Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2025

"Thunderbolts". Od zera do bohatera?


Będę szczera. Kiedy Połówek zaproponował mi wyjście do kina na najnowszy film z Universum Marvela ‒ "Thunderbolts" ‒ westchnęłam ociężale, jakbym właśnie została skazana na pracę w kamieniołomach. Albo wysłana do słuchania hip-hopu. Albo podziwiania schnącej farby. Albo do tego wszystkiego.

No, ale czego się nie robi dla ukochanego?

Dawno, dawno temu źli ludzie obrzydzili mi kino. Niedobrych ludzi, kompletnie pozbawionych znajomości kinowej etykiety, było za dużo, a mojej cierpliwości za mało. Któregoś razu grzmotnęłam więc wyimaginowaną pięścią w wyimaginowany stół (aż połamały mu się wyimaginowane nogi) i powiedziałam: DOŚĆ!

Dość kina z obcymi! Dość ciamkających, smrodzących, gadających, świecących telefonami i dmuchających we mnie dymem z e-papierosa!

Jako że nie mogłam jednak powiedzieć: "wynocha mi stąd, buraki!", pozostało mi jedynie samej się wynieść. Kinowy fotel zamieniłam na domowy, szeroki ekran na marne 42”, ale odzyskałam spokój. A ten, jak wiemy, jest bezcenny.

A właśnie ‒ tu stawiam baner, wielki jak stodoła: SPOILERY, bejbe!

Wybierasz się do kina na ten film? To może nie czytaj dalej. Choć nie planuję tu zamieszczać streszczenia fabuły, to jednak zawrę garść moich poseansowych refleksji.

Przede wszystkim film mnie pozytywnie zaskoczył! (sama wizyta w kinie też!)

Spodziewałam się prostej jak budowa cepa naparzanki, a dostałam film z głębią. Kompleksowych, wielowymiarowych bohaterów, często zresztą skonfliktowanych wewnętrznie. Nikt z tytułowych "thunderboltsów" nie jest czysty jak łza. Nikt nie jest ani kryształowy, ani nieskazitelny jak miś Coccolino.

Zamiast nieskazitelności mamy przeróżne skazy, wszak nasi bohaterowie nie są bajkowymi ideałami. Aż chciałoby się powiedzieć, że to zwykli ludzie (no prawie!), tacy jak my. Z przeróżnymi przywarami, z wieloma grzeszkami na sumieniu, z traumami i z problemami z zaufaniem.

To wszystko sprawia, że "Thunderbolts" jest wyważony i życiowy, bohaterowie zaś są bardzo ludzcy. Publika utożsamia się z nimi i ich życiowymi problemami, przez co film wyjątkowo przemawia do ludzi.

Chyba właśnie w tym tkwi jego sukces. Nie jest ani przesadnie ckliwy, ani patetyczny. Zahacza o ważną tematykę, jaką jest depresja, wynikające z niej poczucie wszechogarniającej pustki, ale robi to umiejętnie, a nawet wplata w treść szczyptę humoru. Skłamałabym, gdybym napisała, że salwy śmiechu wybrzmiewały w sali, ale tak jakby trudno o nie, kiedy są w niej tylko cztery osoby.

Nade wszystko jednak wysyła jasny i piękny przekaz: nigdy nie jest za późno na naprawę błędów. Mając odpowiednie wsparcie, można zamienić ciemność w światło. A do tego każdy z nas może być bohaterem. Nawet jeśli nie na światową skalę, to chociaż na swoim małym i prywatnym podwórku. Bo jak już doskonale wiemy, nie wszyscy bohaterowie noszą peleryny (niektórzy zamiast nich mają protezy!).

"Zło dobrem zwyciężaj" ‒ to takie ponadczasowe przesłanie, które głosił ksiądz Jerzy Popiełuszko, zanim go brutalnie zamordowano, ale, te kilkadziesiąt lat później, nadal jest aktualne, o czym ta produkcja dobitnie nam przypomina.

Nie zostawiajmy innych w potrzebie ani w ciemności. W grupie drzemie niewyobrażalna siła. Nie chcę tu brzmieć jak nawiedzony manager, ale w tym przypadku hasło "teamwork makes the dream work" naprawdę się sprawdza.

Dodam jeszcze tylko, że wszyscy aktorzy stanęli na wysokości zadania, najbardziej jednak podobały mi się dwie kreacje kobiece: Yeleny i Val. Jako osoba, która całkowicie pozbawiona jest słuchu muzycznego, nie mogę nie pochwalić aktorki wcielającej się w rolę Yeleny. Mówiła z wyraźnym, naturalnym rosyjskim akcentem. Florence Pugh to Angielka, a ja głupia myślałam, że ona urodziła się gdzieś w środku rosyjskiej tajgi albo w syberyjskiej tundrze, tak dobrze jej to wychodziło!

Myślałam, że zapomnę o tym filmie już na drugi dzień, ale ponad tydzień później nadal o nim pamiętam. I przez to z jakąś mniejszą obawą myślę o dniu, w którym Połówek zapyta: to co? Idziemy na "Fantastyczną czwórkę"?

Ja tam prosta baba ze wsi jestem i się nie znam, I'm late to the party, ale eksperci w dziedzinie powiadają, że to najlepszy film Marvela w ostatnich latach. Tak więc, jeśli masz szekspirowski dylemat: iść czy nie iść, pozwól, że właśnie rozwiążę Twój problem. IŚĆ! I siedzieć do samego końca!

Nadal zadziwia mnie, ilu miłośników MCU (Filmowego Universum Marvela), nie zdaje sobie sprawy, że oficjalny koniec filmu wcale nim nie jest, bo po napisach zawsze jest jakaś scena. Albo dwie. To nawet taki laik jak ja to wie. Tu były dwie.

A może zwyczajnie ludziom nie chce się na te sceny czekać? Ja też często marudzę Połówkowi, żeby już iść, no ale ponieważ mam do czynienia z zatwardziałym "ultrasem", najczęściej opuszczamy salę jako ostatni, niczym kapitan na tonącym statku. Biorąc pod uwagę, że często chodzimy też na ostatni seans dnia, o późnej wieczorowej porze, na pewno jesteśmy przez to ulubieńcami pracowników kina. Ty też możesz być!

wtorek, 28 stycznia 2025

They don't see his lonely heart break... Do dwóch razy sztuka?

Dziś o tym, że nie wszystko jest takie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka.

Żyję sobie w tej "zaściankowej" Irlandii częściowo pod kamieniem i dość późno dotarły do mnie wieści o najnowszym Jokerze. Siedziałam wtedy w kinowym fotelu tuż przed seansem filmu "Deadpool & Wolverine". Pomyślałam wówczas, że za kilkanaście tygodni znów w nim zasiądę, kiedy "Joker: Folie à deux" będzie mieć premierę, ale jednak się pomyliłam. Plany planami, a życie zrobiło swoje. Chwilowo zapomniałam o Jokerze. 


Kiedy więc pewnego grudniowego dnia zauważyłam, że film Todda Philipsa właśnie stał się dostępny dla wszystkich użytkowników platformy streamingowej, niemal przyklasnęłam z radości.

Jako że pierwszy "Joker" z 2019 roku bardzo mi się spodobał, o czym pisałam tutaj, tym razem również liczyłam na filmową ucztę. Niemal błyskawicznie przekonałam się, że były to płonne nadzieje, i że zamiast uczty dostanę co najwyżej niestrawności, bo film jest częściowo musicalem, a te kiepsko trawię.

Już na samym początku na ekranie pojawia się nieapetycznie wychudzony Arthur Fleck (w tej roli ponownie genialny Joaquin Phoenix).

Notatka na marginesie: tak drastyczne wychudzenie widziałam uprzednio w wykonaniu Michaela Fassbendera ‒ jeśli ktoś lubi ambitne kino, irlandzką tematykę i nie boi się mocnych, turpistycznych obrazów, to polecam "Hunger" z 2008 roku.

Życie w niewoli mu nie służy. Arthur wygląda jak uciekinier z Oświęcimia albo gułagu. Jest cieniem człowieka. Wyniszczonym i zrezygnowanym, niczym Jan Baptysta Grenouille z mojego ulubionego "Pachnidła" Patricka Süskinda. I tak samo jak on wydaje się już tylko żyć na przekór innym.

Na wspomnianą niestrawność wpływają bardzo niesmaczne widoki, a im dalej w las, tym gorzej. Nie oglądało mi się tego dobrze: dużo aktów przemocy, nadużywania siły, rzucania Arthurem niczym kukiełką odartą z ludzkiej godności. Dopiero później zauważyłam kategorię wiekową Jokera ‒ słusznie, produkcja zdecydowanie nie dla dzieci. 

Przytłoczył mnie ten film, trochę też skonfundował tą swoją mieszanką gatunkową. W głowie kołatały się myśli typu:

Co to jest? Ni to wydra, ni pies. "A Star is Born: psycho edition"? Ta Lady Gaga przy fortepianie ‒ zdecydowanie déjà vu. Trochę mi się gryzła z moją wizją Jokera. Ni to musical z prawdziwego zdarzenia, ni pełnokrwisty romans...

Uznałam, że film jest ciężki i rozczarowujący, a jego akcja toczy się niezdarnie niczym wóz o kwadratowych kołach. Albo ociężała lokomotywa Tuwima. Tam też zresztą byli palacze i fortepian. Tylko tu, zamiast tłustej oliwy, krew wypływa.

Umęczona filmem poszłam spać. A na drugi dzień po raz pierwszy w życiu obejrzałam recenzję Tomasza Raczka, którego Joker zachwycił.

I zaczęłam się zastanawiać, co mi umknęło. Co poszło nie tak? Może faktycznie czegoś nie zrozumiałam? Może muszę wyzbyć się swoich uprzedzeń?

Nie dawało mi to spokoju, a że jestem upartą kozą, to przy pierwszej nadarzającej się okazji postanowiłam obejrzeć Jokera raz jeszcze.

Tym razem na spokojnie, bez wcześniejszych wyobrażeń, bez emocji. Za to z większą uważnością i dokładnością.

Wiedziałam już, czego się spodziewać, więc pierwotny szok i moje zniesmaczenie zastąpiłam wnikliwą obserwacją.

Wszystko zaczęło mi się ładnie układać w głowie. Sceny, które za pierwszym razem uznałam za piękne, tym razem też takie były. Za to te brutalne straciły nieco na swojej ostrości. Z każdą kolejną minutą seansu coraz bardziej dostrzegałam tragizm głównej postaci.

Mówiąc krótko: w filmie Todda dramat Jokera nadal trwa. Nadal jest niezrozumiany, nadal nie jest szanowany, nadal nie jest prawdziwie kochany. Miłość, której przedsmak poznał za sprawą Harley Quinn (Lady Gaga) okazuje się być tylko smutną wydmuszką. Jego wybranka to tak naprawdę interesowna psychopatka i stalkerka. I najwyraźniej cierpiąca na hybristofilię. Jej podobne zalewały Teda Bundy'ego tysiącami listów miłosnych, wzdychały do braci Menendez, i pożądały Richarda Ramireza. One jednak, w przeciwieństwie do niej, gotowe były przypieczętować tę swoją chorą miłość. Harley tymczasem znika jak kamfora, kiedy Arthur po męsku bierze na klatę odpowiedzialność za wszystkie swoje czyny. Smutne jest to, że jej nie interesuje Arthur, ona chce Jokera.

Uczucie Jokera i Harley Quinn może niekoniecznie nadaje się do harlekina, jest zbyt powierzchowne, ale jako zobrazowanie wiersza Dylana Thomasa "Love in the Asylum" ‒ już bardziej. Tylko w tym ostatnim "szalona ptaszyna" nie odlatuje przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Czy warto było drugi raz wchodzić to tej samej rzeki? Tak! Pomiędzy tymi dwiema projekcjami film nie przeszedł cudownej metamorfozy. Z ciężkiego i trudnego nie stał się lekkim i zabawnym, co ciekawe, dostarczył mi jednak innych wrażeń. Tak więc nie tylko zemsta najlepiej smakuje na zimno. Filmy też mogą!

I nie zawsze do trzech razy sztuka!


wtorek, 30 kwietnia 2024

U progu maja

Nie bardzo dowierzam, że to już koniec kwietnia! Kiedy to zleciało?! Drugi kwartał roku trwa w najlepsze, a jak tak dalej pójdzie (a raczej przeleci), to nim się obejrzymy, będziemy taszczyć do domu drzewko na Boże Narodzenie! Nie wierzycie? Cóż, jeszcze wspomnicie moje słowa!

Tegoroczna majówka jakoś niespecjalnie mnie ekscytuje. Nie mam absolutnie żadnego parcia na to, by gdzieś jechać. Bo długi weekend. Bo tak wypada. W dużej mierze wynika to z tego, że coraz większymi krokami zbliża się mój "epicki" urlop zagraniczny, a w tym roku przeszłam samą siebie, jeśli chodzi o plan podróży, i w porównaniu z nim wszystko inne wydaje się małym pikusiem. (Jeśli ktoś chce kartkę z wyjazdu, to niech da znać - chętnie wyślę).

Wczoraj wreszcie zarezerwowałam ostatnie noclegi, co nie tylko sprawiło, że poczułam się znacznie lżejsza (uff, wszystko poszło zgodnie z planem), ale nade wszystko uskrzydliło mnie, bo nagle ta wizja wyjazdu stała się jeszcze bardziej realna.

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że uświadomiłam sobie przy tym, jak ogromne zaległości mam w relacjonowaniu swoich wyjazdów. W ogóle nie opisałam zeszłorocznej podróży zagranicznej, mimo że była kapitalna i zdecydowanie nie zasługuje na zapomnienie! Czuję przez to teraz presję czasu, jego nieznośny oddech na karku, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że im więcej wyjazdów do opisania, tym mniejsze szanse na to, że się z nimi uporam.

Miniony weekend - podobnie jak jego poprzednik - był niezwykle udany, a to wszystko za sprawą wyjazdu do miasta na zakupy.  W sobotę rano obudziło mnie intensywne słońce bezczelnie zaglądające mi przez okno do sypialni. Kiedy już obudziłam się na dobre i okiełznałam wiecheć na głowie, doszłam do wniosku, że czas nabyć wreszcie jakieś kolorowe kwiaty do ogródka. W zeszłym roku zabrałam się za to kilka miesięcy później, przez co później mocno tego żałowałam. W tym roku jestem więc mądrzejsza.

Jak wspominałam poprzednio, moje ukochane centrum ogrodnicze zamknęło się w minionym roku, musiałam więc inaczej sobie poradzić. Niestety w Lidlu nie było już praktycznie NIC z tych kwiatów, których dostawę otrzymali w czwartek, co nieszczególnie mnie zdziwiło. Na szczęście Woodie's, z którym nie robiłam sobie większych nadziei, okazał się bardzo pomocny. Skorzystałam z ich promocji (3 rośliny za €12 i 4 mniejsze za €10) i wyjechałam stamtąd wózkiem zapełnionym pięknymi petuniami, geranium i dalią. A jako że pogoda sprzyjała, to jeszcze tego samego dnia posadziłam je w donicach. Od tego czasu chodzę z bananem na twarzy i z wielką ekscytacją zaglądam do ogródka, aby sprawdzić postęp w ich rozwoju. Najważniejsze, że ślimaczy zwiadowcy jeszcze nie wypatrzyli moich kwiatów i nie przypuścili szturmu na nie. Domyślam się jednak, że walka z nimi jest tylko kwestią czasu.

W międzyczasie zaś usilnie walczę ze sobą i staram się nie ulec pokusie. Otóż zewsząd natrafiam na przepiękne, letnie i plażowe sukienki, a mały rozkapryszony bachor we mnie za każdym razem krzyczy: chcę to! Staram się logicznie podchodzić do tematu (te, które mam w szafie nie są zbyt często używane, a lato pewnie nie będzie zbyt ciepłe), ale różnie mi to wychodzi.

Jako że na urlopie będę w bliskiej odległości od morza, to łudzę się, że je na nim wykorzystam. Z około dziesięciu (!), które wpadły mi w oko, ograniczyłam się do dwóch, które już do mnie jadą. Na zdjęciach w Internecie wyglądały pięknie, a jak będą wyglądać na mnie (i czy w ogóle trafiłam z rozmiarem), to się dopiero okaże. Dla własnego dobra muszę jednak przestać zaglądać na moją ulubioną stronę internetową. Innej rady nie widzę. W najgorszym wypadku ustawię się grzecznie w kolejce do Połówka. Już ma jednego klienta, hazardzistę uzależnionego też od filmików dla dorosłych, któremu blokuje dostęp do pewnych stron, najwyżej będzie miał kolejnego!

Oprócz tego w weekend przez przypadek natrafiłam na Netfliksie na irlandzki film "In the Land of Saints and Sinners" (2023), a że mam do tych produkcji słabość, to obejrzałam i absolutnie nie żałuję: piękne krajobrazy, stary, ale nadal jary Liam Neeson, cudowna Kerry Condon (skradła całe show zaraz po pejzażach!), i wielowymiarowi bohaterowie. Dla każdego widza kto inny może być świętym, a kto inny grzesznikiem. A może tak naprawdę wszyscy jesteśmy jednymi i drugimi? Jak najbardziej mi się podobał, ale ja - zaznaczam - nie jestem obiektywna.

Niedawno obejrzałam też za jednym zamachem głośnego "Reniferka" (fabuła poraża, bardzo dobry pod względem psychologicznym, no i jako przestroga też), a z doskoku oglądam "Loudermilka", który mnie dość mocno bawi. Tytułowy bohater jest antypatycznym dupkiem (tu niskie ukłony dla Rona Livingstona, który wciela się w tę postać i robi to niezwykle naturalnie, podobnie zresztą jak Richard Gadd w "Reniferku"), ale naprawdę dobrze się to ogląda. Chyba jednak największym zaskoczeniem był dla mnie obejrzany wczoraj wieczorem "X-Men Origins: Wolverine" (2009). Byłam święcie przekonana, że takie filmy to nie dla mnie, tymczasem ani przez minutę się nie nudziłam, oglądałam z wypiekami na twarzy, a po projekcji wyrzucałam Połówkowi, że przez tyle lat ukrywał ten film przede mną! Najwyraźniej mój gust jest bardziej eklektyczny, niż myślałam!

poniedziałek, 25 marca 2024

Muszę to z siebie wyrzucić!

Gdyby się ktoś zastanawiał, co robiłam w piątkowy wieczór, to już spieszę z odpowiedzią.

Byłam przybita do fotela!

Zakotwiczyłam w salonie przed szklanym ekranem, i nic, ani nikt, nie było mnie w stanie stamtąd ruszyć. Aktywiści z Just Stop Oil z powodzeniem mogliby się ode mnie uczyć uporu i determinacji w blokowaniu newralgicznych miejsc.

Ale zacznijmy od początku, jak Bozia przykazała.

Ledwo Połówek przekroczył próg domu, już go ochoczo wołałam: Siadaj, siadaj, tu masz gorący chowder, tam masz kocyk, OGLĄDAJMY! 


Doczekałam się bowiem tego pamiętnego dnia, kiedy na irlandzkim Netfliksie pojawił się "Top Gun: Maverick". Powiadam Wam, to był piękny dzień!

Tak, wiem. Normalni ludzie obejrzeli go już ponad dwa lata temu, a nawet zdążyli o nim zapomnieć. Ja tymczasem po raz kolejny udowodniłam, że mam wybitnie opóźniony zapłon.

Takie filmy to ja rozumiem, proszę państwa! Ile było w tym emocji, dramaturgii, pięknych i dynamicznych ujęć, ile sentymentu, ile dobrej zabawy i rozrywki! Za to zero dłużyzn - zadyszki można było dostać od wartkiej fabuły i goniącej akcji!

Normalnie to jesteśmy chyba najgorszym koszmarem każdego twórcy kinematografii. Publiką z piekła rodu.

On: nie potrafi zwyczajnie siedzieć na dupsku i gapić się w telewizor. Za trudne. Musi coś robić z rękami. I nie, niestety, nie jest to szydełkowanie, tylko granie na komórce. Na tym pierwszym można by było jeszcze zarabiać, drugie zaś jest zwyczajną stratą czasu.

Ona: nie lepsza. Bezwzględnie uważa, że film powinien zgrabnie zamknąć się w 90 minutach. Koniec i kropka. Te ponad dwugodzinne już zaczynają budzić u niej konwulsje. Tych trzygodzinnych nie tyka nawet dwumetrowym kijem.

Reasumując: tak, jak pisałam powyżej - duo z piekła rodem. Z nadpobudliwością ruchową i problemami w koncentracji (niezdiagnozowane ADHD?). Od takiej widowni uchowaj nas Panie.

Tymczasem stał się drugi cud nad Wisłą (a raczej nad rzeką Shannon). W piątkowy wieczór obydwoje grzecznie siedzieliśmy i z zapartym tchem wpatrywaliśmy się w Mavericka niczym cielę w malowane wrota.

On nawet nie dotknął swojego telefonu, ona nawet nie zauważyła, kiedy minęły te dwie godziny. Wspólnie za to orzekli, że już dawno nie widzieli tak angażującego emocjonalnie i dobrego filmu.

Ja tam jak na typową niewiastę przystało, jestem dość sentymentalna, więc "Top Gun 2" już na samym wstępie miał ode mnie plusa tak wielkiego jak krzyż na Giewoncie. Jako że uwielbiam lata 80. w muzyce i kinematografii, nie jestem absolutnie obiektywna. Połówek jednak znaczne bardziej twardo stąpa po ziemi, więc w jego przypadku raczej nie można było mówić o żadnej taryfie ulgowej. Film startował u niego z pozycji czystej karty, nie zaś tej uprzywilejowanej.

Oryginalny "Top Gun" zawsze wywołuje u mnie przyjemne ciepło na duszy, i - co ciekawe - z tym najnowszym było podobnie. W zasadzie już od sceny otwierającej. To było jak przyjemne spotkanie po latach. Otulające nostalgią i zalewające sentymentem.

Z niejakim podziwem spostrzegłam, że starzy "znajomi" niewiele się zmienili. Tom Cruise chyba karmi się boską ambrozją i popiją ją eliksirem młodości. A może po prostu kąpie się w oślim mleku niczym Kleopatra. Nie bardzo wierzę w jego krótki, cztero- i sześciogodzinny sen, a także dietę 1200 kalorii, jestem chyba za to w stanie uwierzyć, że mężczyźni z lat 60. są faktycznie jak wino: im starsi, tym lepsi.

Tom to też po części doskonały przykład na to, że nie ma brzydkich ludzi, są tylko biedni. Tom biedny był przez krótki czas, brzydki - raczej nigdy, ale to i owo sobie poprawił, dzięki czemu dziś można uwierzyć, że nie tylko odnalazł fontannę młodości, ale nawet się w niej wykąpał (i to niejednokrotnie!).

Jennifer Connelly, która jest jedną z moich ulubionych aktorek, również świetnie się tu prezentowała: wiek nie odebrał jej błysku w oku, ani nienagannej figury. Do twarzy jej było z tymi jaśniejszymi pasemkami. I tylko na Kilmera, wcielającego się w rolę chorego Icemana, przykro było patrzeć. Aktor zmagał się z rakiem przełyku, choroba nie była tylko i wyłącznie wytworem wyobraźni twórców tego kinowego hitu.

(Potencjalny spoiler poniżej)

Na zakończenie dodam jeszcze tylko, że film był naprawdę dobrym widowiskiem o wysokich walorach rozrywkowych. Finał zaś był wisienką na torcie. Miło było się mylić! Bo widzicie, myślałam, że jestem taka mądra i że przewidziałam zakończenie. W głowie miałam już gotowy scenariusz: heroiczną śmierć Mavericka będącą jednocześnie aktem poświęcenia i zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy Roosterowi. Jak ja się cieszę, że on przeżył! Że oni przeżyli!

(koniec spoilera)

To miało prawo się nie udać, wszak obydwa filmy dzielą grube dekady, a sequele już mają to do siebie, że wypadają gorzej na tle pierwowzoru (choć oczywiście bywają chlubne wyjątki, tak na szybko przychodzi mi tu do głowy "Dexter", a także "Love Story" - w moim odczuciu obydwie te produkcje są znacznie lepsze niż ich książkowe odpowiedniki). A jednak się udało! Co niektórzy nawet z pełnym przekonaniem twierdzą, że "Top Gun" z 2022 roku przebił tego pierwszego.

A skoro już jestem w temacie filmów, to wczoraj skończyliśmy oglądać serial "Dżentelmeni", i już niestety nie było takiego szału jak w przypadku Mavericka. Może to świeży efekt wysoko zawieszonej poprzeczki, a może zwyczajnie serial nie jest tak dobry, jak film o tym samym tytule z 2019 roku? Czegoś mi w nim zabrakło. To niby ten sam Guy Ritchie, ale jednak inny. Oglądałam go głównie z uwagi na świetną kreację Susie Glass - w moim odczuciu Kaya Scodelario (serialowa Susie) zmiotła z planszy pozostałych aktorów.  

poniedziałek, 27 marca 2023

"Johnny". Zło dobrem zwyciężaj.

W sobotni wieczór klapnęłam ociężale na salonową sofę umęczona mijającym tygodniem, chorobą, życiem. Wszystkim razem i każdym z osobna.

Tylko Netflix może mnie teraz uratować, pomyślałam, licząc, że uda mi się znaleźć coś ciekawego, co pozwoli mi się zrelaksować.

Całkiem niedawno trafiłam w ten sposób na wybornego "Luthera", miałam więc nadzieję, że metoda na chybił-trafił zadziała także i teraz.

Jakież było moje zdziwienie, gdy jedną z pierwszych propozycji okazał się być polski film "Johnny". Ja, jak zawsze, do tyłu z bieżącymi wydarzeniami - w pierwszej chwili nawet nie zorientowałam się, że to polska produkcja (teraz już wiem, że film miał premierę jakieś pół roku temu!), moją uwagę przykuła jednak znana twarz.

"Przecież to ksiądz Kaczkowski!" - głos w głowie utwierdził mnie w przekonaniu, że się nie pomyliłam.

Nie żebym była religijną fanatyczką, znająca z wyglądu wszystkich kapłanów znad Wisły. Tego konkretnego jednak dobrze kojarzyłam dzięki mojej niezastąpionej mamie, która jakiś czas temu podesłała mi jego książki do przeczytania. Na okładce był wizerunek księdza. Ci, którzy znali Jana z widzenia, doskonale wiedzą, że był on bardzo charakterystyczny i zdecydowanie nie należał do "niewidocznych ludzi".

Jestem "trochę" uprzedzona do rodzimych produkcji. Bogiem a prawdą, nigdy specjalnie nie robiłam niczego by to zmienić. To taki rodzaj uprzedzenia, kiedy doskonale wiesz, że coś dyskryminujesz, ale nie jest ci z tego powodu wcale źle.

Bo ile razy można się sparzyć?

Raz - OK. Dwa - też. Nawet trzy. Z czasem jednak uczysz się odpuszczać. Sam Einstein twierdził, że szaleństwem (a ja dodałabym do tego jeszcze: głupotą) jest robienie tego samego w kółko i oczekiwanie innych rezultatów.

Niech mnie kule biją! Tego się nie spodziewałam!

Trochę nieśmiało wcisnęłam "play", sama sobie dodając odwagi - przecież nic nie tracę, najwyżej wyłączę po dziesięciu minutach.

Już po pięciu minutach wygodniej umościłam się na sofie, po dziesięciu szczelniej okryłam kocem, a po piętnastu byłam już całkowicie pochłonięta oglądanym obrazem. 

To chyba najlepszy polski film, jaki kiedykolwiek widziałam!

Wspaniała praca kamery, naturalna gra aktorska, absorbująca fabuła, poruszająca historia. Nade wszystko jednak podbudowująca.

Teraz sobie myślę, że tymi wszystkimi epitetami można by z powodzeniem określić samego głównego bohatera - świętej pamięci księdza Jana Kaczkowskiego, który w ciągu swojego, relatywnie krótkiego życia, inspirował rzeszę ludzi.

I niekoniecznie mam tu na myśli "moherowe berety", raczej zwykłych ludzi, często wręcz ateistów, którzy z różnych powodów odeszli od Kościoła. Jan na nowo przywracał im wiarę w dobro, dodawał otuchy, wlewał trochę ciepła w serca.

Sam o sobie żartobliwie mówił, że jest onkocelebrytą - człowiekiem znanym z tego, że ma raka. W rzeczywistości był kimś znacznie więcej. I co ciekawe, w pewnym sensie był całkowitym przeciwieństwem tak dobrze nam znanego wizerunku duchownego: moralizatora, hipokryty, aroganta, mizogina...

Podczas gdy inni kapłani stali na tak wysokim piedestale, że głowę mieli w chmurach, on zniżał się do poziomu zwykłego człowieka. Nie tyle mówił, co i jak robić, co po prostu demonstrował.

Pokazywał to, o czym niegdyś mówił ksiądz Popiełuszko (do którego Jan wydawał się mieć słabość) - udowadniał, że zło da się zwyciężyć dobrem.

I tu w historii pojawia się ten "zły" - Patryk Galewski. Los źle go w życiu potraktował, więc sam zaczął źle postępować. Nie miał dobrego wzorca. Ojciec alkoholik nigdy nie zadbał o to, by syn wyszedł na ludzi, by wyrósł w przekonaniu, że może wszystko. Resztę zrobiło złe towarzystwo.

Narkotyki, włamania, rozboje, poprawczak, więzienie. Historia stara jak świat? Ale tylko do pewnego momentu.  

Do momentu, w którym drogi obydwu z nich krzyżują się w puckim hospicjum, gdzie Patryk trafia w ramach kary. Nie bardzo nawet wie, co to to hospicjum, a już tym bardziej nie zdaje sobie sprawy, że praca w nim odmieni jego życie.

Nie wie, że w tym samym hospicjum, tej umieralni, tej "przechowywalni" terminalnie chorych on się tam na nowo narodzi. I że w tych narodzinach nie będzie towarzyszyć mu żadna akuszerka, a ksiądz (zresztą sam umierający).

Ksiądz, który pod powłoką dilera i recydywisty dostrzegł w nim przede wszystkim człowieka.

Tam, gdzie inni okazywali mu pogardę, on okazał mu miłosierdzie.

Tam, gdzie inni kręcili głową, i szeptali między sobą, że z tego chłopaka to już nic dobrego nie będzie, on okazał mu dobro. Miłość, do której nie był przyzwyczajony. Życzliwość, której nie zaznawał wcześniej. Zrozumienie, którego nikt mu nie oferował.

I choć zabrzmi to patetycznie - wiara, nadzieja i miłość potrafią zdziałać cuda.

W tym wypadku zadziałały. Patryk sam otwarcie mówi, że gdyby los nie postawił na jego drodze księdza Kaczkowskiego, dziś pewnie już by nie żył. Gangsterski świat zrobiłby swoje. Albo on sam skróciłby swoje życie (ma na swoim koncie próby samobójcze). W "najlepszym" wypadku siedziałby dziś za kratami.

Kiedyś tam, dawno temu, wstępując na duszpasterską ścieżkę, Jan Kaczkowski zawarł umowę z Bogiem - zrobi, co w jego mocy, by sprowadzić do niego zagubione "owieczki". Okazał się doskonałym pasterzem.

"Pacta sunt servanda" - jak mawiali starożytni. Umów trzeba dotrzymywać. Zmarł przedwcześnie w wieku 38 lat, 28/03/2016, ale jednak swojej dotrzymał.

"Johnny" to piękna i ciepła powieść o dwóch niezwykłych mężczyznach.

Poryczałam się jak dziecko, któremu zabrano lizaka.

Na koniec zaś cieszyłam, że oglądałam ten film w weekend, bez makijażu, w samotności - mogłam do woli smarkać w rękaw i pochlipywać. Nie wiem, czy da się ten film oglądać "na sucho". I nie wiem też, czy jest czego gratulować tym, którym nawet ani jedna łezka nie zakręciła się w oku.

Wzrusza do bólu. Chyba dlatego, że bezceremonialnie obnaża nasze zapotrzebowanie na "bajkowe" scenariusze pisane przez życie. Pomimo tego, że różnimy się wiekiem, rasą, pochodzeniem, płcią i wykształceniem, to tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego.

Chcemy, by ktoś nas dostrzegł.

Chcemy, by ktoś w nas uwierzył.

Chcemy, by ktoś nas pokochał.