czwartek, 8 maja 2014

Dalkey Castle - nietypowe zwiedzanie całkiem typowego zamku


Zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum Dublina, w jego południowych przedmieściach, znajduje się miasteczko Dalkey. W średniowieczu miasto pełniło bardzo ważną rolę portu. To tu przybywali podróżni, tu masowo przybijały statki z pokładami wypełnionymi przeróżnymi dobrami. To m.in. przez ten port w połowie XIV wieku do Irlandii przedostała się dżuma. Zanim ładunki wyprawiono w dalszą trasę do Dublina, trzeba było je gdzieś przechować. Tower-houses, ufortyfikowane wieże mieszkalne, którymi usiana jest Irlandia, okazały się być idealnym rozwiązaniem. W Dalkey wzniesiono wtedy aż siedem takich wież. Nie wszystkie przetrwały do naszych czasów, ale te ocalałe są wystarczająco cenną średniowieczną pamiątką.



Bulloch Castle niewątpliwie zdobi port, w wodach którego pływają urocze foki, a dwa inne zamki: Archbold Castle i Goat Castle stoją przy głównej ulicy Dalkey, prawie że na wprost siebie. Ten pierwszy niezwykle ciężko zastać otwartym, bo udostępnia się go zwiedzającym tylko w wyjątkowych sytuacjach. Doskonałą rekompensatą jest za to Goat Castle, który w połączeniu z przylegającymi do niego ruinami St Begnet’s Church, wchodzi w skład Dalkey Castle & Heritage Centre.



Zamek Dalkey nie oferuje turystom standardowej wizyty, ale coś więcej. Coś, co jest zdecydowanie atrakcyjniejsze dla ludzkiego oka niż nudne ekspozycje i tablice informacyjne. Poprzez swoją inicjatywę – The Living History Tour – zamek stwarza zwiedzającym wyjątkową okazję, by porzucić na chwilę nasz świat i przenieść się kilka wieków wstecz. Profesjonalna grupka teatralna w postaci przewodników odzianych w starodawne kostiumy doskonale przybliża nam średniowieczne realia. I robi to w niesamowicie barwny, wymowny i ciekawy sposób.



Po interesującym filmiku informacyjnym wychodzimy na zewnątrz wprost na grunt starego cmentarzyska przylegającego do ruin St Begnet Church. Niewiele pozostało po tym X-wiecznym kościółku poświęconym patronce Dalkey. Lord zamku zgrabnie wprowadza nas w historię tego miejsca i pokazuje co ciekawsze nagrobki, by w końcu stanąć przed „magiczną” ścianą. Zachęca do podejścia, położenia dłoni na ścianie i pomyślenia sobie życzenia. Ponoć ma się spełnić. Chwilę później wskazuje nam taukę, krzyż rzadko spotykany na tych ziemiach. W międzyczasie zaś wypytuje, jak się dostaliśmy do jego kraju i zamku. Cały czas kurczowo trzyma się swojej roli. Akceptuje odpowiedź o łodzi, ale kiedy mówię mu o samolocie, absurdalnym dla niego środku transportu, a błogosławieństwie ery nowożytnej, robi minę mówiącą „odstaw te halucynogenne grzybki”, po czym dobrotliwie radzi, bym przestała tyle pić.




Lord zamku prowadzi nas do środka twierdzy, bo wizyta na cmentarzu dobiegła końca. Jego rola również się kończy. Jeszcze tylko krzyczy: Rupert, prowadzę gości, nie atakuj!, by z morderczej dziury strategicznie ulokowanej nad wejściem do wieży, nie posypały się na nasze głowy żadne kamienie. Gdybyśmy byli wrogami, zapewne właśnie wrzeszczelibyśmy z bólu, bo Rupertowi, proszę państwa, nawet by nie drgnęła ręka przed wylaniem nam na głowy galonów wrzącej cieczy.



Lord oddaje nas w ręce swojej uroczej i gadatliwej żony, a sam żegna się i znika. Wzywają go pewne sprawy. Lady okazuje się być równie gościnna jak jej mąż. Już po krótkich uprzejmościach pyta: would you like to eat some hedgehog pie? Nawet gdybym przed wizytą w zamku nie wypiła kawy i nie zjadła kawałka ciasta, nie skorzystałabym z propozycji zjedzenia potrawki z jeża. Zdziwieni? Zniesmaczeni? To dopiero początek. Bo Barnaby, nadworny kucharz, chwilę później wyjątkowo plastycznie kreuje przed nami wizję średniowiecznych przysmaków kulinarnych, a swoje opowiadania wzbogaca o sugestywne prezentacje.



Lady jeszcze przez pewien czas opowiada nam o różnych ciekawostkach. Zagłębia nas w tajniki średniowiecznej medycyny i nie waha się posłużyć naszymi skromnymi osobami, by dodać demonstracjom autentyczności i atrakcyjności. I choć oddając się w jej ręce nie wiem, czego na prawdę mam się spodziewać, i czy zaraz moja głowa nie poturla się po podłodze, podoba mi się ta nutka tajemniczości, ta niesamowita forma interakcji między dwoma stronami: przewodnikiem a zwiedzającymi. W Dalkey Castle każda wizyta jest inna i w znacznej mierze zależy od tej drugiej strony - od nas samych. Jakby mało było tego, że między aktorami jest rotacja i nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, to przewodnicy dodatkowo dopasowują się do zwiedzających.




Kiedy Barnaby kończy już swój wymowny pokaz wzbogacony o efekty dźwiękowe i różne – niekoniecznie estetyczne – gesty, prowadzi nas wąską klatką schodową na sam szczyt wieży. I dopiero tu na nowo odzywa się rzeczywistość. Średniowieczne realia zostają samoistnie zepchnięte w kąt: u stóp wieży przejeżdżają kolejne samochody, ludzie nie mają na sobie starodawnych strojów, a budynki są jak najbardziej nowoczesne. Tylko Morze Irlandzkie jest takie samo jak w średniowieczu.



Współczesny to widok, ale mimo to trudno odmówić mu uroku w ten pogodny i słoneczny dzień. Łopocąca na wietrze flaga z wizerunkiem kóz przypomina o genezie nazwy – Goat Castle - jaką nadano zamkowi w średniowieczu. A wszystko to za sprawą dawnych mieszkańców twierdzy. Wbrew pozorom nie były to kozy lecz rodzina Cheevers. W pięknym i melodyjnym języku francuskim koza zwie się un chevre. I ta oto wspomniana koza widniała w herbie rodowym rodziny Cheevers.




W jednym z moich przewodników w paragrafie poświęconym zamkowi Dalkey umieszczono następującą informację: w ostatnim czasie ceny wstępu znacznie tutaj wzrosły i ciężko jest powiedzieć, że ten mały zamek wart jest tych 6 euro. Jest tylko jeden sposób, w jaki mogę ustosunkować się do tej wypowiedzi: bullshit! Jedna wielka bzdura. Sześć euro w istocie nie jest najmniejszą kwotą [ale nie jest to też żaden majątek!] za bilet wstępu, ale zdecydowanie odpowiednią do jakości zwiedzania. Wierzcie mi, że płaciłam więcej za dużo mniej ciekawe atrakcje turystyczne. Tu bawiłam się naprawdę wyśmienicie. Absolutnie nie żałuję wydanych pieniędzy – tym bardziej, że dostałam 15% zniżkę – a dla mnie najlepszym „produktem ubocznym” tej wizyty był nieschodzący mi z twarzy uśmiech.




Super było wysłuchać ciekawych historyjek Lorda, tych nieco obleśnych Barnaby i tych zadziwiających, padających z ust Lady. A jeśli rola królika doświadczalnego, otoczonego narzędziami wzbudzającymi co najmniej ciarki, nagromadziła w nas niepotrzebny stres, to doskonałą okazją do jego pozbycia się jest krzyk. Głośny, mający swoje źródło na dachu zamku. Co prawda krzyczymy „Hail to the king!”, ale zawsze to lepsze niż nic.



Dalkey jest naprawdę uroczym miastem. Może już nie jest tak ważnym portem jak kiedyś, ale ciągle zachowało swój niesamowity urok. I ciągle jest niezwykle pożądanym terenem mieszkalnym dla wielu irlandzkich sław. Jeśli moja rekomendacja nie jest dla was wystarczająca, to może ta od Bono, Meave Binchy, czy Van Morrisona to zmieni. Dalkey było/jest bowiem domem dla wielu znanych osobistości irlandzkiego świata i wiecie co? Wcale, ale to wcale mnie to nie dziwi.


19 komentarzy:

  1. Fiu, fiu, fiu. Widzę dotarłaś w końcu do Dalkey. Wspaniały ten zamek. I wiesz co? Niezmiernie się cieszę, że był pierwszym zamkiem, w którym postawiłam swoje stopy w Irlandii. Zamku w Dublinie nie dane mi było wtedy zwiedzić, powiedziano mi, że tylko w grupie. Bardzo ciepło wspominam tą wizytę. Kolejność była inna. Najpierw zaczynała Lady Elizabeth, potem był Lord, a na samym końcu kuchnia, leczenie w średniowieczu (na przykład wyrywanie zęba) i średniowieczna toaleta;) Przy czym Lady Elizabeth tak naprawdę miała być duchem Lady Elizabeth, a nie żywą Lady;)

    W Dalkey o ile dobrze pamiętam zjadłam pierwsze w swoim życiu brownie. A Pani u której zamówiłam irlandzką kawę zareagowała "łuu huu". Potem już wiedziałam czemu;) Kawa nie była z whiskey, ale whiskey z odrobiną kawy;) No i na zdjęciach mam ten sam sklep zoologiczny.

    Ostatnio zapytano mnie w pracy czy bywam dwa razy w tych samych miejscach. Zwykle nie, chyba, że w którymś z nich poczuję się jak w domu. I tak sobie myślę chciałabym kiedyś wpaść do Dalkey, zobaczyć ponownie zamek kóz i napić się irlandzkiej kawy;)

    A Ty? Bywasz dwa razy w tych samych miejscach?

    OdpowiedzUsuń
  2. W zamku nie bylam jeszcze ale samo Dalkey sliczne jest i bardzo lubie tam jezdzic.

    OdpowiedzUsuń
  3. ~Przypadkowy Turysta9 maja 2014 11:06

    Dzień dobry :)
    Znowu potwierdza mi się to, że byłem w Irlandii w nie właściwym czasie. Zupełny przypadek zrządził , że tam w ogóle trafiłem i teraz widzę tego skutki. W Dalkey też oczywiście byłem ale chyba sobie to zlekceważyłem, bo zamku nie zwiedzałem ... i teraz żałuję :( A może było wtedy zamknięte? Tak , na pewno coś tam było napisane ale ja nie nawykły do czytania po ichniemu ... Miasteczko ładne i urokliwe jak na port przystało. Foki też były i zdesperowany tatuś , który kursował trzy razy między sklepikiem z rybami a pirsem żeby uspokoić brzdąca. Mały wył jak syrena portowa w czasie mgły, jak tylko wyrzucił ostatnią rybkę z wiaderka... w końcu mamusia popukała obu po czole i zabrała młodego na lody - tatuś pewnie ich nie dostał bo zbankrutował ...
    Odwiedził bym znowu te miejsca, bo już mam jakieś przygotowanie teoretyczne do zwiedzania :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dotarłam, dotarłam, a co więcej, chętnie jeszcze bym tam powróciła. Zacnego kandydata sobie wybrałaś na ten pierwszy raz :) Bardzo się cieszę, że Ci się tam podobało. Co do innej kolejności, to tylko potwierdza moje słowa: każda wizyta w tym miejscu jest inna :) A zostałaś może wybrana do demonstracji? :) Nam się niestety nie upiekło, bo grupa, w której zwiedzaliśmy była bardzo mała. Jako że nie było chętnych, to Lady sama wytypowała ofiary :) Szłam do tego krzesła niczym skazaniec na egzekucję :)

    Jak będziesz miała ochotę na brownie i ponowne odwiedzenie Dalkey, to polecam Tramyard Cafe niedaleko zamku. Ja akurat zamówiłam caramel square [bo uwielbiam karmel] i kawę, ale nie pogardziłabym też chocolate brownie. Podobała mi się wizyta w tym miejscu. Nie mam żadnych zarzutów :)

    Oczywiście, że są takie miejsca, do których wracam: plaża, o której Ci wspominałam - uwielbiam ją i nie żal mi przejeżdżania ponad 200 km w 2.5 h, Howth, Dalkey, miasteczka w hrabstwach Kerry i Cork... Staram się jednak nie wracać na wakacje do tego samego kraju, bo uważam, że świat jest tak piękny i ciekawy, że szkoda by było tracić czas na powrót do tych samych miejsc.

    OdpowiedzUsuń
  5. To zdecydowanie Cię zachęcam, tym bardziej, że masz Dalkey na wyciągnięcie ręki. Dobra zabawa gwarantowana.

    Prawda, urocze jest i ma fajny klimat. Myślę, że jeszcze nie raz i nie dwa tam wrócę. Warto.

    OdpowiedzUsuń
  6. Żal za grzechy w pełni uzasadniony :) Ale jeśli odczuwasz, bracie, autentyczne pragnienie poprawy, to jest jeszcze dla Ciebie nadzieja :) Dalkey i Goat Castle stoją przed Tobą otworem :)

    Myślałam nieraz o tym, by do bagażnika auta włożyć worek z owsem albo jakieś marchewki w celu dokarmiania napotkanych koni, ale jeszcze nigdy nie wpadłam na to, by jechać do Dalkey podtuczyć foki :)

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Prawda? Ja to jednak chyba miewam dobry instynkt, który w podróży wykazuje się znakomicie. Jak ja tam byłam to oprócz mnie zwiedzała tylko jedna, dosyć gderliwa Brytyjka (jeśli chodzi o Brytyjki to w ogóle podczas wizyty w Eire nabrałam o nich złego zdania bardziej niż dotychczas), więc padło na mnie. Nie wspominam tego jakoś traumatycznie;) Baardzo przyjemne miejsce.

    Dziękuję. Poprzestawiałam trochę plany (a jednak), więc zobaczę czy zajrzę do Dalkey. W kazdym razie wspominam je z sentymentem. Musiałabym zerknąć na zdjęcia, gdzie ja wtedy te brownie jadłam, bo zrobiłam fotkę z zewnątrz:)

    A mi zdarzało mi się zwiedzać miejsca na szybko i ogromnie żałuję. W Barcelonie spędziłam dwa czy trzy dni i niemal nic nie widziałam, więc chętnie bym wróciła. Na Bornholmie spędziłam jedną noc i również bardzo chętnie bym wróciła. Właściwie to masz rację. No i czasami przy powrocie można się rozczarować. Wiadomo, że pierwsze razy bywają najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Znowu poprzestawiałaś? O, to dałaś mi powód do tego by napisać do Ciebie maila :) Będziesz musiała mi wszystko w nim wyśpiewać - jak księdzu na spowiedzi ;) Zerknij, zerknij, bo chętnie bym się dowiedziała, gdzie konkretnie zaprowadziły Cię nogi :) Podobało Ci się w tej cafe? Może i ja się tam pojawię w czasie kolejnej wizyty [bo jestem pewna, że taka kiedyś nastąpi]. Do Dalkey mam dobry dojazd, więc pojawienie się tam nie jest jakimś wielkim problemem.

    Oj, doskonale to znam. Nie też się to zdarzyło. Nie raz i nie dwa. Tak to jest, kiedy ma się duży apetyt na zwiedzanie i za mało czasu na spokojną eksplorację. Ja również wróciłabym w wiele odwiedzonych przeze mnie miejsc: do Szwajcarii, bo jest boska, do Normandii we Francji, gdzie kiedyś pracowałam i gdzie poznałam wielu interesujących Francuzów, do Włoch... Aktualnie jednak stawiam na to, co jest mi nieznane i planując wakacje wybieram kraje, w których jeszcze nie byłam, a które bardzo chciałabym zobaczyć.

    Prawda. Czasami warto poprzestać tylko na jednym razie. Powroty niekiedy rozczarowują. Zmieniają się nie tylko ludzie, ale także miejsca, a nasz umysł ma tendencję do upiększania pewnych wydarzeń z przeszłości. Z czasem zapominamy o wadach i pamiętamy tylko to, co było dobre.

    OdpowiedzUsuń
  9. Taita, dziękuję Ci.

    Po raz kolejny zabrałaś mnie na niesamowitą wycieczkę....

    OdpowiedzUsuń
  10. Patrzę i patrzę i tego maila nie widzę;) Za chwilę zacznę mieć mailową fatamorganę. To może jutro zerknę? Na dziś zmęczyłam się planowaniem, a w ramach motywacji chcę obejrzeć P.S I love you z mega seksownym Gerardem. i Hilary, którą uwielbiam. Czy jakoś szczególnie? Irish caffe odurzyła mnie na tyle, że mogę mieć błędne wspomnienia;) Ty masz zasadniczo wszędzie dobry dojazd. Z resztą Irlandia w gruncie rzeczy jest mała.

    O proszę, pracowałaś we Francji? To musisz znać dobrze francuski:) Ja jeszcze do niedawna nie lubiłam wszystkiego, co francuskie, ale dziś chętnie bym odwiedziła prowansję.

    Mnie generalnie interesują bardziej wietrzne kierunki, ale to chyba zauważyłaś;) Włochy nie są na mojej top liście.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie ma za co :) Do usług :) Mam nadzieję, że kiedyś będziesz mogła na żywo podziwiać piękno Irlandii :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Coś Ty taka w gorącej wodzie kąpana? :) Przecież nie napisałam, że zaraz go wyślę :) Daj mi trochę czasu na oswojenie się z tą myślą :)

    Gerard całkiem apetyczny kąsek. Może się podobać, oj może :)

    Wyszłam nieco z praktyki ;) Przydałby się jakiś Francuz do odświeżenia mi pamięci ;)

    Francja i Włochy to piękne kraje. Jestem pewna, że nawet we Włoszech znalazłyby się zakątki, które przypadłyby Ci do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  13. A bo ja lubię się w gorącej wodzie kąpać:) Oswajaj się, oswajaj. Do końca maja zdążysz?;)

    Całkiem? Nawet bardzo, ale mam wrażenie, że poza kąskiem zostaje niewiele;)

    Nie od dziś wiadomo, że języki i narządy nie używane zanikają;) Francuski był dla mnie zbyt trudny zawsze, a koleżanki w szkole, które się go uczyły nazbyt często musiały przed lekcjami odwiedzać ustronne miejsce;) Kiedyś siostra mnie nauczyła Panie Janie po francusku, ciekawe czy jeszcze pamiętam:)

    Bardziej skłaniałabym się chyba ku Francji, choć włoska kuchnia bardzo mi odpowiada. Ostatnio pierwszy raz w życiu jadłam lazanię. Z krajów, które odwiedziłam wybitnie nie smakowała mi kuchnia w Hiszpanii. Z pozostałymi mam same dobre, kulinarne wspomnienia. Obawiam się, że mentalnie i kulturowo jestem bliżej zimniejszych krajów, ale to już wiesz.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja też :) Połówek zawsze narzeka, że kąpię się we wrzątku :)

    Możesz sobie szydzić do woli, a ja Ci udowodnię, że zdążę! Nawet przed Twoim wyjazdem zdążę! O! Jak stawiać sobie cele, to tylko takie ambitne :)

    Staram się ocenić go obiektywnie. Przystojny jest, ale nie rozpala moich zmysłów ;)

    Bo francuski to bardzo trudny i skomplikowany język. Dużo trudniejszy od angielskiego. Ja na szczęście nigdy nie miałam takich przeżyć. To był jeden z moich ulubionych przedmiotów. Za to przed matmą i fizyką miałam słabości i inne takie atrakcje :) Miałam okropną fizyczkę-terrorystkę. Postrach całego liceum.

    Ja będąc we Francji zakochałam się w tamtejszej kuchni. No może poza malutkimi wyjątkami: ślimaków i żabich udek nie tknęłam i raczej już tego nie zrobię. To właśnie tam przekonałam się do owoców morza: małż, ostryg i krewetek. Wolę jednak takie dania jak ratatouille czy salade piemontaise. To pierwsze robiłam kiedyś z najprawdziwszym Francuzem :) Wiadomo, że we Francji wszystko co francuskie smakuje lepiej niż to samo danie przygotowane np. w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale to bliziutko od Dublina! To tylko połowa drogi ze stolicy do Bray. Zerknąłem na mapę i obok jest Blackrock - byliśmy tam w 2008 roku, na trójwymiarowym skanie w trakcie ciąży z naszą córą :) Zameczek choć ze zdjęć wydaje się mały, to poprzez tę bardzo ciekawą opcję zwiedzania, jest przyciągający. 6 euro drogo? Rzeczywiście bulshit w tym przewodniku Twoim widnieje. Za tego typu atrakcję to jest żadna cena można powiedzieć. Ten zameczek, przynajmniej, jeśli o lokalizację chodzi, przypomina mi troszkę Opactwo, które też jest w mieście, i też obok jeżdżą samochody. W Sligo, byliście? Chyba w takim przypadku jest tak, że gdy się do środka wejdzie, to cały teraźniejszy świat, hałas i zgiełk miasta, zanika, prawda? Jest to coś innego, jakaś przeciwwaga od zamków, czy przeważnie ruin zamków zza miasta, które stoją gdzieś na odludziu. Fajna relacja, szybki trip.

    pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Witaj, Ćwirku! :)

    Czyżby Blackrock Clinic? :) Znam z reklam radiowych ;)

    Dokładnie tak. Sześć euro to przecież nie jest majątek, a poza tym w dzisiejszych czasach naprawdę coraz gorzej jest znaleźć atrakcję z tańszym biletem wstępu. Goat Castle jest typową wieżą mieszkalną, ale dzięki tym przesympatycznym aktorom-przewodnikom wizyta w tym miejscu zdecydowanie zapisuje się w pamięci. A ponieważ samo miasto jest urocze, to nic tylko zwiedzać i zwiedzać :)

    Tak, byliśmy w Sligo, i to nie jeden raz. Napisałam dwa posty po weekendzie spędzonym w tym mieście, będę musiała niedługo je opublikować. Podobało mi się tam.

    Miłego dnia życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Tak, ja też lubię wrzątek:)

    To absolutnie nie było szyderstwo, tylko takie tam, niedowierzanie;)

    Aż tak to moich też nie rozpala, ale miło popatrzeć:)

    Z matematyką radziłam sobie do pewnego momentu, a z fizyki nie radziłam sobie nigdy. Na szczęście miałam takich, co potrafili kartkówkę napisać za mnie;) Ale cii. Nie ma jak to świat humanistów.

    Nigdy nie próbowałam owoców morza. Przyjaciel, który je uwielbia powiedział mi kiedyś, że jak spróbuję mrożonych w Polsce to się zrażę na tyle, że już ich nie tknę. Proszę, proszę. Taka obywatelka świata z Ciebie wychodzi. Dużo jeszcze o Tobie nie wiemy. Co tam jeszcze trzymasz w zanadrzu, przyznaj się;)

    Wiadomo. Podobno pizza u nas w ogóle mija się z wydaniem pizzy we Włoszech. Jak jadłam serek camembert w Danii to był najlepszy ser jaki jadłam. Te z naszych sklepów do pięt nie dorastają. Do dziś żałuję, że nie kupiłam tego serka i nie przywiozłam do Polski.

    OdpowiedzUsuń
  18. Jeśli nie szyderstwo, to na pewno podpuszczanie :)

    Ze mnie też humanistka pełną gębą. Dobrze mi z tym, choć nie zawsze tak było. Umysł odziedziczyłam po Mamie :) Ona też nie lubiła przedmiotów ścisłych. W pewnym momencie w liceum miałyśmy nawet taką samą średnią, dasz wiarę? :)

    Chyba miał rację. Myślę, że np. źle przyrządzone krewetki mogłyby wywrzeć na Tobie niezatarte piętno ;) Z tym "pierwszym razem" akurat nie powinnaś się spieszyć :)

    Nie stawiaj mnie na nie wiadomo jak wysokim podeście, żadna ze mnie światowa kobieta. Wiejska baba jestem, nie zapominaj :) Muszę jednak powiedzieć, że spodobało mi się życie w małym mieście. Nie wiem już, czy chciałabym mieszkać na wsi. Zależy na jakiej.

    Mnie się tęskni za francuskimi serami.

    OdpowiedzUsuń
  19. ~Przypadkowy Turysta15 maja 2014 15:32

    Witam :)
    Czyżby grzechem było gdzieś nie być? To taki grzech zaniechania ? Mnie grzechy kojarzą sie zgoła z czymś innym... :) Na taką pokutę to nawet bym się zgodził - zwiedzić to co mnie ominęło. Całkiem niezła forma rozgrzeszenia :)
    Też bym sam tego nie wymyślił żeby tuczyć foki. Scenka jak najbardziej prawdziwa bo widziałem i nawet gdzieś mam zdjęcia. Może pomyliłem miejscowość? Widzisz , zasiałaś mi wątpliwość co do miejsca. W każdym razie na horyzoncie była wyspa z rezerwatem maskonurów, a sklepik z rybami jakieś 25 metrów od krawędzi pirsu. Problem z moją pamięcią wynika z tego, że w krótkim czasie byłem w wielu ciekawych miejscach i było to mocno spontaniczne... ale było fajnie!
    Obrok dla konia w bagażniku to wg. mnie zbyt duża prowokacja dla złośliwych automaniaków :):) - nie ryzykował bym, zwłaszcza Twoją furą - " ... Pani, a ile to zjada worków na 100 km? A na siano też pojedzie?? " itp. :):):)
    Pozdrawiam z mojej Krainy Deszczowców...

    OdpowiedzUsuń