poniedziałek, 31 października 2016

O wietrznym Tramore i wiecznym morza głodzie

Poprzedniego dnia, a w zasadzie to wieczoru, robiliśmy to, czego Połówek pragnął najbardziej na świecie. Oglądaliśmy mecz. Po spędzeniu ponad dwóch godzin w aucie zasiedliśmy na trybunie Waterford RSC, by popatrzeć, jak dwie grupy chłopaków biegają sobie za piłką. Pomysł całkiem niegłupi, zawsze miło zawiesić oko na wysportowanych ciachach, więc w zasadzie to nie miałabym powodów do utyskiwania, ALE… Co innego robić to w ciepłym zaciszu swojego domu, a co innego w zimny marcowy wieczór, kiedy zimno bezlitośnie kąsa cię w tyłek za pomocą betonu pod plastikowym siedziskiem, i odcina dopływ krwi do skostniałych rąk i nóg.



A żebyście mieli pełen obraz, koniecznie muszę jeszcze dodać, że na stadionie należeliśmy do wątłej grupy niedobitków, których nie sprowadziła tu wcale miłość do boys in green. My tu byliśmy dla Włochów. To tak, jakby wypruć sobie flaki, wskoczyć do wody z rekinami, i powiedzieć: cześć, chłopaki! Sami więc rozumiecie, jak bardzo samobójcza była to misja. Co prawda otaczający nas irlandzcy kibice przypominali bardziej potulne owce u skraju żywota niż krwiożercze bestie, ale już ja dobrze wiem, że pozory mylą. Nie ze mną te numery, Brunner.


196 cm szczęścia :)


Starłam sobie wtedy kilka milimetrów zębów, szczękając nimi przez bite 120 minut, odmroziłam wszystkie członki, ale też poprzysięgłam, że ta suka, hipotermia, mnie nie pokona i że to ja - JA! - będę mieć ostatnie słowo. Uknułam zatem plan zemsty na niczym nieświadomym Połówku, który miał zapłacić za to, że przez minione godziny siedziałam tu i trzęsłam się z zimna jak jakaś cholerna Dziewczynka z zapałkami. Co prawda, moje zlodowaciałe serce niemalże roztopił po meczu jeden serdeczny uśmiech Gianluigi Donnarummy, kiedy to prawie uwierzyłam, że to marznięcie miało jakiś wyższy cel, ale na szczęście w porę się opamiętałam.



Swój wyrachowany plan zemsty wprowadziłam w życie już na drugi dzień. I tak, wiem, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, ale z braku laku dobry kit. Kiedy Połówek jeszcze smacznie przewracał się z boku na bok, ja już zacierałam ręce planując kolejny etap podróży i złośliwie uśmiechałam się pod nosem na samą myśl o nim.




Plan zakładał brutalną pobudkę [dla Połówka każda, która wymaga od niego wstania przed południem jest właśnie taką], a następnie zaliczenie nadmorskiej trasy i zatrzymanie się w Tramore.  Już widziałam tę „radość” Połówka, to znaczące przewracanie oczami, te okrzyki aprobaty, kiedy radośnie szczebiocząc, obwieszczę mu moją propozycję.




Dla mnie, wieśniaczki, która rzadko kiedy oglądała w Polsce Bałtyk, od którego dzieliły ją setki kilometrów, morze i ocean są ogromną atrakcją. Dla Połówka, urodzonego i wychowanego nad morzem – tak jakby nie bardzo. Wiedziałam jednak, że w ramach starej, dobrej reguły wzajemności, Połówek zgodzi się na moją propozycję. Chociażby dla własnego dobra, bo nikt nie potrafi tak jak ja po mistrzowsku wiercić dziury w brzuchu. Na wszelki wypadek jednak, gdybym musiała dłużej popracować nad swoją ofiarą, wyciągnęłam ze swojego podręcznego przybornika narzędzi tortur, najbardziej ostre wiertło o największej z możliwych średnic. Z takim gadżetem wiercenie dziury w brzuchu nie mogło się nie udać.




Tramore, będące niegdyś skromną osadą rybacką, w dzisiejszych czasach jest popularnym kurortem i mekką dla surferów. Leży sobie kilkanaście kilometrów od Waterfordu, a jego nazwa oznacza po irlandzku dużą plażę. Plaża w istocie tu jest i ma przyzwoite rozmiary, ale z kilku ważnych powodów Tramore nigdy nie było i nie będzie moją ulubioną miejscowością nadmorską. Powód jest prosty: piździ tu jak w Kieleckiem. Tu wiatr nie dmucha, nie wieje, nie muska. Po prostu piździ. Każdy inny czasownik będzie w tym kontekście wielkim niedopowiedzeniem.




Poza tym jak na dziwaka i odludka przystało, wolę bezludne wyspy i opustoszałe plaże, gdzie nie ma rozwrzeszczanych dzieci i głośnego towarzystwa dorosłych. Tramore dalekie jest od bycia opustoszałym, szczególnie w upalne letnie dni. Jak na kurort przystało, jest tu wszystko, albo prawie wszystko, czego przeciętny letnik może potrzebować do szczęścia: promenada, park rozrywki dla dzieci, restauracje i kafejki, puby, sklepiki i inne przybytki radości. Żadna z moich ulubionych plaż tego nie ma. I pewnie właśnie dlatego są tymi faworyzowanymi.




A skoro już mowa o plaży, to warto wiedzieć, że prawie dwa miesiące przed moją wizytą, miasto obchodziło dwusetną rocznicę upamiętniającą tragedię, która rozegrała się tu w 1816 roku. A wszystko za sprawą trójmasztowca o wdzięcznej nazwie Seahorse [Konik Morski], którym płynęło prawie trzystu żołnierzy. Statek wyruszył 25.01.1816 roku z Anglii, gdzie zresztą został wybudowany z irlandzkiego dębu w 1784 roku.  Wiózł na swoim pokładzie nie tylko żołnierzy walczących wcześniej przeciwko Napoleonowi, ale także kilkadziesiąt kobiet i dzieci. Co ciekawe w XIX wieku rodziny podróżujące z oficerami nie były żadnym nadzwyczajnym zjawiskiem, lecz czymś, co praktykowano dość często.




Choć nic nie zapowiadało tragedii, bo warunki atmosferyczne w dniu wypłynięcia były przyzwoite, kilka dni później pogoda uległa znacznemu pogorszeniu. Konik Morski został niemiłosiernie sponiewierany przez sztorm panujący na Morzu Irlandzkim. Ze zrujnowanymi masztami osiadł na mieliźnie w zatoce Tramore. Jeszcze większego dramatyzmu dodaje tej historii fakt, że statek ugrzązł mniej niż milę od wybrzeża. Od tego wybrzeża, gdzie czekało schronienie. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko.




Zgromadzeni na nabrzeżu mieszkańcy bezradnie przyglądali się tragedii, która rozgrywała się przed ich oczami. Nic nie mogli zrobić. Bo samą siłą woli nikogo nie można uratować. Czasami są po prostu takie momenty, kiedy nic nie da się zrobić, bo morze jest zbyt rozjuszone, a warunki zbyt niebezpieczne dla samych ratowników. O czym zresztą przypomniała nam niedawno śmierć pięknej i dzielnej Caitriony Lucas, wolontariuszki w Straży Przybrzeżnej Irlandii. Zaledwie 30 osób z ekipy Seahorse przeżyło tę tragedię. Nie było wśród nich ani jednej kobiety, ani też dziecka. Przetrwali najsilniejsi. 363 osoby straciły życie. Tragedia dość mocno odcisnęła piętno na mieszkańcach. Konik morski stał się symbolem słynnej fabryki kryształów w Waterfordzie, symbolem wielu klubów i organizacji w okolicy. Zagościł także w herbach szkół i pól golfowych.




Nie przeczę jednak, że miasto może się podobać, choć mnie zabudowa w najbliższej okolicy promenady wydała się być dość zamerykanizowana. Im głębiej w miasto, im dalej pod górkę, tym bardziej swojsko, szaro i bardziej irlandzko. Jestem jednak w stanie zrozumieć sentyment wielu Irlandczyków, dla których Tramore było/jest tym ukochanym kurortem, do którego jeździło się w dzieciństwie na wakacje. Sama mam takie zwyczajne-niezwyczajne miejsca, które w oczach innych mogą być nijakie, a w moich z kolei wyjątkowe.




Jako że jestem wielką miłośniczką nadmorskich klimatów, spacer po Tramore był dla mnie przyjemnością. Choć nie ukrywam, nie raz i nie dwa, przeklęłam się w myślach za to, że nie byłam na tyle zaradna i przewidująca, by założyć na siebie kombinezon astronauty. Ratowałam się jednak spacerami między budynkami, które dość dobrze spisywały się jako wiatrochrony. A kiedy przechadzając się po mieście, natrafiłam na pewne graffiti, stanęłam jak wryta. Musiałam je sfotografować. Ktoś namalował to, co już od dawna trawiło moją duszę i nadał temu nazwę: Hunger for the sea.



 A sama zemsta okazała się może nie tyle słodka, co po prostu smaczna. I nie tylko dla mnie, ale także niespodziewanie dla samego Połówka, którego miałam nią pokarać. Skusiliśmy się bowiem na rybę z frytkami w Dooly’s, co okazało się być strzałem w dziesiątkę. Bo być w miejscowości nadmorskiej i nie zjeść tego tradycyjnego dania wyspiarzy, to po prostu nie przystoi.




34 komentarze:

  1. Dobry wieczór kochana Taito.

    Ledwie patrzę na oczy, wpadam na bloga i widzę, że popełniłaś wpis. Tym oto sposobem stwierdziłam, że nie mogę tu do Ciebie nie zajrzeć. Widzisz jak Ty działasz na ludzi?

    Nie ma nic milszego niż odmrażanie sobie tyłka w Irlandii nad morzem czy też oceanem. Jeśli do tego dołożyć wysportowanych rudzielców to cud, miód i orzeszki. No dobra, przydałaby się jeszcze ciepła herbata. Uwielbiam morze, a jeszcze bardziej ten poczciwy, irlandzki, pizgający złem Atlantyk. Morze tak jak piszesz jest to efekt tej wiecznej tęsknoty za dalekim morzem. Nie wyobrażam sobie, żeby przynajmniej raz w roku nie pojechać nad morze. Wielu gardzi naszym Bałtykiem, ale ja go również darzę sentymentem i wmawiam sobie, że jest niedoceniany przez tych, którzy jeszcze nie poznali jego uroków.

    Kiedy tak wspominasz o tej odległości od morza i o Połówku z morzem za tym takim śląskim, przysłowiowym winklem to ja się zastanawiam jak Wy się poznaliście, hm?

    Fisch and chips. Dlaczego nikt nie wymyślił tego w Polsce? ;]

    Pozdrawiam Cię serdecznie Dziewczynko z zapałkami!

    OdpowiedzUsuń
  2. A witam, witam po małej przerwie :)

    Prawdziwa siłaczka z Ciebie - nie dość, że znalazłaś siły, by dotrwać do końca wpisu, to jeszcze skomentowałaś i ciepło mnie przywitałaś. Szkoda tylko, że nie zwerbowałaś więcej osób do tego Komitetu Powitalnego. Teraz będziesz musiała nadrabiać i krzyczeć za co najmniej dwie osoby ;)

    Dla takich widoków - i przede wszystkim dla tego szumu wody - można wiele znieść. Z zimnem można walczyć na różne sposoby, między innymi wspomnianą przez Ciebie herbatą. Choć powiem Ci, że przy jesienno-zimowych temperaturach herbata może nie być wystarczająca. Ostatnio wpadłam na genialny pomysł - na następną wizytę nad oceanem zabieram ze sobą butelkę Tullamore Dew. Jeśli whiskey mnie nie rozgrzeje, to już nie ma dla mnie ratunku.

    To ja raczej należę do tych, którzy nie doceniają Bałtyku. Wierzę, że może się podobać, że może być czarujący i fotogeniczny [co nieraz udowadniałaś fotkami], ale niestety nie do końca udało mi się odkryć jego magii. Musiałabym ponownie tam zawitać. Teraz jako osoba dojrzalsza może inaczej bym spojrzała na nasze polskie morze. Z tym, że koniecznie musiałaby to być wizyta po sezonie. Nie mam cierpliwości do tłumów. Szlag by mnie tam trafił. Za bardzo przyzwyczaiłam się do irlandzkich plaż, które nawet w upał potrafią być pustawe...

    Świat wcale nie jest taki duży, jak się wydaje. Czasami wcale nie jest tak trudno poznać kogoś z drugiego krańca kraju. Szczególnie jeśli ma się wspólnych znajomych i podobne zainteresowania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam i o zdrowie pytam;)

    Przerwa była potwornie długa jeśli mogę sobie pozwolić na chwilę bezczelnego malkontenctwa;] Wpis ciekawy to i nie wysilałam się zbytnio. Naciągałam tylko po raz kolejny moją noc, jak i dzisiaj. Jak nie książki to blogi. Jestem uzależniona od czytania i nie wiem jak to się leczy.

    Szum wody doskonale koi nerwy. Być może jeziora są ładne, ale właśnie brakuje mi w nich dźwięku fal. Gdy napisałaś, że herbata może być nie wystarczająca od razu pomyślałam o whisky! To jest mój niezawodny rozgrzewacz, a przynajmniej był do czasu, gdy mój tata nie wypił mi ukochanego Jamesona. Szkockie mi nie smakują. Tullamore Dew jeszcze nie próbowałam, ale to zapewne kwestia czasu.

    Bałtyk polecam. Jestem jego wielbicielką (chociaż moja pani profesor z geografii twierdziła, że to praktycznie ściek). Polecam Rewę, Półwysep-Kuźnicę, Chałupy, Hel, Jastarnię, a nawet Świnoujście z jego przyrodą. W Gdańsku jest wyspa, na której jest rezerwat ptaków, odludne plaże. Koniecznie poza sezonem. Również nie lubię tłumów ludzi. Szczęśliwie w październiku mało kto wpada na pomysł, aby robić sobie długie spacery brzegiem morza.

    Świat jest mały. To prawda. Mimo wszystko zżera mnie ciekawość. Pewnie pozostanie niezaspokojona.

    Trzymaj się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. W końcu! że tak się wyrażę :)


    Tramore... odcisnęło na mnie niezapomniane wrażenie, pozostawiając piętno, którego nie sposób zlikwidować. była to pierwsza, najpierwsiejsza plaża i najpierwsiejszy wyjazd nad morze tu, w Irlandii. Moja koleżanka powiedziała: jedź do Tramore, bo jej znajomy Irlandczyk powiedział, że tam są najpiękniejsze, piaszczyste laże. Taaa... dzień uratował odpływ, który faktycznie odsłonił piasek :) ale żeby się do niego dostać, należało latać boso po kamieniach przez parę metrów, a mając dwójkę skręconych dzieci, pokonywałam kamienną ścieżkę pokuty wiele, wiele razy :)
    I masz rację, tam piździ. Nie da się tego inaczej ująć. Wiatr tam nie wieje normalnie; nie on tam zapier... la i znajdzie cię wszędzie!

    And last but not least, te wszystkie atrakcje dla dzieci! Nienawidzę takich plaży i unikam ich jak ognia. Plaża to piasek i woda, piknikowy kosz z żarciem i ewentualnie budka z fish and chips, albo tylko chips(wiem, nierealne) i to wszystko.
    Nigdy więcej nie pojadę do Tramore, wystarczą mi Twoje zdjęcia :) i te, które sama zrobiłam owego feralnego dnia.

    A jak już tak się rozpisałam, to wspomnę, że w tym roku odkryliśmy plażę w Curracloe - White Gap. PRZEWSPANIAŁE MIEJSCE w naszej opinii.



    Pozdrawiem serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdrowie? Jak to mawiają: kiedy budzisz się rano i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz ;) No to ja już osiągnęłam ten wiek ;)

    Tak jakoś wyszło z tą przerwą. Nie miałam potrzeby blogowania. Im dłużej bloguję, tym częściej łapię się na tym, że raz na jakiś czas muszę sobie zrobić urlop od bloga. Przeważnie jednak bywa tak, że z nadejściem jesieni wraca mi ochota na blogowanie. Poza tym miałam inne sprawy na głowie. A jako że nikt nie zauważył mojego zniknięcia i się nie upominał, to nie miałam motywacji do pisania. To też nie pozostało bez znaczenia. Miałam wrażenie, że nie ma dla kogo wracać, bo i tak nikt już tu nie zagląda.

    Wiesz, jakie to dziwne doświadczenie, kiedy jesteś nad morzem, a ono nie szumi? To tak, jakby ktoś uciął Ci rękę ;) Zdarzyło mi się to całkiem niedawno [nie ucięcie ręki, tylko to morze, które nie chciało szumieć].

    Tak sobie myślę, że ten mój brak zachwytu Bałtykiem w dużej mierze spowodowany jest tym, że widziałam go jako dziecko. Widocznie wtedy nie miałam jeszcze wykształconego zmysłu piękna :) Byłam w Dziwnowie, Dziwnówku, Unieściu, Międzyzdrojach, Świnoujściu i pewnie w kilku innych miejscach, o których już zapomniałam. Rewa, Chałupy, Hel... - to wszystko jeszcze przede mną.

    Ja też z reguły nie jeżdżę nad ocean w październiku, ale w tym roku ten miesiąc był naprawdę przyzwoity i przede wszystkich suchy. Dużo słońca też mieliśmy. Oczywiście o kąpielach nie było mowy, bo woda była zwyczajnie za zimna [nie mam neoprenowego kombinezonu do pływania], a ja nie jestem morsem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, Aniu :)

    Haha, boskie wspomnienia z Tramore :) Rozbawiłaś mnie nimi. Ale taka jest niestety prawda. Znajomy Irlandczyk chyba nie widział zbyt wielu plaż w swoim kraju, jeśli pokusił się o takie stwierdzenie. W moim skromnym rankingu plaża w Tramore nie łapie się chyba nawet do pierwszej dziesiątki. Najpiękniejsze plaże są według mnie w Donegalu, Mayo, Galway, Kerry i Cork. Curracloe jest przepiękna, a plaża w Tramore nawet się do niej nie umywa. Te kamienie, o których wspominałaś, zdecydowanie nie polepszają sytuacji. I ten przeklęty wiatr...

    Mam taką samą wizję plażowania jak Ty. Jeśli już jedziemy na plażę, to tam, gdzie nie ma takich przybytków. Zabieramy ze sobą koszyk piknikowy, by sił nie zabrakło do wodnych wygłupów, i tyle. Tylko raz zdecydowaliśmy się na plażowanie "niedaleko" domu - pojechaliśmy na Dollymount Strand. Więcej tego błędu nie popełnię. To znaczy sama plaża nie jest zła, ale w upalny dzień jest tam zwyczajnie za dużo ludzi, trudno zaparkować, bo rzędy aut ciągną się w nieskończoność.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przerażasz mnie;) Zdaje się, że ja też osiągnęłam już ten wiek;] Humor dopisuje, a to najważniejsze. Bez humoru życie staje się nieznośne.

    Nieprawda. Ja zauważyłam. Widziałam, że inni też się odzywali. To nie pierwsza Twoja długa przerwa. Podczas ostatniej dosyć Ci zawracałam głowę. Tym razem stwierdziłam, że może potrzebujesz czasu. Po prostu. Wiadomo, nic na siłę. Gdyby nikt tu nie zaglądał komentarze ni pojawiłyby się już następnego dnia :)

    Każdy ma jakieś tam swoje życie. Ja sama coraz rzadziej żyję online. Niekoniecznie chodzi o to, że byłaś nam obojętna. Głowa do góry i daruj sobie następnym razem blogowy odwyk droga panno.

    Zdarza się, że jest takie spokojne, że nie szumi. I rzeczywiście jest to przedziwne.

    Polska też jest piękna. Dobrze się jeździ po Polsce pociągiem czy autobusem.

    Nie wiem co mam powiedzieć. Maczałam swoje stopy w oceanie w marcu. Ja mam jakieś tam odchyły od normy, ale morsem nie jestem;)

    Trzymaj się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  8. Taito!!!! No w końcu :) Jakże miło Cię czytać... Uściski :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Donik!!!! Witaj, kochana, ale coś Ty taka oszczędna w słowach? Nie każę Wam przecież płacić za każde napisane słowo ;) Coś mi podpowiada, że masz mi dużo do opowiedzenia i że się nie nudziłaś przez ten czas :) Mam nadzieję, że udało Ci się w międzyczasie zaliczyć kilka skoków [ale nie tych w bok] ;) Mnie nie.

    Dobrze wiedzieć, że nadal tu zaglądasz. Obawiałam się, że przestałaś!

    OdpowiedzUsuń
  10. To fakt. Gdybym chciała odbierać życie na poważnie, zostałabym... katem ;)

    Wiesz, to nawet nie chodzi o to, żeby całkowicie odciąć się od świata wirtualnego, tylko żeby znaleźć równowagę w tym wszystkim. Internet nie musi być zły. W sieci też można znaleźć i nawiązać wiele wzbogacających, ciekawych i inspirujących znajomości. To tak a propos tej Twojej coraz rzadszej obecności online.

    Oczywiście, że jest. Jak każdy inny kraj. Chyba wszędzie można znaleźć piękne zakątki, jak również te odpychające i niebezpieczne.

    Maczanie to jednak nie to samo co całkowite zanurzenie się w zimnej wodzie, nie mówiąc już o dłuższych kąpielach w "skąpym" kostiumie kąpielowym. Hipotermii można dostać. Stopy to i ja chyba mogłabym spokojnie pomoczyć. Latem to nawet bardzo lubię robić im zimny prysznic. W upalne dni często zdarzało mi się kończyć prysznic strumieniem zimnej wody. Bardzo orzeźwiające doświadczenie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja zauwazylam i juz mialam pytac czy zyjesz...;) Zagladalam czesto i fajnie ze wrocilas.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zatem dzięki za pamięć, za komentarz i za to, że nie spisałaś mnie na straty :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Widzisz. Niepotrzebnie się obawiałaś. Wszyscy cichaczem Cię podglądali i czyhali na Twój powrót;) Wszyscy obecni!

    OdpowiedzUsuń
  14. Z tym 'wszyscy' to bym nie przesadzała - czekam na powrót kilku ważnych dla mnie osób, ale jak na razie milczą jak zaklęci :(

    OdpowiedzUsuń
  15. któż to się pojawił po długiej nieobecności?

    Przyznaję się, że nigdy nie byłam na meczu piłki nożnej. Ale jestem zagorzałą fanką jeśli chodzi o Włochów to Pana Gianluigi Buffona i pewnie gdyby grał gdzieś meczyk w okolicy to bym się może nawet wybrała i też pomarzła.

    Co do Bałtyku to stosunek do niego mam zgoła podobny znaczy się, niezbyt przepadam i z powodu tłumów i z powodu wiatrów i z powodu kompletnie zaskakującej pogody lub jej braku. Wolę chyba zagraniczne kurorty.

    Co do zdjęć okutanych przechodniów to nasza pociecha też ma takie kombinezoniki z uszami bo ciotki wpadają i ciągle coś podrzucają. Urocze.

    Historia Konika porażająca. Nawet współcześnie nadal dzieją się takie tragedie.

    Czekam na kolejne wpisy. Mam nadzieję, że teraz jesienią i zimą będziesz tu częstszym gościem.

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam, witam :)

    My w przeszłości częściej jeździliśmy do Włoch na mecze, teraz to głównie Włosi przyjeżdżają do nas :) Żal byłoby więc nie skorzystać z okazji i nie zobaczyć ich w akcji na żywo. Oglądanie meczu z poziomu kanapy absolutnie nie porównuje się z poziomem trybun ;)

    Buffona jeszcze nie miałam okazji spotkać, udało mi się za to poznać kilka mniejszych i młodszych graczy reprezentacji Włoch. A skąd u Ciebie to zamiłowanie akurat do Gianluigiego? :)

    Ja to chyba lubię każde morze, gdzie nie ma tłumów i gdzie można znaleźć przytulny zakątek dla siebie.

    Niestety, tragedie na morzach i oceanach już na zawsze są wpisane w nasze życie. A już szczególnie w życie tych, którzy żyją z połowów.

    Zobaczymy, co przyniesie los :) Dzięki jednak, że zaglądałaś i że nadal to robisz.

    OdpowiedzUsuń
  17. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia...
    Witaj Taito.
    Już tylko ostatnie iskierki życia tliły się, a tu proszę - pojawił się kolejny wpis. Owszem, pojawił się jakiś czas temu, ale jednak został zauważony. I nie dziw się kochana, że niektórzy dostrzegli go po paru tygodniach od ukazania. W końcu ileż można dwa razy tygodniowo czytać o kuchareczce? I to francuskiej na dodatek?

    Ogromnie cieszę się, że jednak postanowiłaś powrócić. Oczywiście pamiętam o obiecanym mailu i po raz kolejny proszę o cierpliwość i wybaczenie. Wiele się dzieje ostatnio i zaczęło mi nieco brakować doby na załatwienie najważniejszych spraw.

    Tramore. Osobiście także nie przepadam. O wiele bardziej podoba mi się Dunmore East, do którego można dotrzeć z Tramore nadmorską drogą ( to ten zjazd w prawo, zaraz za stacją paliw po lewej, na wyjeździe do Waterfordu). Ale to jeśli chodzi o miasteczka. A plaże? No cóż West Cork i wybrzeże atlantyckie nie mają sobie równych. Bliżej mi do Courtown czy Blackwater ale tamte plaże zabrały sztormy. Z niedalekich została ogromna a raczej dłuuuuuuga plaża w Kilmore Quay. Chyba z pięć kilometrów piasku. A może i więcej. Za to w Tramore w sezonie cieplejszym nieco, spotykam mnóstwo motocyklistów. Można przyjechać i polansować się nieco, spotkać się z innymi bikerami i rzeczywiście wpaść na fish and chips.

    Piszę tu w imieniu swoim i własnym - tęskniłem okrutnie za kolejnymi wpisami. Ale myślę, że nie tylko ja.
    Fajnie, że wróciłaś. :)
    Zielak.

    OdpowiedzUsuń
  18. Proszę Was, pomóżcie pewnemu bardzo dobremu człowiekowi. Oto jego historia:
    https://pomagam.pl/wlasna-doroslosc
    Udostępniając post, także wspierasz akcje!

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj, Zielaku! :)

    Wybacz, że odpowiadam z takim opóźnieniem, ale mało mnie ostatnio w sieci, bo mam problemy z komputerem. Stąd też brak kolejnego wpisu na blogu. W najbliższych dniach postaram się jednak opublikować coś nowego.

    Rozumiem brak czasu i absolutnie nie naciskam na szybką odpowiedź. Spokojnie, nie przejmuj się tym mailem. Poczekam nawet do nowego roku, jeśli tylko trzeba będzie :)

    A wiesz, że Dunmore East powinno niedługo zagościć u mnie na blogu?

    O proszę, nie wiedziałam, że Tramore to punkt spotkań "herleyowców" :) Ja, zdaje się, widziałam tylko jednego.

    Bardzo dziękuję, że przez te wszystkie miesiące mojego milczenia nadal tu zaglądałeś, kibicowałeś mi i jak zawsze wspierałeś. Życzyłabym sobie więcej takich czytelników jak Ty, ale chyba już ich nie produkują ;)

    Trzymaj się ciepło i do poczytania wkrótce :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Powodzenia w realizacji celu!

    OdpowiedzUsuń
  21. Obudź się Kochana, nie każ nam znowu tak długo na Ciebie czekać;]

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie wiem, jak wytrzymałaś na stadionie w taką pogodę! Ja zmarzłam na koncercie Bruce'a, a był w czerwcu bodajże :-)
    W Tramore byłam raz z rodzicami i babcią, i obowiązkowo wszyscy zjedliśmy fish&chips :-)

    OdpowiedzUsuń
  23. Obudzona to ja jestem, tylko mocno nie na rękę jest mi fakt, że komputer nie działa tak, jak trzeba [np. sam się wyłącza niespodziewanie], więc trudno pracować w takich warunkach nad nowym postem. A Połówek już od miesiąca planuje "jutro" go naprawić... A poza tym, to prędzej ogolę się na łyso, niż napiszę posta z telefonu...

    PS. Cierpliwość to piękna cnota! ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. I ani słowa na temat tego, jak i czy w ogóle podobało Ci się Tramore - seriously? ;) Ja wiem, że jesteś oszczędna w słowach, ale żeby aż tak? :)

    Następnym razem zabieram na mecz termofor, termos i podręczny grzejnik. Albo przynajmniej patyki i zapałki, by rozpalić ognisko ;) A tak poważnie, to spotkanie z Donnarummą i Calabrią wynagrodziło mi wszystkie cierpienia :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Plaża jak plaża, dużo nie chodziliśmy bo pojechaliśmy głównie do Waterford crystal wtedy :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Połówku! Jak Ty tak możesz? Napraw Taicie szybciutko komputer;)

    P.S. Znamy się zbyt długo, abym udawała cnotliwą;)

    OdpowiedzUsuń
  27. Taito droga, jestes! A juz stracilem nadzieje, ze cos nowego bede mial okazje tu przeczytac - ciesze sie bardzo ze sie mylilem. Milczalem nieco bardziej niz zwykle, jako ze moj poprzedni rok obfitowal w zmian i rewolucji wiele, ale jestem jak najbardziej, i zadnego z Twoich wpisow nie pominalem.
    A ze z premedytacja sie Wam w rozmowe wcialem wiec pozdrawiam cieplo i Ciebie i Rose :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Peadairs!!! Ty żyjesz!

    Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszyłeś tym komentarzem :) Ale nie rób mi więcej takich numerów z długimi miesiącami milczenia, bo już całkowicie straciłam nadzieję na to, że się odezwiesz. Ogromnie miło mi Cię tutaj widzieć. Teraz to tym bardziej muszę jak najszybciej wrzucić jakiś nowy wpis [zabieram się do tego już od trzech tygodni...]. Wiedz, że nadal mam zamiar tutaj publikować, więc zapraszam, zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Nie uwierzysz - N A P R A W I Ł!

    OdpowiedzUsuń
  30. Wyłapuję brak zachwytu i... nie dziwię się. W Irlandii są zdecydowanie ładniejsze miasta i plaże.

    OdpowiedzUsuń
  31. Zyje, zyje, droga Taito :) Masz gdzies moj adres email, prawda? Nie zebym cos na przyszlosc mniej lub bardziej odlegla sugerowal... no, moze odrobinke :) Nosilo mnie przez te 'dlugie miesiace milczenia' - Mayo, Galway, Poludniowa Afryka, Dublin, Galway - a zawirowania wokol tego jakos skutecznie inne rzeczy 'na potem' odsuwaly. Ogromnie milo jednak wiedziec ze jestes :)

    P.S. Nie moge (zdaje sie) bezposrednio odpowiedziec na Twoj wpis wiec zobaczymy gdzie ta moja odpowiedz wskoczy.

    OdpowiedzUsuń
  32. Och, zostawie Ci tu cos Taito:

    https://drive.google.com/open?id=0Bw9qB8eaRhsHZzVBbWFXRnBybTg

    Z goracymi pozdrowieniami!
    P.

    OdpowiedzUsuń
  33. Ależ oczywiście! Musieliby mi zaserwować porządną dawkę tortur - wtedy może bym się dobrowolnie pozbyła Twojego adresu mailowego :) W przeciwnym wypadku - nie ma na to szans. Tak więc namiary mam, ale nie chciałam się narzucać, bo zdaje się, że [mogę się mylić] to Ty urwałeś naszą korespondencję mailową, więc nie chciałam wyjść na desperatkę, która żyć Ci nie daje i zawala Cię mailami ;)

    Te zmiany i rewolucje brzmią niesamowicie intrygująco, niezłe hot newsy mi tu przynosisz, kolego! A już ta Płd Afryka to w ogóle kosmos! Fajna odmiana od irlandzkiego krajobrazu :)

    O tak, zawirowania i zmiany w rutynie potrafią skutecznie odciągnąć człowieka od komputera. Wiem coś o tym.

    PS. Rozwaliłeś system i wyskoczyła tam, gdzie miała wyskoczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Wow! Cudne i mądre zwierzęta! Strasznie mi szkoda, że są zagrożone wyginięciem, bo chciwość i głupota człowieka nie znają granic...

    Ja również serdecznie pozdrawiam i do poczytania [oby jak najczęstszego]:)

    OdpowiedzUsuń