poniedziałek, 13 lipca 2015

(Niedoszła) Dama z Łasiczką

Takiego nietypowego gościa w moim ogródku zdecydowanie się nie spodziewałam. Gdyby tego samego ranka ktoś podsunął mi pod nos ankietę z zapytaniem: „Na kogo dzisiaj przez przypadek trafisz?” i z odpowiedziami takimi jak:


a) czterorogą owcę,


b) Baracka Obamę,


c) łasicę,


d) ufoludka


zdecydowanie wybrałabym b. Miałabym ku temu co najmniej kilka powodów. Bo po pierwsze on jako jedyny nie pasuje do pozostałych odpowiedzi [a ja pewnie upatrywałabym się jakiegoś podstępu i podchwytliwości],  po drugie – świat jest przecież taki mały, a po trzecie – on ma przecież irlandzkie korzenie [nie mówcie, że nie zauważyliście tego uderzającego podobieństwa do typowego Paddy’ego?!]. No i rzecz najważniejsza – za parę dni w Moneygall, rodzinnej wiosce przodków Obamy, miał odbyć się Obama Country Fest, więc pewnie pomyślałabym, że prezydent USA zrobi niespodziankę swoim wielbicielom i zaszczyci ich obecnością. A ja jakimś dziwnym zrządzeniem losu będę tego świadkiem.


Bardzo bym się myliła.


Wieczorem tego samego dnia stojąc w kuchni i krojąc warzywa na sałatkę kątem oka dostrzegłam coś, czego mój umysł nie chciał zatwierdzić i zaakceptować. Ze zdziwienia mało co nie odcięłam sobie palca. I dobrze, że tak się nie stało, bo z pewnością nikt nie doceniłby faktu, że tym razem do sałatki dorzuciłam od siebie coś więcej niż zwyczajne składniki.


Gdyby zrobiono mi w tamtym momencie zdjęcie, kiedy w szoku niemalże przecierałam oczy, a później porównano je z fotką karpia i kazano komuś znaleźć kilka podobieństw, gwarantuję Wam, że jako pierwszą wskazałby naszą minę.


Spod szopy w ogródku wychyliła się mała ciekawska główka z szyją dziwnego stwora, rozejrzała na boki i na moment zastygła w bezruchu, tak jak nieraz po wyjściu z domu roztargniona pani domu zastanawia się, czy aby na pewno wyłączyła żelazko i uruchomiła alarm. Najwidoczniej  futrzany peryskop uznał, że nie zlokalizowano żadnego niebezpieczeństwa, bo chwilę później stwór wyszedł na światło dzienne w całej okazałości.


Żeby było śmieszniej, w ogródku jak co dzień zresztą, przebywały koty, no ale najwidoczniej w oczach stwora wyglądały nad wyraz łagodnie lub zostały sklasyfikowane jako „taki przeciwnik to nie przeciwnik”. Jeszcze śmieszniej było wtedy, kiedy te same koty, tak na oko ze dwa-trzy razy większe i cięższe, w popłochu uciekały gdzie popadnie, kiedy stworzenie ruszyło w ich kierunku, poruszając się w przezabawny sposób.


I wtedy mnie oświeciło. Wiem! Wiem, co to za zwierz! Przypomniało mi się, że znam go ze słyszenia. Słyszałam o nim w dzieciństwie. Za każdym razem, kiedy pojawiał się u nas na wsi, na ludzi padał taki strach jak na Dolinę Muminków wtedy, kiedy pojawiała się w niej Buka. Toż to przecież łasica musi być! To ją starszyzna wioskowa pieszczotliwie nazywała „tą k***ą jedną", która znów nocą zjadła przytulaśnego królika albo żółciutkiego kurczaczka.



Podekscytowałam się tym wydarzeniem jak galerianka wizją nowych spodni i poleciałam do ogródka, żeby mieć lepszy widok, tak na wszelki wypadek jednak nie wypuszczając z ręki noża. Lepiej dmuchać na zimne. Pyton też niekoniecznie wygląda super groźnie, a przecież bez trudu potrafi zjeść człowieka. Strzeżonego Pan Bóg strzeże!



Łasiczka okazała się przekomicznym zwierzątkiem, bardzo przyjaźnie nastawionym do człowieka, przed którym wcale, ale to wcale, nie uciekała. Dobrych manier jej tylko nieco brakowało, bo wykorzystała fakt, że zostawiliśmy otwarte drzwi do ogródka i wparowała do kuchni bez niczyjego zaproszenia. Trochę też „nagadała” Połówkowi, kiedy zagrodził jej drogę butami i lekko nakierował w stronę wyjścia.


Głodna „bida” być musiała, bo węszyła w ogródku niczym pies tropiący, albo świnia za truflami, więc jak nakazuje staropolski dobry zwyczaj, postanowiłam ugościć ją tym, czym chata bogata. A że akurat robiłam wspomnianą na wstępie sałatkę, to miałam pod ręką skórkę z łososia i kawałek pomidora. Skórkę zajumała i uciekła z nią pod szopę, wielce ukontentowana, a na pomidora nawet nie spojrzała. Czyli wszystko w normie. Jak później wyczytałam w sieci, łasice nie gustują w wegetarianizmie.


Ta ucieczka pod szopę dała mi trochę do myślenia. A co jeśli ona tam urządziła sobie mieszkanko? A może ma małe, którym zaniosła tę skórkę? W pewnym momencie już nawet pogodziłam się z myślą, że mam w ogródku łasicę. Jejku, wielkie mi co, jedni mają krasnale ogrodowe, to ja mogę mieć łasiczkę. A poza tym, to kto wie? Może nawet znajdzie się jakiś współczesny Leonardo Da Vinci, który postanowi kiedyś namalować zmodernizowaną wersję obrazu „Dama z łasiczką” ze mną w roli głównej?


Niedługo później okazało się jednak, że łasiczka ma swoje plany. I że wcale nie jest łasiczką, tylko tchórzofretką. I że wydano za nią list gończy.


Taka sytuacja. Udzieliłam schronienia zbiegowi.

36 komentarzy:

  1. Zwierzęta chyba Cię lubią. Do Twojego domu garną niczym do stumilowego lasu. To chyba dobrze. Tak myślę. Wydaje mi się, że one mają w sobie jakiś pierwotny instynkt, który potrafi rozpoznać dobrego człowieka.

    Miałam sporo ciekawych sytuacji w trakcie podróży, kiedy jadłam jabłko, tudzież inny owoc, a gdzieś obok czaił się spragniony wróbel, moty, pies, kot....Uroczo domagając się swojego kąska. I zawsze sobie wtedy myślałam, że normalnie to przecież stworzenia płochliwe. Najśmieszniejszy był wróbel na Bornholmie, gdy czekałam na autobus. Nawet zaczęłam do niego mówić;] Tu z kolei często mi wpadają zabłąkane biedronki czy złotooki i staram się je wypuszczać na wolność.

    Łasiczkę znam tylko ze wspomnianego obrazu. Nie wiedziałam nawet, że to taki szkodnik. Tchórzofretki chyba lubią zbiegać. Ile razy ktoś ze znajomych miał to zwykle uciekały i słuch po nich ginął.

    Mam nadzieję, że zbieg pożywił się u Ciebie i wyruszył w drogę do domu;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba tak, ale to akurat logiczne - jeśli nie robię im krzywdy i staram się podchodzić do nich z ostrożnością, ale dużą dozą sympatii, to nie powinny się obawiać. Z tym instynktem to jak najbardziej bym się zgodziła. Choć niestety zdarza się, że jakaś bida zaufa złej osobie i gorzko tego pożałuje. Może opiszę jeszcze inne zdarzenie, o którym wspominałam w poście. Tym razem głównym bohaterem był ptaszek :) Mnie też zdarzało się przemawiać do ptaków, nawet nie wiesz, jakim rezultatem się to kiedyś skończyło. No, ale nie będę tu umieszczać spoilerów. Musisz czekać cierpliwie na wpis ;)

    Kiedyś - jako dziecko - potrafiłam uronić łzę nad zabitą muchą, ale już dawno mi to przeszło. Nie cierpię ich za roznoszenie bakterii, nie lubię, jak latają koło mnie i skutecznie je tępię. To znaczy teraz to nawet nie muszę, bo jak tylko w domu pojawi się charakterystyczne bzyczenie, to koty rzucają się w kierunku, z którego ono dochodzi. Nie mają litości dla pająków i much.

    Łatwo pomylić łasicę, tchórzofretkę, kunę i gronostaja, bo wszystkie należą do tej samej rodziny. Może wyglądają słodko, ale niestety żywią się innymi zwierzętami. Kuny i łasice zdecydowanie nie należą do ulubienic rolników.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie nadwyrężaj cierpliwości wiernych czytelników Taito;)

    Muchy są okropne, komary też. Lituję się tylko nad pożytecznymi zwierzaczkami.

    Widzisz nie mam pola to i skąd mam wiedzieć. Chętnie bym pouprawiała pole na Irlandzkiej wiosce.

    OdpowiedzUsuń
  4. Racja, przeginanie pały jeszcze nikomu nie wyszło na dobre :)

    Hmm, to Ty może powinnaś zacząć przeglądać oferty matrymonialne starszych i schorowanych Irlandczyków, którzy już nie mają siły, by w pojedynkę zajmować się swoim gospodarstwem ;) Myślę, że korzyści byłyby obopólne ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Taito, nie mam nic przeciwko poczciwym, sędziwym staruszkom. Szczególnie tym irlandzkim, ale mam głębokie obawy czy jakikolwiek z nich sprostałby moim potrzebom;) Poza posiadaniem pola z owocami i warzywami;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Spokojna Twoja głowa - koncern farmaceutyczny Pfizer już dawno zadbał o to, byś nie musiała się tym zamartwiać i wyprodukował magiczną niebieską pigułkę ;) Swoją drogą, widziałaś reklamę nowego crossovera Fiata? https://www.youtube.com/watch?v=7lcc62nrl9Y

    OdpowiedzUsuń
  7. Od razu bym ją łapała, nie pomyliłam się na pierwszy rzut okna, a wiem, że tchórzofretki to u Ciebie nie występują w przyrodzie ;) Łapałabym ja, bo to zwierze nie przetrwałoby długo, przyzwyczajone do obcowania z człowiekiem. Łasiczki są podobne, ale po pysku widać, że to nie to.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hah, Rose, Taito, swego czasu myślałem podobnie: Pole? Łąka? Czemu nie? Zawsze to jakieś oderwanie się od biurka. Jednak po niedługim czasie doszedłem do wniosku, że o wiele łatwiej (i przyjemniej) udostępnić je koniom - niech te się zajmują tym co tam wyrośnie, a ja nimi. I tak już zostało, znaczy zostałem ja z dwiema klaczkami na polu :) Hm, może było by inaczej gdybym mial tu jakąś rodowitą Irlandkę z Mayo nawykłą do uprawiania pola? ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Hexe, Ty tutaj? Witaj!

    Zaskoczenie odebrało mi rozum. Pewnie powinnam była ją złapać, ale nigdy nie miałam do czynienia z tchórzofretką, nie wiedziałam, że nie ma się czego bać. Po prostu źle ją sklasyfikowałam, myśląc, że to łasiczka.
    Przeszło mi przez myśl, że musiała komuś uciec, bo wcale się nas nie bała, wręcz biegła w naszym kierunku. Kiedy zwierzątko zajrzało na chwilę do ogródka sąsiadów, a bawiące się w nim dzieci zaczęły piszczeć ze strachu, miałam już pewność, że to nie jest ich zguba ;) Mam nadzieję, że cała historia zakończyła się happy endem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Peadairs, lepszej decyzji nie mogłeś podjąć. Myślę, że Twoje ślicznotki, Dew i Windy, zgodziłyby się ze mną :) Cóż mogłoby na takim polu prezentować się bardziej uroczo niż para koni? :)

    OdpowiedzUsuń
  11. O matko! To Ty nawet znasz koncern, który to produkuje. Nie wiem co mam o tym myśleć Taito! Nie widziałam. Nie mam telewizora od wielu lat. Reklama rewelacyjna! Wolałabym jednak tego młodego pana niż starszego:D

    OdpowiedzUsuń
  12. Witaj Peadairs,

    Kobiety też pasują do łąki. Zdecydowanie. Konie koniami, osły osłami. Kobiety kobietami:-)

    A to koniecznie musi być rodowita Irlandka? Widzisz, w zeszłym roku byłam w okolicy, musiałam tych klaczy nie zauważyć;)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  13. No fajna fretka. :)
    Nas z kolei gołębie odwiedziły. Musi jakieś bigamisty bo podwójnie obrączkowane. Zarobiony ostatnio jestem i nie mam tyle energii wieczorem, żeby napisać parę zdań, ale zaglądam i czytam. Napiszę wkrótce. Taką mam nadzieję.
    Miłego weekendu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Potwierdzam, fajne stworzonko. Dobrze mu z oczu patrzy ;)

    A wiesz, że jak byłam mała, to mieliśmy gołębnik a w nim mnóstwo ptaków? Taka fanaberia ojca. Mama nie była z tego powodu zadowolona, więc ostatecznie zlikwidowaliśmy go [gołębnik, nie tatę] ;)

    Odpoczynku życzę. I to nie tylko z uwagi na liczbę komentarzy na moim blogu, ale przede wszystkim dla Twojego własnego samopoczucia. Weekend się zbliża, może będziesz miał więcej szans na relaks.

    OdpowiedzUsuń
  15. No właśnie nie wiem, dlaczego tak uparł się na tę Irlandkę ;) Może dlatego, że my wspomniałyśmy o starym i nieruchawym Irlandczyku ;) Chyba nie docenia naszej witalności i zalet. Śmiem twierdzić, że lepiej byśmy sobie poradziły ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ups. Ale wdepnęłam w szambo! To jest ten moment, w którym zalewam się krwistoczerwonym rumieńcem i milknę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Spokojnie. To będzie nasza mała tajemnica;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Chyba tajemnica poliszynela ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Amen kobieto! Amen:D

    OdpowiedzUsuń
  20. Uciekam, bo czas się zbierać. Pogoda nie jest najpiękniejsza, ale mimo to jadę w stronę morza. Zachciało mi się morskich klimatów. Trzymaj kciuki za ładną pogodę i bezproblemową podróż :) Miłego dnia, Rose.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ach, moje drogie, to było tylko i wyłącznie nawiązanie do wzmianki o 'starym i nieruchawym Irlandczyku' - z dwojga złego wybrałbym ją niż jego ;) I bynajmniejj nie umniejszam Waszych zalet, Rose i Taito, wręcz jestem w stanie uwierzyć że w ich ilości byłybyście w stanie pobić nawet stadko brykających po łące Irlandek... erm... wróć... w każdym bądź razie nie umniejszam :)
    Rose - ewidentnie coś innego musiało Twoją uwagę odciągać, inaczej na pewno byś zauważyła ;) Gdy nawiedzisz te okolice po raz kolejny i pewnego letniego deszczowego dnia usłyszysz dobiegające skądś nawoływania 'Windy! Dew! Bloom! Luna!' uwierz, że to nie mantry tutejszych druidów odprawiających jakieś tajemnicze rytuały ;)
    Taito, a tak swoją drogą coś mi mówi, że w niedługim czasie zawitają do mnie dwa kociaki (acz to nic pewnego jeszcze). Wciąż się jeszcze nad tym zastanawiam, bo jak tak dalej pójdzie to za dziesiąt lat ktoś o mnie bedzie mówił 'old, crazy dude with bunch of animals', ale jesli dwutygodniowe póki co maluchy rozpaczliwie poszukujące nowego domu (a raczej jakiegokolwiek domu jako że zostały czasowo przygarniete pod dach 'chips&fish' czego domem nazwać nie można) go nie znajdą... heh... a mówili 'twardym trzeba być' ;)

    Pozdrawiam ciepło Was obie! :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Szczęściaro, mi też się marzy szum fal dla ukojenia nerwów.

    Pogoda dopisała. Dzień dobry był?:)

    OdpowiedzUsuń
  23. Gołębnik made my evening!!!:D:D Aż się poplułam! I nie tylko;)

    OdpowiedzUsuń
  24. Pogoda taka sobie. Bardzo zmienna - deszcz na przemian ze słońcem. Generalnie jestem rozczarowana tą lipcową pogodą.

    OdpowiedzUsuń
  25. To "nie tylko" zdecydowanie niepotrzebnie rozbudza moją wyobraźnię! ;)

    OdpowiedzUsuń
  26. Peadairs, Twoje zamiłowanie do zwierząt jest niezwykle ujmujące. A ta Twoja romantyczna i poetycka dusza tylko dodaje Ci uroku :) Mówiłam już, że wybrałeś piękne imiona dla swoich czworonogów? Wierz mi, to nie jest ten moment, w którym docenia się "bycie twardym". Mam nadzieję, że maluchy wylądują w Twoim domu. Na pewno znajdzie się tam dla nich miejsce, a Tobie nie zabraknie miłości, którą mógłbyś obdzielić cały swój oryginalny inwentarz :) Koty potrafią być niezwykle słodkie. Moje zawsze mnie rozbrajają, kiedy wracam do domu z pracy, a one pędzą po drodze, by się przywitać.

    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Ty mi tu Droga nie pisz o wyobraźni tylko posta dawaj;)

    Wiesz, mam teraz dużo czasu na czytanie, pomiędzy pisaniem maili do rodzin, do których myślę, że chciałabym pojechać:)

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie mów, że planujesz zostać au-pair w Irlandii? Ciągle jestem w szoku, że tak się potoczyły sprawy z tą Twoją umową...

    Mam tyle wrażeń do spisania, że nie wiem, jak się za to zabrać.

    OdpowiedzUsuń
  29. Zamierzam. Wstępnie chciałabym w miarę szybko, ale muszę się zreorganizować. Częściowo już się wyprowadziłam z miasta byle jakich ludzi.

    Nie Ty jedna uwierz, nikt mi nie chciał uwierzyć. Każdy myślał, że sobie jaja robię i dużo osób jest w szoku. Dostaję sporo słów wsparcia i otuchy, no ale to nie nasyci mojego głodu.

    Czas być konsekwentną i spróbować. Gdybym kiedykolwiek napisała inaczej, nakop mi porządnie dobrze?

    Spokojnego, niedzielnego popołudnia.

    OdpowiedzUsuń
  30. Nie nadążam za tymi wszystkimi zmianami. Wysłałam Ci maila.

    Powodzenia życzę. Nadal wierzę, że wszystko się dobrze ułoży.

    OdpowiedzUsuń
  31. No i gdzie ten nowy post i wrażenia? Ja tu czekam z zapartym tchem!

    OdpowiedzUsuń
  32. Planuję coś wkrótce opublikować, ale nie wiem, czy będzie to relacja z najświeższej wycieczki. Mam jednak nadzieję, że nasycę Twój głód :)

    OdpowiedzUsuń
  33. Kochana, gdybym miała czekać, aż nasycisz mój głód umarłabym z głodu;) Nie chcę się czepiać, ale na maila też mi nie odpisałaś:P Tymczasem niebawem będziesz za mną tęsknić...Zniknę na czas jakiś.

    OdpowiedzUsuń
  34. Rose, chyba zapomniałaś już, że ja rzadko kiedy odpisuję na maila [zwłaszcza tak długiego] jeszcze tego samego dnia ;) Spokojnie, wszystko w swoim czasie.

    Co do głodu - nie spieszyłam się z tym postem i karmieniem Cię, bo zawsze podkreślałaś, że masz mały żołądek i niewiele jesz ;)

    Pewnie masz rację. Już mnie smutek ogarnia, jak o tym czytam. Chciałabym rzec "nie znikaj", ale wiem, że i tak nie posłuchasz. Chyba nawet wyboru nie masz.

    Trzymaj się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  35. Widzisz,

    Pojawiłaś się z powrotem w świecie blogowym (z czego bardzo się cieszę) i jestem nienasycona Twoją obecnością!

    O Ty Czarownico;) To prawda mam mały żołądek, jem niewiele ale często. Najlepiej, tak jak wczoraj borówki i maliny prosto z krzaka.

    Zawsze jest wybór Taito. Jednak teraz nie chciałabym go mieć. Wyruszam na spotkanie z morską przygodą. Zdaje się w najbliższym czasie czeka mnie sporo przygód i nowych doświadczeń:)

    OdpowiedzUsuń
  36. Awww, mów mi tak jeszcze! Lejesz miód na moje uszy ;)

    Tak właśnie powinno być. A jeśli jeszcze do tego jesz o regularnych porach, to nic tylko odznaczyć Cię orderem za krzewienie dobrych nawyków żywieniowych :)

    Brzmi ekscytująco! Już nie mogę się doczekać opowieści o tych wszystkich przygodach :)

    OdpowiedzUsuń