Uwaga, będzie OSTRO!
Pobłądziłam w internetach, a wirtualne ścieżki zaprowadziły mnie do artykułu, w którym wyczytałam, że lekarzowi Matthew Perry'ego, doktorowi Salvadorowi Plasencia, grozi nawet 40 lat więzienia za to, że zaopatrywał go w ketaminę, która to miała przyczynić się do śmierci aktora w październiku 2023 roku.
To z kolei wreszcie zmobilizowało mnie do napisania tego wpisu. Już parę miesięcy temu przeczytałam biografię słynnego Chandlera z "Przyjaciół", i chciałam się tutaj podzielić swoimi przemyśleniami, jednak zabierałam się do tego tak niemrawo jak sójka do swojej podróży za morze.
Grubą przesadą wydaje mi się to 40 lat. Nie zrozumcie mnie źle. Czy to, czego dopuścił się doktor Plasencia było złe? Oczywiście! Postępował niemoralnie w celu osiągnięcia korzyści materialnych, nie bardzo jest się tutaj nad czym rozwodzić, jednak wiszący nad nim wyrok wydaje mi się nieproporcjonalnie duży w stosunku do popełnionych czynów. W końcu nie powinniśmy zapominać o znaczących okolicznościach łagodzących, czyli o tym, że wszystko odbywało się za obopólną zgodą. Bo to nie było tak, że zły doktorek przywiązał biednego Matthew do krzesła, a później wbrew jego woli nafaszerował medykamentami.
Autentycznie zdziwiło mnie, jak mało współczucia wzbudził we mnie aktor, a jestem osobą ‒ śmiem twierdzić ‒ zdecydowanie bardziej empatyczną od przeciętnego Kowalskiego. Gdyby zawód płaczki nadal istniał i był dobrze opłacany, byłabym dziś multimiliarderką, a Wy oglądalibyście moją facjatę na okładce Forbesa, bo widniałabym na pierwszym miejscu listy najbogatszych kobiet świata.
Bardzo, ale to bardzo nie lubię, kiedy ludzie nie potrafią wziąć odpowiedzialności za swoje czyny, a winą obarczają wszystkich, tylko nie siebie. Zdecydowanie więcej zrozumienia i sympatii mam do tych, którzy potrafią przyznać się do błędu, powiedzieć: tak, schrzaniłem to, popełniłem ogromny błąd, ale wyciągnąłem wnioski, jest mi strasznie głupio. Przepraszam, moja wina... Cokolwiek. Wszystko jest lepsze od obwiniania innych i obarczania ich swoimi porażkami. Jakby nie było, nikt z nas nie jest nieomylny, bo "errare humanum est" i te sprawy, jak głosił mędrzec Seneka (sporo o nim dzisiaj będzie, ale przysięgam, to nie jest post sponsorowany, nie zapłacił mi za promocję!)
Mam nieodparte wrażenie, że tak właśnie było w przypadku Perry'ego. Można by pomyśleć, że każdy był winny jego sytuacji, tylko nie on sam. Nawet samego Boga gdzieś tam po drodze uwikłał w swój nałóg i nieszczęście.
Zacznę od tego, że nigdy nie byłam fanką ani tego aktora, ani serialu, w którym występował. Jego bohaterowie bardziej mnie irytowali, niż bawili, zdecydowanie nie był to mój rodzaj poczucia humoru, toteż nigdy nie utożsamiałam się z żadnym z bohaterów. Nie uważam też "Przyjaciół" za nieodzowną część mojego dzieciństwa czy młodości.
Książka tego nie zmieniła. Tak, jak nie pałałam miłością do Matthew Perry'ego przed jej publikacją, tak po jej wydaniu również się to nie zmieniło. Co więcej, powiedziałabym nawet, że aktor dodatkowo stracił w moich oczach przez to swoje ‒ nie bójmy się powiedzieć tego wprost ‒ idiotyczne i lekkomyślne zachowanie, a także przez przerzucanie odpowiedzialności na innych. Wydawał mi się lekkoduchem, niebieskim ptakiem cierpiącym na syndrom Piotrusia Pana. Takim typowym man-child, od którego uchowaj, Boże, wszystkie kobiety.
Aktor był też, jak to się teraz mówi, mocno o d k l e j o n y. Jego biografia to w zasadzie neverending pity-party, nieustanna sesja użalania się nad sobą.
Tak, on wie, że inni mają źle, ale on jednak ma NAJGORZEJ! Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim i powiedzieć: "no, honey, you don't have it tough!" Weź, człowieku, wreszcie odpowiedzialność za swoje losy. Zacznij zachowywać się jak mężczyzna, a nie rozkapryszony, uprzywilejowany chłopiec!
Perry pisze, że bez mrugnięcia okiem zamieniłby się z kimś, kto nie jest aktorem, nie ma kasy, nie ma pracy, ma za to czynsz do opłacenia, cukrzycę i ciągłe zmartwienia finansowe. Powiem tak. Nie wątpię, że Matthew Perry wierzył w to, co pisał. Nie wierzę jednak, że faktycznie doszłoby do takiej zamiany, nawet gdyby była ona możliwa. A nawet jeśli by doszło, coś mi podpowiada, że już na drugi dzień aktor z pretensjami domagałby się reklamacji.
Dla mnie była to już niezła odklejka, wyższy stopień delulu.
Smutna prawda jest bowiem taka, że aktor uwielbiał ten chaos, jaki wokół siebie tworzył, całą tą dramaturgię z uzależnieniem. Jak to typowa drama queen. I nie jest to tylko moje zdanie, bo kiedy jeden z jego terapeutów, Burton, rzucił mu to w twarz, skonfrontował go z tą niewygodną, nagą i brzydką prawdą, aktor najpierw się oburzył, no bo jak to tak? Że on niby lubi swoje pokręcone życie? Że niby nie chciałby żyć jak normalny, nieuzależniony człowiek?! Potem jednak, w przypływie szczerości, sam przyznał mu rację. Lubił być w centrum zainteresowania. Lubił dramę, dlatego tak chętnie ją nakręcał.
Tych przypływów szczerości miał jeszcze kilka. Zdarzało mu się otwarcie pisać to, co, bardziej lub mniej, przebijało z kart książki ‒ miał duże ego, ale mały rozumek, a do tego był narcystycznym egoistą ("selfish, lazy fuck", "everything had to be about me").
W pewnym sensie cierpiał też na wyuczoną bezradność i zdecydowanie nie umiał radzić sobie z napotykanymi przeszkodami, bo jak sam przyznał, tak naprawdę to nie pozwalał sobie zbyt długo czuć się niekomfortowo. Od razu uciekał w używki. W alkohol, narkotyki, papierosy. W najgorszym momencie życia zażywał nawet... 55 piguł dziennie i wypalał... 60 papierosów! Dla kogoś takiego jak ja, niecierpiącego dymu tytoniowego, jest to naprawdę niepojęte! Przerażają mnie te ilości, jak również stopień upadku Perry'ego ‒ wiecie, że potrafił splądrować i okradać apteczki w domach na sprzedaż, aby tylko zaspokoić swój narkotykowy głód? Smutne i wstrząsające zarazem.
Człowiek, który teoretycznie miał wszystko: pieniądze (zarabiał nawet milion dolarów za jeden odcinek "Przyjaciół"!), sławę, rzeszę uwielbiających go fanów, dom w Malibu, luksusowe samochody, powodzenie u kobiet (nie omieszkał poinformować o tym czytelników, ponoć tylko jedna mu odmówiła), a nade wszystko środki finansowe, by skutecznie wyleczyć się z nałogu, nie miał jednak autentycznej chęci, by to zrobić. Grał w głupią grę i wygrał głupią nagrodę.
Aż chciałoby się powiedzieć, że to był bardzo biedny człowiek ‒ miał tylko pieniądze. Choć po prawdzie, pod koniec życia nawet tych nie posiadał aż tak dużo (biorąc pod uwagę bajońskie sumy, jakie dostawał za swoje role), bo miał bardzo drogi nałóg i był skłonny zapłacić ogromne kwoty, aby go dokarmiać.
Perry niejako usprawiedliwia się i pisze, że nie miał instrukcji obsługi życia. A kto z nas ją miał? Mieliście? Bo ja nie. Nawet w czepku się nie urodziłam! Nie śmiałabym więc marzyć o jakiejkolwiek "wyprawce" na dobry start w życie.
Już staruszek Seneka wiedział, że "żyć trzeba się uczyć przez całe życie, a czym zapewne jeszcze bardziej się zdziwisz, przez całe życie trzeba się uczyć umierać". Choć to ostatnie akurat dobrze Perry'emu wychodziło. Uśmiercał się krok po kroku, łyk po łyku, papieros po papierosie. I miał to w nosie.
Nie wiem, może gdyby zamiast po narkotyki sięgnął po łacińskie sentencje, przeczytał choćby kilka poniższych mądrości wspomnianego wcześniej Seneki (młodszego bądź starszego ‒ bez znaczenia, każdy mądrze prawił), jego życie potoczyłoby się inaczej? Nie musiałby topić swoich demonów w alkoholu, zmieniać domów i kobiet jak rękawiczki, bo...
· „Całe to bieganie z miejsca na miejsce nie przyniesie ci ulgi, ponieważ podróżujesz w towarzystwie swoich demonów, które śledzą cię na każdym kroku"
· "Pijaństwo to nic innego jak dobrowolne szaleństwo”.
· „Jeśli to, co masz, wydaje ci się niewystarczające, to nawet jeśli będziesz posiadać cały świat, i tak będziesz nieszczęśliwy”.
I nie piszcie mi, proszę, że nałóg to straszliwa rzecz, a ja nie mam o nim pojęcia, więc nie powinnam się wypowiadać.
Mam. Mam pojęcie. Uwierzcie. I może dlatego doskonale wiem, że jeśli człowiek uzależniony SAM nie zechce wyjść na prostą, to nikt i nic mu nie pomoże. Ani prośby, ani groźby. A obwinianie bliskich takiej osoby (rodziny i przyjaciół Perry'ego też to nie ominęło) jest zwykłym świństwem. Jestem pewna, że nie raz i nie dwa stawali na rzęsach, żeby uratować taką osobę. Problem polegał na tym, że ta osoba nie chciała być uratowana.
Cóż, może jestem wybitnie nieczuła, a może po prostu nie stać mnie na wykrzesanie współczucia dla nadzianych celebrytów ‒ z szafą markowych ubrań, garażem pełnym drogich limuzyn, domem z widokiem na Pacyfik ‒ użalających się, jak im to źle w życiu, bo wolę zachować je dla kogoś, kto jest naprawdę pokrzywdzony przez los? Dla kogoś, kto przeżył prawdziwą traumę, był molestowany, bity, poniżany i prześladowany. Dla kogoś, kto był świadkiem śmierci swojej rodziny. Nawet dla kogoś, kto dwoi się i troi, by mieć co do garnka włożyć. Dla kogoś, kto przeszedł piekło w dzieciństwie, ale mimo to nie dał się zniszczyć... Wiem, że nie powinno się licytować i porównywać cudzych nieszczęść, bo każdy ma swój prywatny koniec świata, ale czasami naprawdę trudno tego nie robić.
Dla pewnych osób po prostu nie mam empatii i już. Perry znalazł się w tej grupie, w której umieściłam między innymi bezmózgich kierowców piratujących po mieście, fast & furious wannabe, niemających za grosz wyobraźni i szacunku do cudzego życia. Jeżeli oni nie mają szacunku dla siebie, to dlaczego ja mam nad nimi płakać? Zachowam swoje łzy dla kogoś, kto jest tego wart.
Uff, to sobie ulżyłam! Chcecie coś dodać do tej tyrady?
Wszystko zależy od tego, czy jesteśmy fanami, czy nie. Fani pewnie zawsze będą współczuli, nie-fani już różnie. Nigdy nie byłam oddaną fanką "Przyjaciół", ale to jeden z tych amerykańskich sitcomów, które mnie jednak śmieszyły; uważałam, że jest dobrze napisany, przynajmniej w tej części, którą obejrzałam.
OdpowiedzUsuńJeszcze nie czytałam autobiografii, ale na pewno po nią sięgnę właśnie ze względu na wątek uzależnieniowy i wtedy wyrobię sobie zdanie. Zdaję sobie sprawę, że do nałogów różne są podejścia. Po pierwsze, bywają one emocjonalne, gdy mieliśmy takie historie w bliskiej rodzinie. Poza tym, jest też taki nurt myślenia wg którego jeśli ktoś jest bogaty, to gdy napisze lub powie, że cierpi, osoby niezamożne po prostu każą mu się ogarnąć, bo depresję mogą mieć tylko biedni, wg ludzi niezamożnych pieniądze dają szczęście. Żaden z tych wątków mnie nie dotyczy. Na depresję i uzależnienie choruje się w każdej klasie społecznej tak samo. Pan doktor powinien dostać dożywocie. Jeśli znał historię Perry'ego, wiedział, że dla kasy skazuje go na śmierć.
Dziękuję bardzo za obszerny komentarz, Moniko :)
UsuńZ początkiem Twojego komentarza zdecydowanie się zgadzam, z końcówką już nie. Masz rację, nasze współczucie i empatia są w dużej mierze powiązane z sympatią do danej osoby. Z tym, czy się z nią utożsamiamy czy nie. U mnie tego czynnika brakuje, bo jak pisałam, absolutnie nie zaliczam się do fanów. Patrzę zatem ostrzej i bez sentymentów, nie mam różowych okularów na nosie. Nie potrafiłam nigdy przebrnąć choćby przez cały jeden sezon tego serialu, a w zamierzchłych czasach dawałam mu parę razy szansę. Ciekawa jestem, czy kiedyś to się zmieni?
Koniecznie powinnaś po nią sięgnąć. Czytelnicy narzekają na wiele powtórzeń, brak chronologii i chaotyczną konstrukcję, powiem Ci jednak, że mimo wszystko czyta się ją dość szybko, lekko i łatwo. Wbrew temu, co można sobie pomyśleć po mojej surowej recenzji, książka była dla mnie interesującą lekturą, nie wymęczyła mnie, czytałam ją z zainteresowaniem.
Ja akurat nie wpisuję się we wspomniany przez Ciebie nurt. Nie odmawiam bogatym ani ludziom sukcesu prawa do depresji i nieszczęść. Nigdy nie uważałam, że tylko biedni mają na nie monopol. Co więcej, wielokrotnie współczułam znanym i bogatym tragedii, które ich spotkały. Tu jednak wracamy do tego, co napisałaś na samym wstępie - to były osoby, które w jakiś sposób lubiłam, ceniłam, miałam do nich sentyment, albo po prostu ich życiowa historia mnie poruszyła.
Nie zgodzę się natomiast z Twoimi końcowymi stwierdzeniami - z dożywociem dla lekarza i "że na depresję i uzależnienie choruje się w każdej klasie społecznej tak samo". Przebieg choroby nie dyskryminuje, ale dostęp do leczenia i fachowej pomocy jest bardzo kosztowny. Bogaty ma zdecydowanie ułatwione zadanie. Poprzez swoje nieograniczone środki finansowe, kontakty i wpływy ma większą szansę na uzdrowienie, jeśli tylko autentycznie chce się wyleczyć, a nawet dostęp do innowacyjnych metod. Biedny często wybiera opłacenie rachunków i nakarmienie dzieci niż "latanie po lekarzach", które nie dość, że drenuje portfel, to jest do tego czasochłonne i męczące. W takiej sytuacji dużo osób z depresją po prostu się poddaje. Nie mają na to ani siły, ani czasu. Proza życia ich przytłacza. Nie wspominając o tym, że wciąż nie brakuje "życzliwych", którzy wmawiają im, że to urojona choroba i zwykłe lenistwo, i mają się wziąć w garść.
Dożywocie wydaje mi się przesadą, jak również ponownym przenoszeniem winy z aktora na osoby trzecie. On sam doskonale wiedział, w jak złym stanie zdrowia jest, ale jak każdy narkoman na głodzie, był w stanie zrobić niemal wszystko, by dostać to, czego chce. Miał historię "terroryzowania" ludzi wokół i zmuszania ich do pomocy w zdobyciu kolejnej działki.
Ja akurat należę do fanów tego serialu, choć jakoś aktorów już super nie ubóstwiam ;) O książce swego czasu było bardzo głośno, ciągle obiecuję sobie że w końcu przeczytam, ale... No właśnie ale... Jakoś ciągle nie wpada mi ta książka w ręce ;) Miałam osobę z bliskiego otoczenia uzależnioną od alkoholu i chyba przez to jeszcze bardziej przykro mi było, gdy usłyszałam o śmierci tego aktora. Nałóg zmienia ludzi, czyni z nich kompletnie bezradnych i pomalutku zabija. Zgadzam się z Tobą, że jeżeli taka osoba sama nie chce z niego wyjść, otoczenie niewiele zdziała. Prawda jest jednak taka, że najczęściej są zbyt słabi, żeby pokonać słabości i kółko się zamyka :(
OdpowiedzUsuńZgadza się, była swego czasu na językach, tak właśnie się o niej dowiedziałam, a że w ostatnich latach stałam się bardziej otwarta na czytanie (auto)biografii, to postanowiłam po nią sięgnąć. Czytało się ją dość szybko i lekko, choć tematyka niekoniecznie taka była. Jest też tam subtelne poczucie humoru, co na pewno dodaje książce pewnej lekkości.
UsuńMasz rację w tym, co piszesz, bo to jest błędne koło. Chęć ucieczki w "strefę komfortu", to doskonale znane i lubiane uczucie błogości, jest często zdecydowanie większa niż samo pragnienie przerwania tego szkodliwego cyklu. Wsparcie otoczenia jest oczywiście ogromnie ważne, ale jak wiemy, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Tu przede wszystkim potrzeba inicjatywy i ciężkiej pracy samego chorego.
You've certainly laid out a very direct and passionate perspective on Matthew Perry's biography and the circumstances of his death. Your frustration with the perceived lack of personal responsibility and "pity party" tone in his book comes through clearly. It's evident you have strong feelings about accountability, and it's understandable to feel that sympathy should be reserved for those who've faced different kinds of struggles. The quotes from Seneca offer a sharp contrast to some of the behaviors you describe.
OdpowiedzUsuńDo you think there's any value in public figures sharing their struggles, even if their approach isn't universally well-received?
What can I say, Melody? Guilty as charged ;)
UsuńThanks for your interesting question. Oh yes, I have no doubts about that. Can't say I am a fan of taboos. If they (celebrities, or any regular person for that matter) feel that sharing their private struggles will have beneficial values, then I can only say: "go for it!" And "good luck". They will need it, too. As always, they will have to face a backlash from some people. You can't please everyone. However, I am also sure that their actions will be received with widespread appreciation and thankfulness, not only by their fans.
Nie oglądałam ani serialu, ani aktora za bardzo nie znam.
OdpowiedzUsuńPiszesz o problemie wielu artystów, nie tylko bardzo znanych za oceanem.
Pisano o receptach na różne używki i leki, ale jakoś nigdy nie słyszałam o wyrokach, skazaniach itp.
Masz duzo racji, ale jednak lekarz powinien raczej namawiać do leczenia z uzależnienia, a nie zapisywać kolejne specyfiki, ale rozumiem Cię doskonale.
Zgadza się. Perry nie był tu żadnym wyjątkiem - nałogi są powszechną plagą. Zawsze istniały, mam jednak wrażenie, że we współczesnym świecie tych niebezpieczeństw czyhających na ludzi jest więcej i są na wyciągnięcie ręki (np. łatwy dostęp do pornografii online, e-papierosy, których kiedyś nie było...)
UsuńPisałam ten post już kilka tygodni temu, zaraz po tym jak natrafiłam na info o wyroku grożącym temu lekarzowi. Muszę sprawdzić, czy coś się zmieniło w tym temacie, może nawet już zapadł wyrok, a ja nie mam o tym pojęcia.
O moralności lekarzy można by było napisać całą książkę. Ze świecą szukać takiego porządnego, wielu niestety demoralizują duże i łatwe pieniądze (np. łapówki za lewe recepty), innych w ogóle nie interesuje dotarcie do źródła problemu, zaraz mają na podorędziu "złoty lek" na wszystko.
Czytałam tę książkę już dawno temu, tuż po jej premierze, więc nie pamiętam tak dobrze wszystkich szczegółów, ale nie mogę się zgodzić z tak postawioną tezą - sam tak wybrał, nie chciało mu się zawalczyć, nie zasługuje na współczucie, bo miał pieniądze i fanów. Że usprawiedliwia swoje popadnięcie w nałóg i obwinia innych.
OdpowiedzUsuńCóż, w książce faktycznie dużo wątków z dzieciństwa, bo jeśli chodzi o alkohol to uzależnił się już jako nastolatek. Nie ma gorszego momentu. Była to jedyna forma ulgi, jaką poznał, w czasie kiedy kształtowało się jego życie. To moim zdaniem jest zasadniczy problem, zarówno od strony psychologicznej, jak i fizycznej. On praktycznie nie znał normalnego życia, a to bardzo utrudnia sprawę wyjścia z jakiegokolwiek nałogu. Są nawet badania naukowe, które dowodzą bezpośredniego powiązania wieku popadnięcia w nałóg i możliwości wyjścia z niego. Matthew był raczej skazany na życie z nim, tu nie ma wątpliwości. I zauważ, nie było to życie złe - dobrze go wspominają ci, którzy z nim współpracowali i mieli relacje.
Są tysiące przykładów osób, które z powodów uzależnień są nie do zniesienia i krzywdzą innych, co jest łatwe, zwłaszcza jeśli dysponuje się takimi pieniędzmi. On tego nie robił. Używki nie były dla niego atrakcją, dopalaczem, a jedynie pomocą żeby przetrwać czas zwany życiem. Poza tym nie był złym człowiekiem, a przynajmniej nie spotkałam się z żadnymi tego typu opiniami - że był agresywny, napastliwy albo lubił dramę. Ja widzę tam pogubionego chłopca, który faktycznie do końca nie bardzo umiał się ze sobą skonfrontować i unieść to co powinien, ale na jego korzyść świadczy fakt, że dożył 54 lat (co w przypadku takiego startu jest osiągnięciem - połowa tak bardzo uzależnionych umiera przed trzydziestką) nikogo po drodze nie krzywdząc. Nawet pomimo, że był słabym człowiekiem.
I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że o to właśnie masz do niego żal. Że nie był dość silny, żeby wziąć się w garść i zawalczyć. I że tego oczekujesz od osób uzależnionych. Bo chyba rzeczywiście osobiście dotknęło Cię, że ktoś kiedyś nie potrafił. Dobrze to rozumiem.
Pozdrawiam, Aneta
To chyba Twój pierwszy komentarz u mnie, witam Cię zatem serdecznie w swoich skromnych progach, i bardzo cieszę, że zdecydowałaś się zabrać głos w obronie Matthew. Od razu - zanim zapomnę! - dziękuję Ci za ten długi komentarz, który przeczytałam z dużym zainteresowaniem.
UsuńMuszę tylko wyjaśnić, że ja nie mam do Perry'ego żadnego żalu, bo (jakkolwiek okrutnie to zabrzmi) był dla mnie zupełnie obojętną osobą. Jego żywot w żaden sposób nie łączył się z moim, a jego śmierć w ogóle mnie nie dotknęła, mimo że wielokrotnie tak bywało w przypadku innych znanych osobistości.
Irytowała mnie jego postawa, wyzbywanie się odpowiedzialności za popełnione błędy, bo jednak od dorosłego, poważnego i dojrzałego człowieka oczekuję pewnego zestawu cech. W tym właśnie odpowiedzialności.
Jak już pisałam w poście, głupio się licytować prywatnymi nieszczęściami, ale w jego życiu tak naprawdę nie było nawet jakiejś wielkiej i wstrząsającej tragedii. Nikt nie stosował wobec niego przemocy fizycznej ani psychicznej. Nikt nie gwałcił, nie molestował. Rodzice się rozwiedli, to wszystko. To nie jest absolutnie powód do tego, by później każde swoje niepowodzenie zrzucać właśnie na ten "traumatyczny" rozwód i "brak miłości". Dlatego uważam, że sam tak wybrał. O ile do uzależnienia od leków faktycznie mogli przyczynić się lekarze, o tyle papierosów i alkoholu NIKT mu nie wciskał do ręki. Wybrał pewien styl życia, no i poniósł jego przykre konsekwencje.
Nie wiem, jaki był prywatnie. Sławni ludzie mają swoje sekrety, które czasami nigdy nie wypływają na światło dzienne. Zapewne - jak każdy człowiek - miał swoje wady i zalety. Trudno tutaj o obiektywne źródła. Wiele osób hołduje zasadzie "o zmarłych dobrze, albo wcale". Na pewno są jednak osoby, które czują się w jakiś sposób pokrzywdzone przez niego. Był zwykłym grzesznikiem, nie zaś żadnym bogiem. Ideałem i altruistą na pewno nie był, o czym świadczy choćby to, że zamknął ośrodek, który stworzył dla innych uzależnionych, bo nie był tak rentowny, jakby chciał. No cóż, zapewne nie każdego chorego było stać na tak drogi pobyt.
Na koniec dodam, że to, co tutaj napisałam, nie do końca odzwierciedla moje poglądy na wszystkich uzależnionych. W tym wpisie krytykuję głównie zachowanie Perry'ego. Każdy człowiek ma inną historię i inny zestaw życiowych tragedii i doświadczeń.
Przesyłam Ci serdeczne pozdrowienia i jeszcze raz dzięki za zabranie głosu :)
Dziękuję Taito za miłe słowa. Przeczytałam Twoją odpowiedź oraz inne komentarze, które pojawiły się w międzyczasie, i muszę powiedzieć, że w większości zazdroszczę ich autorom. Przede wszystkim takiego poczucia, że wystarczy po prostu trochę się wysilić i dobrze wybrać. Bo jak się ma pieniądze i inne sukcesy, to cała reszta to tylko kwestia wyboru.
UsuńI nadal nie zgadzam się z tym, że Perrego można potępić za złe wybory, bo przypominam, że dokonywał ich JAKO DZIECKO. Potem było już pozamiatane, pewne rzeczy są nie do odwrócenia. Nie został we wczesnym dzieciństwie należycie zaopiekowany, a będąc osobą wysokowrażliwą miał w tym zakresie ogromne potrzeby. Sama mam syna z takimi potrzebami, a w najbliższym otoczeniu kilka osób z mniej lub bardziej silną depresją. I wiem, że życie takich osób to nie decyzje "wziąć się w garść czy nie", ale wielogodzinne zbieranie sił żeby wstać z łóżka czy wyjść z domu. Czy powiedzieć cokolwiek do najbliższej osoby. To piekło w środku, z którego nie da się uciec. To czasem marzenie o tym, żeby zasnąć i już się nie obudzić, bo zwyczajnie brak na to siły. To czasem też zamknięty krąg uzależnienia, które daje chwilową ulgę, bo ta ulga to jest najlepsze, co mnie w życiu spotkało. Bo mój wewnętrzny świat i jego ból determinuję moją perspektywę, nie zostawiając mi wyboru. Tak jak napisałaś, każdy ma swoją historię i swoje doświadczenia, ale też swoje uwarunkowania, których nie jest w stanie przeskoczyć.
Poza tym, muszę się jeszcze odnieść do samej książki i zaznaczyć, że ja jej nie polecam. Bardzo mnie zmęczyła. Rzeczywiście jest słabo napisana, chaotyczna, pełna powtórzeń albo dziwnych przeskoków. Uważam, że zarówno autor, jak i redaktor się nie popisali, bo żeby zbudować sobie pewien ciąg narracyjny i zobaczyć jego historię z szerszej perspektywy musiałam sięgnąć do innych materiałów, artykułów, wywiadów oraz wypowiedzi innych osób. Ta książka powinna zostać wydana później, ale zostać bardziej dopracowana, a tu widać wyraźnie, że wydawca poleciał na zarabianie kasy na sławnym nazwisku.
Pozdrawiam, Aneta
Droga Aneto, pewności nie mam, ale chyba nikt nie pisał tu o tym, że wystarczy "trochę się wysilić", bo walka z własnymi słabościami, demonami i nałogami to jedna z trudniejszych rzeczy w życiu człowieka. Całe swoje życie zmagam się z pewnymi problemami, słabościami/wadami i doskonale wiem, ile hartu ducha i wyrzeczeń kosztuje praca nad sobą. Chodzi nam (mnie i innym komentującym) o wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, bo od tego wszystko się zaczyna. Nie można ciągle umywać rąk i tkwić w błędnym przekonaniu, że NIC już nie da się zrobić, bo tak musi być. To jest niezwykle szkodliwy sposób myślenia, który pozbawia Cię wiary w sens walki i nadziei na zwycięstwo. To jest psychiczne samookaleczanie się i odbieranie sobie mocy sprawczej. Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale ludzie wychodzą z większych tarapatów i patologii.
UsuńWiem, jak to jest być osobą z wysoką wrażliwością, bo sama się do nich zaliczam. Wiem zatem, że odbiera się otaczający świat (szczególnie jego negatywne aspekty) w zdecydowanie bardziej intensywny sposób niż "przeciętny człowiek".
Depresja jest okropną chorobą, której nigdy nie negowałam, nie jestem jednak pewna, czy Perry na nią cierpiał (poza sporadycznymi epizodami depresyjnymi). Jego autobiografia, z tego, co pamiętam, skupiała się raczej na nałogach - uzależnieniu od alkoholu, narkotyków, nikotyny.
Nie znam Twojej życiowej ścieżki, ale między wierszami można wyczytać, że wiele w życiu przeszłaś. Autentycznie bardzo Ci tego współczuję i życzę dużo dobra na przyszłość.
Zgadza się, gdyby została bardziej dopieszczona, byłaby lepszą lekturą. Nie wiem, jak szybko wydano ją po śmierci aktora, bo nie śledziłam tego, ale zapewne względy finansowe doszły do głosu. Postawiono na szybki rezultat, nie na jakość. Temat był gorący, dobrze się sprzedawał, więc trzeba było kuć żelazo póki gorące.
Mam tę książkę na swojej półce już od jakiegoś czasu, ale jakoś cały czas nie mogę się za nią wziąć. Ja akurat jestem fanką Przyjaciół, może postać którą grał Matthew Perry nie była moją ulubioną, ale mimo wszystko cenię jego talent aktorski. Mało wiem o jego życiu prywatnym i po przeczytaniu Twojej recenzji sama już w sumie nie wiem czy chce wiedzieć coś więcej. Czuję, że mogę podzielać Twoją opinię.
OdpowiedzUsuńJeśli ją masz, a do tego jesteś fanką serialu, to... wybacz, ale nie masz wyjścia, musisz ją przeczytać! ;) Absolutnie nie sugeruj się tym, co tutaj napisałam. To są tylko moje subiektywne odczucia, Ty możesz mieć zupełnie inne. Ja bym tym bardziej ją przeczytała, żeby wyrobić sobie swoje zdanie :) Jeśli to zrobisz, to mam nadzieję, że podzielisz się swoimi przemyśleniami u siebie na blogu - z ogromną chęcią bym je przeczytała. Lubię porównywać odczucia po obejrzeniu danego filmu bądź przeczytaniu książki.
UsuńTaito , przede wszystkim powiem ci, ze jak trafilam na Twojego bloga i przeczytalam " Twoja metryczke" , to troszke sie " zmartwilam", ze mamy rozne zainteresowania i chyba nie zabawie tutaj za dlugo , bo przeciez .... ja kocham " Przyjaciol" :) 😍! Po prostu kocham ten serial, to poczucie humoru , cieplo, ironie , inteligencje dowcipow, i po prostu radosc jaka dawalo mi ogladanie kolejnych odcinkow. Over and over again. Ale - z nich wszystkich postac Chandler'a zawsze niemozliwie mnie wkurzala , a ten jego glupio-madry wizerunek zawsze przeszkadzal. Patrzylam na niego poprzez pryzmat wiekszej calosci i w ten sposob akceptowalam jego obecnosc, choc zawsze uwazalam, ze postac ta mogla byc zagrana zupelnie inaczej.I bylaby zupelnie inna w wykonaniu innego aktora. O jego zyciu prywatnym niewiele wiedzialam, od czasu do czasu dochodzily do mnie jakies dziwne informacje, o jego niepoukladanym, chaotycznym zyciu i uzaleznieniach... Smutne to, co zrobil ze swoim zyciem, albo to czego nie zrobil i juz nie zrobi. A jednak tak jak i w Tobie , we mnie on tez nie wzbudza empatii , jest mi to w gruncie rzeczy obojetne, do tego stopnia, ze nie zamierzam czytac jego autobiografii i obciazac nia swojej pamieci i psychiki . Generalnie czytam autobiografie ludzi , ktorych lubie , ktorzy wzbudzaja we mnie cieple i mile wspomnienia , z dawnych czasow mojego dziecinstwa czy mlodosci. Sila rzeczy sa to aktorzy " dawnego Hollywood" , jak James Stewart, Cary Grant, Michael Caine, Lauren Bacall , Kathrine Hepburn, Audrey Hepburn i paru innych zacnych ludzi . Nie czytam biografii politykow ( a kysz! ) czy cudownych porad milionerow i biznesmenow pt. " Jak zostac milionerem " Ale wracajac do M. Perry. Moim zdaniem napisalas mu fantastyczna " metryczke" , ktora moze nie jest ani politycznie ani medialnie poprawna, ale jest nieslychanie trafna, uczciwa i realna , bez owijania brzydkiej prawdy w bawelne i bez doszukiwania sie trzeciego i czwartego dna w kims, kto wedlug mnie byl dosc plytka osoba i nieciekawym , trudnym , narcystycznym charakterem . Wkurza mnie obecna mania i moda promowana przez media , usprawiedliwiania slabosci, lenistwa, egocentryzmu i egoizmu , albo wrecz czystego zla w imie poprawnosci politycznej, bowiem spoleczne przyzwolenie na takie zachowania i taki model zycia prowadzi do moralnego upadku calych spoleczenstw... Co widac zreszta po obecnym stanie spoleczenstw zachodnich ... jak mocno zdominowane sa konsumpcja, zaspokajaniem wlasnych zadan, zachcianek , nalogow i zyciem na koszt innych. Ufff , no to
OdpowiedzUsuńi
mnie sie tutaj ulalo . A i tak nie napisalam wszystkiego, bo mnie juz kciuk rozbolal :) Kitty
Chcialam jeszcze dodac, ze gdybys to Ty napisala jego autobiografie , albo ocene wlasna jego zycia , to te ksiazke bym kupila od razu! Twoj tekst polknelam gladko jak pyszna kluseczke 👌🤗Kitty
UsuńKitty :) Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam ten Twój wpis, i cóż mogę powiedzieć? Jestem wielce uradowana, że dałaś mi szansę i nie przekreśliłaś już na starcie, a przecież mogłaś, gdybyś zasugerowała się tylko i wyłącznie tymi nieszczęsnymi "Przyjaciółmi" :) To też jest doskonały dowód na to, że naprawdę nie musimy (my, ludzie) być we wszystkim zgodni i podzielać tych samych upodobań, aby nam się dobrze ze sobą gaworzyło ;) Poza tym, pewnie na każdą różnicę przypada jedno podobieństwo :)
Usuń"Przyjaciół" albo się kocha, albo nie znosi. Chyba :) Ja ogólnie nie lubię sitcomów. Ten format słabo do mnie przemawia, więc serial już na starcie miał we mnie "wroga", nie zaś sojusznika. Wyjątkiem i pewnego rodzaju fenomenem jest dla mnie kultowy tutaj "Father Ted", którego mogę oglądać tak, jak Ty "Friends" - namiętnie, za każdym razem śmiejąc się z tych samych gagów :)
Ja mam w sobie jakąś dziwną potrzebę zrozumienia innych, więc zdarza mi się sięgać po (auto)biografie osób, z którymi zupełnie mi nie po drodze (tak, nawet polityków! W zeszłym roku czytałam o Michelle Obamie, w tym obecnym o Trumpie, planuję o Trzaskowskim...). Rozumiem jednak podejście takich osób jak Ty, które nie chcą tracić swojego drogocennego czasu (i szargać nerwów!) na lekturę o kimś, kogo nie trawią. Od czasu do czasu przewinie się nawet u mnie jakieś dzieło z tymi cudownymi radami milionerów i innych biznesmenów, którzy dorobili się wielkich pieniędzy (a nuż wejdę w posiadanie tajemnej wiedzy? ;)) Cóż szkodzi przeczytać? ;)
Co się zaś tyczy mojego krytycznego wpisu, to domyślałam się, że może się on spotkać z negatywnym odbiorem (wszak serial ma mnóstwo fanów, Perry był przez wielu uwielbiany), ale pisałam tak, jak czułam. Nie pod publikę, lecz z głębi serca. Bardzo cenię sobie autentyczność u innych blogerów, więc nie wyobrażam sobie robić czegoś wbrew sobie, aby być politycznie poprawną. Swoją drogą, politycznej poprawności bardzo nie lubię.
Bardzo słuszne spostrzeżenia zawarłaś na końcu swojego wpisu. Wierz mi, czuję Twoją frustrację, i jak najbardziej podzielam Twoje zdanie w tym temacie. Takie pobłażanie, zaniżanie standardów, dostosowywanie się do ciągnącej nas w dół reszty prowadzi do opłakanych skutków - szeroko pojętej degrengolady.
Haha, kluseczka mnie rozbawiła :) Cieszę się, że gładko weszła, obyś tylko niestrawności po niej nie dostała, miałabym wyrzuty sumienia! :) Nie mam niestety aspiracji do bycia autorką jakiejkolwiek książki. Biorąc pod uwagę moją zanikającą wenę, nie wyżyłabym z tego ;) No i jest też ryzyko, że woda sodowa uderzyłaby mi do głowy, jak wielu "gwiazdom" ;) (fajnie jednak byłoby mieć widok na Pacyfik! Albo Atlantyk. Ten ostatni by mi wystarczył)
UsuńHi hi Taito,az tak bardzo nasze gusta sie nie roznia , bo ja generalnie tez nie ogladam zadnych sitcomow ani oper mydlanych:)) A juz szczegolnie takich , w ktorych podlozony jest " sztuczny smiech" , coby publicznosc wiedziala kiedy ma sie smiac:). W " Przyjaciol" wpadlam przypadkiem ktorejs ponurej mokrej , angielskiej zimy i akuart byl to chyba odcinek o gotowaniu :)) jak wspolnie obchodzili ktores Swieto, albo Thanksgiving albo Christmas, juz nie pamietam. Pamietam tylko , ze wpadlam jak sliwka w kompot w te atmosfere, ciety dowcip i zgrana paczke , ze poczulam sie jakbym znowu byla w liceum i znalazla sie w gronie mojej dawnej paczki zwariowanych kumpli. Niektore sytuacje wypisz wymaluj , i do tego ciete riposty. Dopiero duzo duzo pozniej obejrzalam serial od samego poczatku. Jakby go tak przyrownac do wspolczesnych seriali , to nie znajdziesz drugiego takiego : pozbawiony przemocy, chamstwa, prostactwa i w ogole niepodobny do tego , co rownolegle juz bylo promowane w telewizji i w mediach. Poza tym ten serial mozna ogladac tylko w oryginale. Ogladanie go np. w Polsce , z lektorem podkladajacym glos dla wszystkich postaci i z nieudolnym tlumaczeniem ( bo nie da sie przetlumaczyc niuansow jezyka angielskiego, no nie da sie! ) - mija sie z celem i jest kompletnie niestrawne. Przyznaje. Nie , zebym sie musiala tlumaczyc dlaczego uwielbiam " Przyjaciol" , po prostu stwierdzam fakt. Pozostawili niezwykle cieple miejsce w moim sercu. 💕 Kitty
UsuńCo do weny - Twoja wena kwitnie ! Przynajmniej na blogu, gdzie mozna przekonac sie o tym, jak swietnie operujesz piorem i slowem. W blogosferze dla mnie jestes chyba druga osoba, o ktorej mysle, ze naprawde ma talent pisarski. Nie tylko taki do niecodziennego codziennego relacjonowania swojego zycia i wydarzen , ale to cos wiecej. To ta lekkosc i elegancja podawania slowa w taki sposob, ktory zaciekawia, nurtuje, zmusza do myslenia , bawi , zaskakuje i w koncu wywoluje chec komentarza, chec dolaczenia sie do dyskusji , do zrozumienia tego , co autor chcial przekazac , do dalszych refleksji, a co najwazniejsze, do checi siegania po nastepne i nastepne wpisy... ksiazki ?
Usuńartykuly ? Szkoda, ze nie wydajesz wlasnej , niezaleznej gazety :) Choc zapewne w dzisiejszych czasach bardzo szybko zostalaby zamknieta, a Ty wciagnieta w procesy sadowe o znieslawienie ... W takich czasach zyjemy. Zapewne wiesz, jakie prawo obowiazuje w UK od dwoch dni. Przerazajace po prostu, nigdy nie przypuszczalabym, ze " demokratyczny " swiat moze tak upasc. Pozdrawiam Kitty
Może właśnie to jest jeden z głównych powodów, dla których ten serial nigdy do mnie nie przemówił? Zawsze natrafiałam na niego w polskiej tv, z naszym nieśmiertelnym lektorem i tłumaczeniem, które - jak słusznie zauważyłaś - nigdy nie dorówna oryginałowi i nie odda lingwistycznych niuansów. Kiedyś też zaczęłam robić do niego podejście, oglądając na Netfliksie, ale mój zapał dość szybko wygasł, jakoś szkoda mi było czasu na oglądanie czegoś, co nie do końca do mnie przemawiało. I bardzo fajnie, że masz taki serial, który działa na Ciebie jak najprzyjemniejszy kocyk, a do tego przenosi pamięcią do lat młodzieńczych :) Ja akurat nigdy nie miałam takiej paczki przyjaciół, więc we mnie nie budzi takich skojarzeń.
UsuńCo się zaś tyczy Twojego drugiego komentarza, to sprawiłaś mi nim mnóstwo radości, ale też zawstydziłaś, bo nadal nie przywykłam do bycia zasypywaną komplementami (choć to miłe, nie będę kłamać). To były chyba jedne z najmilszych słów, jakie kiedykolwiek przeczytałam tu o sobie. Zupełnie nie nadaję się jednak do systematycznego prowadzenia jakiegokolwiek periodyka, obawiam się więc, że pozostał Ci jedynie mój nieregularnie aktualizowany blog ;) Obiecuję jednak, że zrobię, co w mojej mocy, by dobrze Ci się go czytało, no i żeby przede wszystkim było co czytać :)
Dziekuje Taito , za to , ze piszesz i nie jest to pusty komplement. Twoje pisanie wnosi cos do mojego zycia , z kazdego posta cos zostaje i wbudowywuje sie gdzies tam w moj calkosztalt. Dlatego tu zagladam. Przyznam ci sie, ze od lat nie czytam juz ksiazek. Kiedys bez roslin i ksiazek nie wyobrazalam sobie domu, zycia , codziennosci. Nad ksiazkami spedzalam wiele wieczorow. Popatrz jak czasy sie zmienily ... Nadal mam w domu pelne polki , nadal lubie czytac, ale zycie zmienilo diametralnie moj sposob czytania. Przede wszystkim wyczerpujaca praca przy kompie 10-12 godzin kiedys, na szczescie tylko 7-8 godzin teraz. Przez wiele lat wracalam do domu tak bardzo zmeczona psychicznie, ze nie moglam juz patrzec ani na komputer ani na druk. Pozniej doszlo jeszcze cos innego. Moja glowa zaczela odmawiac zapychania jej informacjami zbednymi , niepotrzebnymi , bez ktorych znakomicie moglam sie obejsc, albo ktore stanowilyby niepotrzebne obciazenie. I tak powoli odpadla proza, biografii i powiesci historycznych nie lubilam nigdy , za to odkrylam, ze sa miejsca w necie, o ktore warto zahaczac, warto odwiedzac. Bo to jest zywe, prawdziwe, to ma wplyw na moje zycie i tylko ode mnie zalezy jaki filtr na to naloze. Nie odwiedzam i nie komentuje stron, z ktorych bije zla energia , wg moich oczywiscie kryteriow. Oprocz tego odwiedzam rozne niezalezne zrodla, bo sieczka plynaca z MSM jest nie tylko szkodliwa, ale wrecz klamliwa i pokazuje nam wypaczona rzeczywistosc. Nie ekscytuje sie codziennymi " niepokojacymi " wiadomosciami , ktore dzien w dzien nieprzerwanym strumieniem sacza niepokoj , strach i negatywne emocje. A ludzi przyciaga to jak magnes - mnie odpycha :) Owszem , lubie wiedziec co sie dzieje wokol mnie i na swiecie, ale nie poprzez pryzmat tylko jednej i tej samej soczewki :) Anyway, szkoda, ze Twojej gazety nie bedzie , ale fajnie, ze jest to miejsce tutaj. To drugie i wyjatkowe takie miejsce w blogosferze gdzie czlowiek, ktory tu zaglada moze czuc sie bezpiecznie , wie ze nie zostanie potraktowany zimno , lekcewazaco badz storpedowany zostanie przez autora, ktoremu nie podoba sie inne zdanie czy koncepcja. Pozdrawiam Taito ... i lece sie urlopowac ☀️Usciski Kitty
UsuńWybacz, kochana, że znów późno odpisuję, i nie odbieraj tego, proszę, jako zniewagi ;)
UsuńOch, ta Twoja końcówka wpisu! Zapachniało wakacjami, relaksem i przygodą :) Czyżby wreszcie nastąpił długo wyczekiwany przełom i kolano przestało stroić fochy? ;) Mam nadzieję, że ten dopiero co rozpoczęty miesiąc niejednokrotnie przejdzie Twoje oczekiwania, a Ty przejdziesz wiele kilometrów w pięknych okolicznościach przyrody, po ścieżkach pięknie oświetlanych promykami wakacyjnego jeszcze słońca :)
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że los sobie okrutnie z Ciebie zadrwił odbierając Ci to, co kochałaś, czyli przyjemność z zanurzenia się w ciekawej lekturze, rozumiem jednak doskonale, że życie nieustannie wymusza na nas przeróżne zmiany. Takie długie ślęczenie przed monitorem wcale nie jest łatwą i przyjemną pracą, jak to zwykli myśleć o niej niektórzy przedstawiciele prac fizycznych. Prawda jest taka, że zarówno jedna, jak i druga praca (umysłowa i fizyczna) potrafi człowieka totalnie wydrenować. Kiedyś wydawało mi się, że praca biurowa jest dla mnie niemal idealna, ale sama znalazłam się na tym etapie życia, kiedy rozglądam się za czymś bardziej dynamicznym ruchowo. Nie zostaliśmy stworzeni do długotrwałego siedzenia i gapienia się w komputer. Źle to działa na nasz układ kostny, że o wzroku nawet nie wspomnę. Nie dziwi mnie zatem Twoja awersja do komputera (czy drobnego druczku) po godzinach pracy. Cieszę się nawet, że znalazłaś sobie inny sposób na relaks.
Przyklaskuję również Twojemu celowemu odżegnaniu się od medialnych trucizn, które media z upodobaniem wtłaczają do naszego systemu niczym trującą kroplówkę. To autentycznie zatruwa nasz spokój ducha, nasze zdrowie psychiczne. Tak przynajmniej było w moim przypadku, kiedy nieroztropnie pozwalałam, aby ten ściek dotarł do mnie w większej dawce niż ta tolerowana przeze mnie.
Miłej niedzieli, Kitty :)
" Urlopuje sie" ,bo mam urlop, ale to daleki krewny normalnego urlopu. Nie musze sleczec przy kompie, ale co z tego, bedzie wizyta za wizyta , co drugi dzien inny gabinet lekarski i nawet w przerwie nogi nie moge wystawic do slonca i wygrzac, bo pogoda pod zdechlym psem. Chodzic tez nie za bardzo , a transport miejski jawi sie ponad moje sily, wiec majatek pojdzie na taksowki. Ufff, no to lece do nowego posta . Kitty
UsuńNo ale może chociaż coś dobrego wyniknie z tych wizyt? Trzymam kciuki - i za pogodę i za powrót do formy :) U nas (akurat na długi weekend) jakiś sztorm przetacza się nad wyspą, więc dość mocno wieje, trochę popadało, ale są też przejaśnienia i przyjemne momenty, kiedy można z kawą posiedzieć w ogródku i wygrzać się do słońca.
UsuńNie oglądałam Przyjaciół bo to dokładnie ten rodzaj 'humoru', który mnie wkurza, a nie bawi. Biografie lubię bardzo (sama ostatnio pisałam o jednej u siebie) ale tej Perry’ego raczej nie przeczytam, bo nie mam ani potrzeby, ani cierpliwości wchodzić w świat człowieka, który mając wszystko, postanowił z uporem maniaka dążyć do autodestrukcji.
OdpowiedzUsuńNie mam dla niego ani krzty na wyrozumiałości. Bo kiedy ktoś ma wszystkie możliwości, by żyć pełnią życia, jak pączek w maśle, a wybiera samounicestwienie w luksusowych dekoracjach – trudno mi wzbudzić w sobie współczucie. Nawet nie próbuję.
Wiem, że nie każdy ma tę samą siłę, ale są granice, za którymi użalanie się nad sobą przestaje być smutne, a zaczyna być zwyczajnie irytujące. I tak, wolę zachować empatię dla tych, którzy naprawdę walczą – z biedą, z przemocą, z traumą – a nie dla tych, którzy mieli świat u stóp i go roztrzaskali, bo nie chciało im się znieść ani chwili dyskomfortu.
Dziękuję Ci za ten wpis – szczery, mocny, potrzebny.
Jejku, jak miło przeczytać słowa, pod którymi mogłabym się podpisać (koślawo, ale jednak!) wszystkimi dostępnymi kończynami! Dosłownie przelałaś "na papier" wszystkie moje refleksje w tym temacie! Zaczynam się na serio obawiać, że jesteś w stanie czytać mi w myślach ;) Sama bym tego lepiej nie ujęła.
UsuńOtóż to! Tyle osób zawzięcie walczy o każdy dzień życia, o szansę na realizację swoich planów, o kolejne lata życia z ukochanymi, o zdrowie... A on tym wszystkim pogardził. Dostał cudowne i uprzywilejowane karty od losu - coś, o czym wielu może jedynie pomarzyć - i obrócił to wszystko w perzynę!
Jasne, że tak. Są granice wszystkiego, i trzeba wiedzieć, kiedy skończyć użalać się nad sobą, a wziąć za pracę nad sobą i swoim życiem. Nie jestem idealna, też mam dni, kiedy pozwalam sobie poubolewać nad swoim losem, ale gdybym prezentowała tak defetystyczną postawę jak Perry, już dawno bym się stoczyła na dno, bo "brakowało mi miłości" i miałam "straszne dzieciństwo".
Widzę, że nadajemy na tych samych falach. Czasem naprawdę mam wrażenie, że niektóre rzeczy piszą się same, bo są tak oczywiste.
UsuńWiesz, patrząc na to, co spadło mi na głowę w ostatnich dwóch i pół roku, to według tej „logiki” powinnam była już dawno się rozpić, zacząć ćpać i łykać psychotropy garściami — bo tak byłoby najłatwiej, najprościej, bez wysiłku. A jednak wstałam, otrzepałam się i robię swoje, stawiając życiu czoło. Można mieć momenty słabości (kto ich nie ma), ale nie można z nich zrobić stylu życia. Albo się bierze życie za fraki, albo pozwala mu się przejechać po sobie jak walec. Trzymam z Tobą ten front, niech to będzie nasz symboliczny high five – za jasność widzenia i trzymanie się pionu.
Zauważyłam, że autorzy blogów mają tendencję do gromadzenia wokół siebie ludzi, którzy nadają na tych samych falach, a także podobnie odbierają otaczający świat. Nie dziwią mnie zatem Twoje słowa :) Sama również unikam w tym wirtualnym świecie ludzi, z którymi mi nie po drodze, do których nie czuję sympatii, i którzy stoją gdzieś tam po przeciwnej stronie barykady, a w dodatku głośno i wulgarnie stamtąd krzyczą. Po co otaczać się negatywną energią? Toż to podchodzi pod jakąś formę masochizmu ;) Jeśli mam wybór, to wybieram dobro i pozytywne wibracje :)
UsuńI bardzo dobrze zrobiłaś, królowo, że wstałaś, otrzepałaś się, poprawiłaś koronę i wrzasnęłaś: "ja wam jeszcze pokażę!". Tak trzymaj! Gdybyś nie zauważyła, to ta wydzierającą się baba z Twojego prawego narożnika to ja ;) Gorąco Ci kibicuję w Twojej życiowej walce! Pokaż im! Dowal im wszystkim! No dalej! ;)
Twoje słowa to miód na moje serce i błysk w oku. Tak, wybierajmy dobro, ciszę zamiast wrzasku i ludzi, z którymi chce się usiąść przy stole, choćby tym wirtualnym. A widząc Cię w moim narożniku, z taką mocą i sercem, wiem, że nie mogło być inaczej – to będzie piękna walka o życie z sensem, spokojem i miłością. Dziękuję, że jesteś🙂
Usuńp.s. przepis wysłany🙂
Cała przyjemność po mojej stronie, ogromnie się cieszę, że nasze ścieżki zeszły się ze sobą! :) PS Dziękuję!
UsuńHej, tu Dublinia :) Przepraszam z gory za brak polskich liter. Zgadzam sie z Toba absolutnie jesli chodzi o obwinianie innych za wlasne upadki. Nie zal mi celebrytow, ktorzy sie zacpali albo przedawkowali. Ksiazki nie czytalam, bo znajac troche aktora z jego prywatnych wypowiedzi, przypuszczalam, o czym to moze byc i jak czytam, mialam racje. Serial bardzo lubilam, ale ja oddzielam sympatie do postaci z show od aktorow, ktorzy je graja. Co do lekarza, oczywiście jak najbardziej nie zasluguje na tak surowa kare bo nie zmuszal aktora do brania. Z drugiej strony karamy delearow narkotykowych, ktorzy tez nikogo nie zmuszaja do brania. Gdybym byla lekarzem zdecydowanie nie dzialalabym na szkode pacjenta. PS super, ze dalej piszesz bloga:)
OdpowiedzUsuńSuper, że się odezwałaś! Nie sądziłam, że tutaj zaglądasz! Gdybyś nie wspomniała o polskich znakach, to w ogóle bym nie zauważyła, że w Twoim komentarzu brakuje jakichkolwiek znaków diakrytycznych ;) Dalej prowadzę bloga, a jakże :) Sama nie wiem, czy to już uzależnienie czy siła rozpędu :) Oczywiście zdarzają mi się mniejsze bądź większe przerwy, przeważnie wymuszone przez różne okoliczności życiowe, ale hej... mam imponujący staż, nie każdy może się takim pochwalić! ;)
UsuńDzięki za pozostawiony ślad i wyrażenie swojego zdania. Właśnie o to chodzi - można sobie poutyskiwać, wszak nie wszystkie nieszczęścia są spowodowane naszą winą. Warto jednak wiedzieć, kiedy przestać. Trzeba próbować ulepszyć sobie życie, nie zaś doprowadzić je do kompletnej ruiny. Ludzie są jednak różni, nie każdy ma na tyle twardą psychikę, by poradzić sobie ze wszystkimi tragediami.
Czytam, czytam, tez dalej pisze choc rzadko :) pozdrawiam
UsuńRaz rzadziej, raz częściej, jak to w życiu bywa. Czasami są chęci, ale brakuje czasu i możliwości. Innym razem nie ma weny, a czas jest. Ważne, że nadal to robimy. PS. Wszystko regularnie czytam! :)
UsuńPodejrzewam, że jego zachowanie i mnie by mocno irytowało...
OdpowiedzUsuńJest sposób, by się o tym przekonać ;)
UsuńFilmu- serialu nie znam. Obejrzałam może odcinek w całości, a może i nie, i parę we fragmentach, jakoś mnie nie wciągnęło. Nie bardzo rozumiem zachwyt nad tą produkcją, ale nie muszę. Książki też nie znam, czy historii aktora, ale mogę ją sobie wyobrazić. Zjawisko ludzi, którzy za wszelkie swoje niepowodzenia obwiniają cały świat wokół, a w sobie nie widzą krzty winy jest mi doskonale znane (od podszewki, bo występuje w najbliższej rodzinie). Takich ludzi staram się unikać jak ognia (choć tych w rodzinie nie mogę). Bywają oni niezwykle męczący i frustrujący.
OdpowiedzUsuńNałogi? Nie toleruję. Uważam, że osoby uzależnione same się w to wpakowały, więc niech teraz nie jojczą. A jak już ktoś kto pod wpływem zabije człowieka będzie się powoływał, że to nie on, a nałóg to nóż mi się w kieszeni otwiera. Jesteś pijakiem, czy narkomanem, chcesz się zabić- ok twoja wola, ale jeśli skrzywdzisz drugiego niewinnego człowieka to jesteś mordercą. I nie ma tu dla mnie dyskusji. Uważam nawet, że nasze prawo jest do tego nie dostosowane do takich przypadków. Ale poszłam w złym kierunku ze swoją argumentacją, bo zaraz dotrę do systemu penitencjarnego, a nie o to tu chodziło.
No, w każdym razie nie mam litości dla uzależnionych (no chyba, że ktoś po kryjomu ich faszerował lekami, używkami). A tu, jak piszesz było inaczej.
A argumentacja, że wolałoby się być w czyjejś skórze - wydaje mi się ... nie napiszę dosadnie, ale niemądra. A co stoi na przeszkodzie, aby znany, rozpoznawany aktor zmienił swoje życie. Czytałam o bardzo znanym aktorze (sorry, ale nie mam pamięci do amerykańskich nazwisk i nie znam tak dobrze ich aktorów), który mimo ogromnej sławy i bogactwa chodzi na piechotę, jeżdzi komunikację miejską, ubiera się niemal jak kloszard, wydaje miliony na dobroczynność bez świateł lamp i trąbienia o tym wszem i wobec. Czyli można to wszystko zmienić jak się chce i jeszcze ze swej pozycji uczynić sporo dobrego.
Pozdrawiam
Chyba każdy z nas znał, albo nawet zna i nadal ma w swoim środowisku takiego Matthew Perry'ego, który nie chce wypić piwa, które nawarzył, a całą odpowiedzialność za swoje opłakane położenie ceduje na osoby trzecie. Trudno żyje się z takimi ludźmi, bo do wprowadzenia zmian potrzebne jest zrozumienie swoich błędów i głęboka chęć wprowadzenia poprawy, obrania innej ścieżki.
UsuńMoja mała tolerancja nałogów bierze się w dużej mierze stąd, że w zasadzie od samego dzieciństwa obserwuję, jak mocno rujnują one życie ludziom. I to nie tylko samym uzależnionym, lecz nade wszystko ich dzieciom, żonom (bo to jednak najczęściej mężczyźni są), rodzeństwu. Posiadanie takiego człowieka, szczególnie agresywnego, pod swoim dachem jest prawdziwym koszmarem dla rodziny. I co z nim zrobisz? NIC. Bo jest dorosły, bo nie chce się leczyć, bo dobrze mu tak, jak jest. Bo picie stało się sposobem na życie.
Tak, też "uwielbiam" to usprawiedliwianie przestępstwa/wykroczenia alkoholem albo ćpaniem. Co to w ogóle za argument? Czyli co, słysząc taki tekst, mamy po prostu machnąć ręką i powiedzieć: "aaa, nie no, jak piłeś/ćpałeś, to spoko, nic się nie stało, to przecież nie twoja wina!". Nie martw się, nie poszłaś w złym kierunku. Uważam, że poruszyłaś bardzo ciekawy aspekt uzależnień, bo jedno łączy się z drugim. W tym przypadku po raz kolejny mamy próbę odcięcia się od odpowiedzialności za swoje winy.
Wydaje mi się, że sam siebie w ten sposób okłamywał, oszukiwał i usprawiedliwiał. Wmawiał sobie, że gdyby był zwykłym chorym na cukrzycę i bezrobotnym "Kowalskim", to i tak miałby lepsze życie, bo nie zmagałby się z tymi wszystkimi uzależnieniami. To jednak było wykonalne, choć wymagało od niego ogromnego nakładu pracy, dyscypliny (i to aż do śmierci) i potężnego pragnienia zmiany. Pytanie tylko, czy gdyby faktycznie był tym szarym i nijakim "Kowalskim", to czy wtedy nie piłby/ćpałby, bo... nie ma pracy, nie ma za co zapłacić czynszu, no i ma cukrzycę, więc i tak ma przechlapane... Tacy ludzie lubią wynajdywać kolejne preteksty.
Ja też nie oglądałam Przyjaciół. Nie darzę więc sympatią MP. Wygląda na to, że miał on osobowość narcystyczną.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Tobą, iż 40 lat pozbawienia wolności to przesada.
Pozdrawiam serdecznie
Dla mnie gruba przesada. Lekarz zasługuje na karę, to nie ulega wątpliwości, ale na 40 lat skazałabym kogoś kto osobiście zabił, i to z okrucieństwem i bezwzględnością.
Usuńooo bardzo ciekawy temat i problem. Jakie jest moje zdanie ? chyba podobne do Twojego choć na początek jeśli chodzi o lekarza to też bym mu nawrzucała bo niestety jest nadal ogromna liczba lekarzy którzy przepisują silne mocno uzależniające leki (minn psychiatrzy) i mając tego świadomość mają to brzydko mówiąc w dup.ie. Piszą jedną receptę za drugą nie patrząc, że na ulotkach pisze stosować góra 4 tygodnie bo uzależnia a pacjent je lek 4 lata .... Akurat taką znam historię, ze jeden psychiatra leci leki i ma gdzieś skutki a w międzyczasie konsultacja z innym i się za głowę złapał, że tak nie mozna ! więc nawet nie o krzyści majątkowe czasem chodzi a o ludzkie podejście i myślenie o pacjencie a nie tylko o machaniu bezmyślnie recept. Tyle o lekarzu. Co do samego aktora to fanką Przyjaciół nie jestem. Oglądałam wyrywkowo coś tam śmieszyło ale z butów jak niektórych nie wyrywało to i zachwytu nie ma. Odnośnie jego uzależnienia znając mechanizmy, trudności wydostania się z tej równi pochyłej itp itd też uważam, że jednak sam sobie winien trzeba się było ogarnąć. Nikt nie ma łatwego życia jedni mają takie problemy inni inne ale jakoś żyć trzeba. Podobnie nie mam współczucia dla kobiet dotkniętych przemocą. Niestety znam dziesiątki przykładów kiedy mają pomoc i możliwość zacząć inne życie a wciąż od nowa wracają do katów. Nie pojmuję tego jak można mieć taką w sobie autodestrukcję silniejszą od woli przetrwania.
OdpowiedzUsuńZgadza się. Lekarze i ich niemoralne, pozbawione empatii podejście do pacjentów to kolejny ciekawy i burzliwy temat. Chyba każdy z nas natrafił na takiego kogoś przynajmniej raz w swoim życiu. Czasami sama się zastanawiam, czym jest to spowodowane. Czy taki lekarz zawsze był takim typem człowieka, czy po prostu na pewnym etapie coś poszło nie tak? Wypalił się? Zobojętniał na krzywdę ludzką? Stracił serce i zapał do pracy? A może pieniądze uderzyły do głowy? Pokusa łatwego zarobku stała się zbyt trudna do odrzucenia? Zapewne ilu ludzi, tyle odpowiedzi, indywidualnych historii... Ten wspomniany w poście, akurat robił to dla korzyści finansowych. Ponoć udostępniono jego wiadomości. Nazywał Perry'ego głupkiem, który skłonny jest zapłacić ogromną kasę, byleby tylko dostać pożądane leki.
UsuńO to chodzi. Każdy ma swój krzyż. Jakoś trzeba żyć. Źle się dzieje, kiedy ktoś dochodzi do wniosku, że już nie ma sensu o nic się starać. Wtedy łatwo zatracić się w nałogu, bo przecież "nic nie ma sensu", liczy się tylko chwilowa przyjemność. To są niestety potworne ograniczenia we własnej głowie.
Nie czytałam tej biografii i nawet nie zamierzała. Przyjaciół oglądałam i sam serial były jak dla mnie ok rozrywką, choć do wielkich fanów nigdy bym się nie zaliczyła. Sam aktor nie był jakimś moim ulubieńcem, więc jego kariera i losy był mi kompletnie obojętne.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Tobą, że sam sobie taki los zgotował, choć może trochę w tym winy fanów, którzy traktują aktorów jak bogów i producentów, którzy płacą takim ludziom ogromne pieniądze, za przeciętne umiejętności. Wtedy sodówka potrafi odbić i myślę, że takich osób jak Perry jest znacznie więcej, nie tylko w Hollywood i okolicach.
Można się nad nim litować, można go usprawiedliwiać i próbować zrozumieć, ale brutalne fakty są takie, że sam wybrał takie, a nie inne życie. Codziennie budził się z nową szansą na zmianę. Nie jest to łatwe, powiedziałabym nawet, że cholernie trudne, wymaga ogromnego samozaparcia, nieustannej pracy nad sobą i swoimi skłonnościami, ale JEST możliwe do wykonania. Co więcej, dokonują tego "zwykli śmiertelnicy", ludzie tacy jak my. Takich optymistycznych, dających nadzieję, historii nie brakuje. Z nałogiem naprawdę można wygrać.
UsuńPrawda. Fani mają tendencję do wybielania swoich ulubieńców, bezgranicznego wybaczania im win i grzeszków.
Można wygrać z nałogiem, ale przede wszystkim trzeba tego naprawdę chcieć i mieć wsparcie, ludzie o słabych charakterach u skłonnościach do pójścia na łatwiznę bez wsparcia innych sami z nałogu nie wyjdą :(
UsuńOtóż to. To jest klucz do sukcesu. Kiedyś naiwnie wierzyłam, że mogę "zbawić świat" i wszystkich nieszczęśliwych. Z czasem boleśnie odbiłam się od muru, a raczej betonu, którym obwarowali się przeróżni nieszczęśnicy, i zrozumiałam wówczas, że moje wysiłki są syzyfową pracą. Bo sama moja chęć nic nie wskóra, jeśli nie spotka się z wolą "poszkodowanego".
UsuńJestem jak najbardziej za pomocą, za wsparciem, ale tę najgorszą harówę musi wykonać osoba uzależniona. I to najlepiej dla siebie, nie dla kogoś.
Oh my dear!
OdpowiedzUsuńJak ja żałuję, że z takim opóźnieniem wtrążalam się tu do Ciebie.
Napisałabym wówczas jako pierwsze słowa: amen kobieto amen!
Zapewne nie zdziwi Cię to bo znamy się już jak łyse konie, że Ci przytaknę? Miałam identyczne odczucia. Czytałam, że on tyle zarabia, ma super dom i jeszcze chodzi na plan nie do końca trzeźwy, wiecznie mu źle i miałam takie wielkie WTF?!
Serio? Jak można tak zmarnować sobie życie? No jak? Nadużywać zaufanie tak wielu osób?
Całkiem niedawno czytałam książkę córki Jacka Kaczmarskiego, było to jeszcze gorsze niż pozycja o której piszesz. Wieczne pakowanie się w związki z toksykami i zrzucanie winy na ojca za wszystkie swoje nieszczęścia.
W różnych domach się wychowujemy, ale potem mamy SWOJE życie i tylko my jesteśmy za nie odpowiedzialni. To piszę ja 😉
Nieważne, że z opóźnieniem. Czy wypowiedziałabyś się jako pierwsza, czy jako ostatnia, Twój głos ma taką samą moc i jest tak samo ważny, jak głos każdej innej osoby, która zechciała się tu wypowiedzieć.
UsuńByłam bardzo ciekawa Twojego zdania, bo wiem, że jakiś czas temu czytałaś jego książkę, nie wiedziałam natomiast, co sobie myślałaś w trakcie lektury.
Myślę, że Perry miał problem z wdzięcznością. Nie umiał dostrzec tego, ile dobra w życiu go spotkało, i ile powodów do wdzięczności posiada. A że nie wszystko było idealne? Czyje życie jest idealne, gładkie, równe i pozbawione wybojów niczym świeżo wylana autostrada?
Otóż to. Znam naprawdę niewiele osób, które miały piękne i szczęśliwe dzieciństwo, które pławiły się w miłości i szczęściu. A mimo to każdy z nas robi teraz, co może, by jakoś godnie żyć. Sama wiesz najlepiej. Trudno jest walczyć o lepsze życie, najłatwiej jest się poddać.
Przeczytałam książkę, ale miałam niesmak. Pamiętam, że dzieliłam się swoimi myślami po przeczytaniu z mężem.
UsuńZ każdym rozdziałem zastanawiałam się czy ktoś w końcu zdoła mu przemówić do rozsądku, ale jedynie on sam mógł to zrobić.
Wielu ludzi ma problemy z wdzięcznością. Taki jest dzisiejszy świat: tylko więcej i więcej. Każda rzecz, doświadczenie zadowala tylko na chwilę.
Czasami myślę sobie, że ludzie którym tak łatwo było osiągnąć sukces i mieć dobre życie partaczą je najbardziej.
Ludzie, którym nie było tak łatwo muszą się bardzo starać, dlatego bardziej wszystko doceniają.
Dobrze prawisz. Poruszyłaś bardzo istotny aspekt. To, co okupione jest wysiłkiem, często ma dla nas największą wartość. A jak łatwo przychodzi, to też łatwo odchodzi. Ponadto, uważam, że tak ogromne pieniądze naprawdę demoralizują. Ludziom przewraca się wówczas w głowie, co widać choćby po tych, którzy niespodziewanie wygrywają ogromne kwoty w Lotto. Ile było już takich historii? Nawet ich nie zliczę. Co ciekawe, sami zwycięzcy często przyznają później, że wygrana była dla nich jednym passem nieszczęść (tu przychodzi na myśl słynne: "uważaj o czym marzysz, jeszcze może się spełnić!"), albo początkiem ich upadku.
UsuńŁatwo przychodzi, łatwo odchodzi. Najprawdziwsza prawda.
UsuńI tu się z Tobą zgodzę bo ja całe życie mówię, że nie chciałabym być obrzydliwie bogata. Pieniądze psują ludzi.
Fajnie jest mieć pieniądze, nie ukrywajmy, wiele ułatwiają i dają znaczny spokój sumienia, kiedy nie trzeba wybierać, które rachunki opłacić i za co wyżyć przez najbliższy miesiąc. Wierzę jednak, że nikt z nas nie potrzebuje kilkudziesięciu milionów na koncie. Bez nich też można dobrze i przyjemnie żyć. Niezliczone przykłady celebrytów dobitnie pokazują, że sława i pieniądze absolutnie nie są gwarancją jakiegokolwiek szczęścia. Powiedziałabym nawet, że wielu przedwcześnie popchnęły do śmierci, albo wepchnęły w szpony głębokiej depresji.
UsuńDobrze prawisz. Staram się pamiętać, że są rzeczy i wartości wobec których jesteśmy jako ludzie wszyscy równi niezależnie od majętności. Są to miłość, zdrowie, życie, rodzina.
UsuńNigdy nie oglądałam "Przyjaciół", to raczej nie jest serial, w którym zakochiwało się moje pokolenie. A jeśli nawet, to mnie to jakoś ominęło... nigdy nie przyciągnęło mojej uwagi. Toteż aktora znam bardzo słabo, prawie wcale. Ale do kwestii walki z nałogami i możliwości podjęcia tej walki, mam podobne zdanie do Twojego. Typ narcyza jest mi dosyć dobrze znany, choć nie z mojego najbliższego otoczenia. Dlatego irytujące dla mnie jest właśnie to, że za wszystkie swoje własne nieszczęścia i niepowodzenia obarczają wszystkich naokoło, tylko nie siebie. Mając taką kasę i możliwości, rzeczywiście potrzebne są tylko chęci. A gdy ich brak, tak to właśnie wygląda, jak w tym przypadku. Tak naprawdę, to niech każdy robi ze swoim życiem, co uważa... tylko obciążanie innych odpowiedzialnością za swoje słabości, jest dla mnie nieakceptowalne.
OdpowiedzUsuńTaka osoba, która w ogóle nie dostrzega problemu w sobie, jedynie w innych i w całym świecie, jest na dłuższą metę nieznośna i bardzo uciążliwa dla towarzystwa. Bez chęci delikwenta do zmiany nic się nie zdziała. Nikt nic nie zdziała. Widzę i obserwuję to w moim środowisku. Przykre jest to, jak z powodu jednej takiej osoby, np. alkoholika, cierpi wiele innych, powiązanych z nim osób. To jest według mnie mocno nie fair, bo taka osoba potrafi autentycznie zrujnować rodzinie życie. Albo przynajmniej mocno je skrócić.
UsuńJak ja nie lubię tego całego Hollywood, wiec jak mi łatwo nie lubić i Matthew Perry. Z tym nielubieniem ich wszystkich to mam już tak od iluś tam lat, a w ciagu ostatnich kilku lat niektórych aż ścierpieć nie mogę. Z zainteresowaniem przeczytałam wszystko co piszesz, ale książki na pewno nie wezmę do rąk.
OdpowiedzUsuńW ogóle nie dziwią mnie Twoje odczucia. Co rusz wypływają na światło dzienne jakieś skandale z udziałem tych "wspaniałych, znanych i lubianych". Bardzo zakłamany, okrutny, bezkompromisowy i plugawy świat. Cieszę się, że nie jestem jego częścią.
UsuńNie znam serialu Przyjaciele. Właściwie to nie lubuję się w takich filmach. Nie znam zbyt dobrze tego aktora. Natomiast książkę „Przyjaciele, kochankowie i ta Wielka Straszna Rzecz” przeczytałam jednym tchem bo uwielbiam biografie. Nie chcę jej oceniać i nie chcę osądzać człowieka. Doskonale pamiętam tą całą otoczkę i sensacje gdy umarł.
OdpowiedzUsuńŚciskam Cię mocno i serdecznie pozdrawiam:)
Ja również nie, więc to pewnie był jeden z powodów, dla których nie pokochałam "Przyjaciół". Format serialu mnie drażnił, jego bohaterowie też.
UsuńDo biografii i autobiografii coraz bardziej się przekonuję. Kiedyś naprawdę rzadko po nie sięgałam, głównie dlatego, że raczej nie mam autorytetów, ludzi, którzy by mi w jakiś wyjątkowy sposób imponowali, więc czytanie o "przypadkowych" celebrytach nie wydawało mi się specjalnie kuszące. Teraz jednak widzę, że nie tyle podmiot biografii jest ważny, co jej autor. Utalentowany pisarz, świetnie operujący piórem, niemal zawsze zaciekawi czytelnika i utrzyma go przy sobie.
Dziękuję za komentarz i życzę miłego weekendu :)
Nie jestem fanką serialu Przyjaciele. Szczerze? Nie widziałam ani jednego odcinka. Gdzieś przespałam moment, kiedy to serial hulał na wyżynach list popularności. W zasadzie to od zawsze stroniłam od tego co mocno popularne 🤣 aktora kompletnie nie znam. Wiem natomiast że ma bardzo dużo fanów i wręcz przeciwnie. Dlatego z pewnością jest mocno kochany i nielubiany. Ciężko mi wyobrazić sobie co może czuć taka osoba bo nie jestem znaną aktorką i pewnie nigdy nie będę. Jednak to przede wszystkim człowiek. Nie można tłumaczyć tego co dzieje się wokół nas tylko tym co robią inni. W każdej dziedzinie życia liczy się to co robimy my. Obwiniając wszystkich za swoje nieszczęście, przepraszam bardzo że to powiem ale trzeba mieć nie po kolei w głowie. Zupełnie zgadzam się z tym co piszesz. Co do biografii to nie jestem fanką tego rodzaju książek więc i tej z pewnością nie przeczytam. Pozdrawiam cię serdecznie 🌷🌹
OdpowiedzUsuńTy, Klaudio, chyba jeszcze się nie urodziłaś, kiedy on święcił triumfy ;) Też tak mam z wieloma rzeczami - im bardziej nachalnie jest promowane, zachwalane i popularne, tym bardziej mam chęć w ogóle po to nie sięgać ;) Taka moja przekorna natura ;)
UsuńPerry, jak każdy człowiek, miał swoje słabości. Na pewno nie było mu łatwo z nimi żyć, to akurat nie ulega wątpliwości. Każdy, kto zmaga się z jakimiś swoimi demonami, wie, że to kosztuje mnóstwo wysiłku.
Też kiedyś stroniłam od biografii, jednak w ostatnim czasie powoli się to zmienia, i nawet cieszy mnie ta zmiana :)
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie :)
Nałóg to jest straszna choroba, ale nie upoważnia do obwiniania za nią całego świata. Masz rację jeśli osoba uzależniona nie chce sama podjąć kroków, żeby sobie pomóc, to inni jej nie pomogą. Jakby ten lekarz mu nie przepisał, znalazłby gdzie indziej. Jeśli widział swój problem, to zamiast gadać, że chętnie by się z kimś zamienił, mógł zrezygnować z aktorstwa. Może być w tym dużo prawdy, że tak naprawdę lubił ten szum wokół siebie.
OdpowiedzUsuńTo prawda, straszna choroba zbierająca straszne żniwo. W dodatku jest to choroba, która mniej lub bardziej pośrednio dotyka też bliskich uzależnionego, jako że mało który człowiek jest samotną wyspą. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika niestety, że przykre konsekwencje ponoszą wszyscy najbliżsi.
UsuńWielkie dzięki za wyrażenie swojej opinii w tym delikatnym temacie.
Uzależnieni często obwiniają innych i przerzucają odpowiedzialność za swój nałóg. Stąd tyłu współuzależnionych, którzy dają się wciągnąć w tę "grę". Losy tego aktora jakoś mało mnie obchodziły, jak w ogóle losy celebrytów i gwiazd wszelakich. Serial pamiętam, ale nie mam sentymentu. Natomiast wielu alkoholików i narkomanów w życiu znałam i byłam świadkiem różnych upadków, przegranych w walce o życie, ale i podniesień. Tu trzeba przede wszystkim samemu chcieć. Dziękuję za recenzję. Na pewno nie sięgnę po tę książkę.
OdpowiedzUsuńWszystko to święta prawda. Ja również byłam świadkiem/doświadczyłam wielu ludzkich tragedii będących wynikiem potwornego uzależnienia, i braku chęci do zmian!, stąd być może moje "nieczułe" i "nieludzkie" podejście do tematu. Najbardziej chyba irytuje mnie ta bierna postawa i przeświadczenie, że na wszystko jest już za późno, że nie ma sensu walczyć o lepsze jutro, bo "tak ma być" i już. Więc nic tylko pić/ćpać/wpędzać się w raka płuc (i truć innych przy okazji!) kilkudziesięcioma papierochami na dzień!
UsuńDzięki, Sivko, za wyrażenie Twojego zdania. Życzę przyjemnego i słonecznego wtorku :) Taki, jaki zapowiada się u mnie :)