym, jest stuprocentowym dżentelmenem i dzielnie mnie tu wspiera na 'łożu śmierci'.

    Idę sobie dalej dogorywać.

    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeden ze stycznia, jeden z ostatniej korespondencji i aktualny;) Gonię Cię!

    Zaraz, zaraz. Jakiego 'trójkąta'?;) Kurcze, a ja go tak po macoszemu potraktowałam w tym e mailu. Muszę się naprawić;) Ty mnie nie strasz nawet z tym łożem śmierci, dobrze? Dosyć śmierci w ostatnim czasie.

    Lepiej Ci już?

    Trzymaj się tam i dzielnie pij coca colę. Biedny Połówek, znowu Cię musi ratować. Ani chwili wytchnienia nie ma;)

    OdpowiedzUsuń
  14. latem zdecydowanie bardziej mi się tam podoba, niż zimą :))

    OdpowiedzUsuń
  15. Proszę, oto wyłania się nowe oblicze Rose - bardziej skrupulatna niż rasowa księgowa. Nie chciałabym pożyczać od Ciebie pieniędzy ;) Nie dość, że pewnie byś nie zapomniała o długu, to prawdopodobnie jeszcze doliczyłabyś procent za każdy dzień zwłoki i niczym najozięblejszy komornik nękałabyś mnie tak długo, dopóki wszystkiego bym nie spłaciła ;) Będę Tobą straszyć dzieci ;) Banshee i boogeyman mogą się przy Tobie schować.

    O, a teraz dla odmiany mamy klasyczny przypadek krótkiej pamięci: "Zaraz, zaraz. Jakiego 'trójkąta'?" Wcale nie po macoszemu. Z facetami jest jak z dziećmi: nie można ich za bardzo rozpieszczać, bo wejdą Ci na głowę i jeszcze powydzierają wszystkie włosy ;) Wiem, co mówię :) Z nimi trzeba się bawić: przyciągać ich, odpychać i nigdy nie dopuścić do tego, by pomyśleli, że mogą osiąść na laurach, bo już Cię zdobyli. To był cytat z "Księgi Pseudo-mądrości Taity". Do kupienia tylko w dobrych księgarniach ;)

    Jak widać po tym, co napisałam wyżej - chyba mi gorzej :) Ale umierać jeszcze nie zamierzam, można odwołać grabarza ;)

    Ma niejedną chwilę wytchnienia, to fakt niepodważalny. Tak samo jak to, że faktycznie dość często ratuje mnie z opresji. I chociażby pod tym względem doskonale się uzupełniamy: jak ja nawarzę sobie piwa, to on je spija :)

    OdpowiedzUsuń
  16. No ba! Toż to oczywista oczywistość, Szanowna Ewo :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Cały dzień się o Ciebie martwiłam zanim raczyłaś cokolwiek odpisać! Myślałam, że wyplułaś swoje wnętrzności i odezwiesz się dopiero z zaświatów;)

    Kurcze. Wiesz co? Ty to powinnaś mi cv i lm napisać, serio:D Jakbyś mnie tak zarekomendowała to może w końcu ktoś porządny by mnie chciał;)

    E tam. Obawiam się, że mój 'majątek' jak zawsze jest znikomy, więc o pożyczaniu pieniędzy nie ma mowy. Nie masz się czym martwić. Co prawda nie znam wspomnianych powyżej panów, więc nie za bardzo potrafię się odnaleźć jak bardzo odczłowieczyłaś moją postać;) Dzieci?! Żartujesz chyba! Z dziećmi to ci nie wyjdzie, jak tylko dopuścisz je do kontaktu ze mną przepadną na zawsze. Strzeż się;) Ostatnio pewna ośmiolatka nie chciała mnie puścić do domu i upewniała się czy znowu przyjadę;)

    Bo mnie tu w jakiś trójkąt pakujesz, a ja o niczym nie wiem;) Na nic się nie zgadzałam-ogłaszam wszem i wobec;) Wiem, wiem. Mimo wszystko jednak z dziećmi łatwiej niż z facetami;) Jak to? W księgarniach i ja o tym nic nie wiem? No wiesz Ty co!;)

    Ani mi się waż. Chciałabym jeszcze nie raz zabrać trochę z rąbka Twoich, jakże dobrych mądrości;)

    Też mam takiego ratownika, ale niestety jest znacznie dalej niż Połówek od Ciebie. Musi bardzo lubić piwo:]

    OdpowiedzUsuń
  18. ~Alina z Italii6 kwietnia 2013 21:38

    Witaj Taita. Cieszę się, że udały ci się wakacje w Szwajcarii, że masz takie piękne wspomnienia. Też byłam nad J. Lemon i w Genewie. Genewa wcale mi się nie spodobała, nie znalazłam tam niczego interesujacego a wielkie budynki, siedziby róznych organizacji miedzynarodowych bardzo mnie przytłoczyły. Ogromne molochy w których pracuje po 2 albo 3 tysiące ludzi, banki i hotele. Tylko okolice promenady i fontanny trochę ładniejsze. Najpiękniejszym miastem w Szwajcarii dla mnie zawsze bedzie Lucerna. Jezioro z tysiacem łabędzi, strzelistymi wiezami kościołów otoczone niebotycznymi szczytami Alp.
    Szwajcarskie kantony, w których mówi się po niemiecku mają trochę inny klimat niż francuskie. I jeszcze, W Genewie w niedzielę wszysko jest zamkiete, jedynie niktóre restauracje i self-servis na dworcukolejowych gdzie można coś zjeść -- to miasto Kalwina, wyznawcy tej religii sa bardzo pobożni. Serdecznie Cię pozdrawiam. Alina.

    OdpowiedzUsuń
  19. Doceniam to i dziękuję Ci za troskę, ale chyba powinnaś trochę odpuścić z tymi obawami o mnie. Nie siedzę cały dzień przed komputerem, szczególnie teraz, kiedy od początku kwietnia mamy przepiękną, słoneczną pogodę.

    Banshee to akurat pani. I to w dodatku Irlandka :) Czyżbym musiała poświęcić jej osobną notkę?

    O, nie wiedziałam, że tak łatwo nawiązujesz kontakt z dziećmi.
    Nie sądzę, bym miała jakieś szczególne predyspozycje w tym temacie. Z jednymi potrafię się super dogadać, z innymi wcale. Najsłodszy komplement, jaki usłyszałam od dziecka, pochodził z ust małej Irlandki: "I wish you were my mommy". Zresztą zawsze niezwykle miło mi się robi, kiedy dziecko się do mnie przytula i mówi: "I like you!". Mój chrześniak ma osiem lat, duży i mądry chłopak z niego. Przyznam jednak, że chyba najbardziej lubię dzieci w następującym przedziale wieku: 2-5 lat. Siedmio- i ośmiolatki potrafią być już strasznie krnąbrne. Mam takiego jednego w swoim środowisku i jak go obserwuję, to mam wrażenie, że czasami wyznacza nowe granice głupoty i przechodzi sam siebie w wymyślaniu idiotycznych zachowań.

    Przestań ze mnie szydzić wspominając o tym rąbku mądrości :) Chyba Ci się blogi pomyliły ;)

    Dobra, znikam. Czas się rozgrzać przed kolejną porcją ruchu :) Jak wrócę, to postaram się odpisać na maila.

    OdpowiedzUsuń
  20. Co Ty napisałaś? "Przepiękną, słoneczną pogodę"? Jak tak możesz się pastwić nad mieszkańcami pokrytej śniegiem i lodem Polandii?;)

    Ups, wychodzą jakieś braki. Nie znam pani.

    W końcu pedagogiem jestem z zawodu, z powołania też. Ja słyszałam często "Kocham panią" i te przytulaki, czasami cała klasa na raz. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić, że tyle obcych się do mnie tuli, potem przywykłam. Teraz mi tego brakuje. Dzieci nie mają poczucia odpowiedzialności, tego że coś im czy komuś może zagrażać w wyniku ich zachowania.

    Ja szydzę? Jakbym śmiała;)

    Zazdraszczam tego ruchu.

    OdpowiedzUsuń
  21. Witaj, Alino. Jakiś czas temu wysłałam Ci maila z zaproszeniem, ale chyba wylądowało w folderze ze spamem, bo nie dostałam żadnej odpowiedzi od Ciebie.

    Słyszałam o pięknie Lucerny, chciałam do niej dotrzeć, ale niestety nie udało mi się tego zrobić, nad czym oczywiście ubolewam. Po tym, co piszesz, tym bardziej nie żałuję odpuszczenia sobie Genewy na rzecz tych malutkich miejscowości. Przyznać jednak muszę, że Berno i Zurych przypadły mi do gustu. Ładne i ciekawe miasta.

    Zgadza się, zauważyłam tę odmienność. Dla mnie część frankofońksa zdecydowanie rządzi.

    Dzięki za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  22. A u Was co? Nadal zwały śniegu? Współczuję. I do tego te zapowiedzi upałów mających rzekomo nadejść zaraz po odejściu zimy...
    Z tego, co zauważyłam u nas kwiecień z reguły bywa bardzo słoneczny i ładny. Póki co taki właśnie jest, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio padało. Dziś wszystkie sąsiadki suszyły pranie w ogródku. Ja też. Rano zawiesiłam, po południu wszystko było już suche :) Niestety mimo że mamy dużo słońca, to jednak wiatr potrafi czasami nieźle zmrozić. Teraz jest fajnie [wyobraź sobie, że się za bardzo zgrzałam na wieczornym treningu, a byłam bez czapki, rękawiczek i kurtki], ale jeszcze parę dni temu było okropnie wietrznie.

    Lepiej, żebyś jej nie poznała, bo banshee nic dobrego nie zwiastuje.

    Dlatego my, dorośli, powinniśmy im od małego wpajać, co jest dobre, a co złe. Uczyć je dyscypliny i przyzwyczajać do obowiązków adekwatnych do wieku i możliwości. Nie mogę patrzeć na dzieci rozpuszczone jak dziadowski bicz. Żadne bezstresowe wychowanie do mnie nie przemawia, bo najczęściej owocuje ono produkcją niezdar życiowych. W dodatku strasznie rozpieszczonych.

    Odpisuję na maila, ale jeszcze trochę czasu upłynie, zanim go przeczytasz.

    OdpowiedzUsuń
  23. Zwały to może już nie. Topnieje, ale nadal jest. Zwykle zima od razu zamienia się w lato. Uwielbiam takie pranie suszone na świeżym powietrzu.

    Ja też nie lubię tego bezstresowego wychowania, nie jestem też jednak za przemocą.

    Tylko nie zapomnij zapisać, żeby nie przepadł.

    OdpowiedzUsuń
  24. Ja również, zupełnie inaczej pachnie.

    Pomiędzy bezstresowym wychowaniem a przemocą jest coś jeszcze, coś, co nazwałabym złotym środkiem.

    Uczę się na błędach, zapisuję szkic na bieżąco.

    OdpowiedzUsuń
  25. Jakie kraje? Możesz uchylić rąbka tajemnicy? My w tym roku oprócz Polski nie planujemy żadnych innych wyjazdów zagranicznych. Ale za to jak dobrze zawieje, to w 2014 może uda się wyruszyć na małą wyprawę plecakowo-namiotową :)

    A powiedz Taito, woda w tym jeziorze pewnie zimna? Skusiliście się na jakieś kąpiele w tej Szwajcarii?

    OdpowiedzUsuń
  26. To jest moj ulubiony sposob na fajne wakacje. Ogolny zarys co zobaczyc i niech dzien zaskoczy nas mila niespodzianka bo zwiedzanie Francji nie koniecznie musi zaczac sie od Paryza.
    Tak troche z przekasem to ciesze sie, ze nie mieszkasz w Szwajcarii bo zycia by ci nie wystarczylo na zwiedzenie i opisanie wszystkich zamkow:))))) albo stalabys sie bezrobotnym podroznikiem po zamczyskach co moze nie byloby az takie zle.
    Bardzo mily post o Rolle, tak cieplo o nim pisalas. Cieplo, cieplo gdzie to lato!
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Niespodzianki - szczególnie te przyjemne - są zawsze mile widziane, ale ja nigdy nie jadę 'w ciemno' za granicę. Lubię planować, co zwiedzę i zobaczę, bo to po prostu sprawia mi radość.

    Czyżbyś sugerowała, że tu, na wyspie, wystarczy mi życia na zwiedzenie i opisanie wszystkich zamków? ;) Bo ja nie byłabym tego taka pewna :) Gdybym mieszkała w Szwajcarii i była bezrobotna, to pewnie nic bym nie zwiedzała. Podróżowanie to dość droga przyjemność, jak zapewne już dawno zauważyłaś.

    Lata i upału mi jakoś szczególnie nie brakuje [ja w przeciwieństwie do Ciebie nie jestem zbyt ciepłolubna], ale soczystej zieleni tak. Ciągle jest szarawo.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  28. Jeszcze nie zdecydowałam, ale mam na oku parę krajów, m.in. Szwecję, Walię i Danię. To na krótki wypad. Pod koniec roku zaś - gdy już będę mieć dość jesieni - chcę się wybrać gdzieś, gdzie będzie jasno, sucho, pogodnie i ciepło. Najprawdopodobniej do Portugalii. Od jakiegoś czasu mam na oku także Maltę i Grecję, ale z tego, co widzę, to do tych dwóch ostatnich krajów bilety są dość drogie.

    Nie kąpaliśmy się. W Zurychu - tam było najcieplej - woda w jeziorze miała pod koniec dnia 20 albo 22 stopnie, już nie pamiętam dokładnie.

    OdpowiedzUsuń