Chociaż nie ma jeszcze Światowego Dnia Zwierząt, który obchodzimy czwartego października, nie wyobrażam sobie, abym nie pokazała Wam pewnego miejsca, w którym poczułam się jak w niebie.
Jak wspominałam Wam już do znudzenia, Wyspa Man na dobre skradła moje serce. W czasie pobytu na niej nocowałam w pięknym miejscu, zwiedzałam wspaniałe i interesujące atrakcje, jednak żadna z tych wymienionych rzeczy nie wzbudziła i nadal nie wzbudza we mnie takiej tkliwości i sentymentu jak właśnie Mann Cat Sanctuary ‒ schronisko kotów w Santon, znajdujące się tuż przy drodze A5, niecałe 10 km na południe od stolicy kraju, Douglas.
Kiedy tylko wypatrzyłam to miejsce na mapce wyspy, wiedziałam, że muszę tam dotrzeć. Na szczęście szóstego dnia naszego pobytu, na dwa dni przed powrotem do Irlandii, udało nam się tego dokonać. Bardzo mnie to cieszy, bo wizyta w tym wspaniałym miejscu zdecydowanie przeszła moje oczekiwania!
Nigdy wcześniej nie byłam w żadnym kocim przytulisku, przyznam więc, że miałam trochę obaw przed tą wizytą. Jako że jestem wyjątkowo wrażliwa na krzywdę zwierzaków, bałam się, że kiedy stanę oko w oko z tymi "nieperfekcyjnymi", poszkodowanymi przez los (a najczęściej ludzi) czworonogami, to może się to negatywnie odbić na mojej psychice, a te wszystkie tutejsze piękne obrazy, które do tej pory widziałam, zostaną wyparte przez smutne obrazy kociej nędzy i rozpaczy. Bo powiedzmy sobie szczerze: w miejscach takich jak to zazwyczaj nie ma pięknych i rasowych kotów. To nie pokaz zwierząt z rodowodem godnym pozazdroszczenia. Tu są "zwyczajne" dachowce, często u schyłku wieku, schorowane, zaniedbane, porzucone. Na szczęście nikt ich tu nie uśmierca tylko dlatego, że takie są.
Zdarzają się tu nawet tak oryginalne nabytki z dalekich stron świata jak... Katar, Afganistan czy Cypr. W Mann Cat Sanctuary nie lubią odmawiać zwierzakom pomocy. W sercach mają bowiem nie tylko bezbrzeżną miłość do naszych braci mniejszych, lecz także przepiękne słowa św. Franciszka z Asyżu, który głosił, że:
„Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję ‒ służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować".
Wierzę, tak samo jak on, że więcej można osiągnąć miłością niż kijem, i chyba taką samą dewizą kierowały się założycielki tego schroniska, dwie przyjaciółki: Sue Critchley i Carole Corlett, kiedy w 1996 roku powołały do życia Mann Cat Sanctuary.
Niestety w 2001 roku zmarła Carole, a pod koniec lipca 2024 roku, po długiej walce z rakiem, odeszła też Sue, co głęboko zasmuciło wielu wspierających. Ulgę przyniosła jednak informacja, że schronisko nadal będzie działać i wykonywać misję, której 30 lat temu podjęły się te dwie kobiety.
Ledwo wjechaliśmy na teren posesji, zaparkowaliśmy (na trawie stało już około 10 samochodów) i wygrzebaliśmy z bagażnika świeżo zakupione kocie przysmaki, a zza winkla domu wyłonił się piękny burasek o nieco orientalnej urodzie i przepięknych migdałowych, hipnotyzujących oczach. Z gracją kroczył po kamykach, by nas przywitać, jak na porządnego gospodarza przystało. W tym momencie po raz kolejny uwierzyłam w to, że zwierzaki mają szósty zmysł i naprawdę widzą ludzką aurę, bo czułam się przejrzana na wskroś. Ten przystojniak od razu wiedział, że moja aura jest zdecydowanie kompatybilna z jego ‒ widzieliśmy się po raz pierwszy, a przywitaliśmy się jak najwięksi przyjaciele, stęsknieni i spragnieni swojego kontaktu.
Niedługo później Połówek zasiadł na pierwszym lepszym fotelu na dziedzińcu, i jeszcze zanim zdążył się wygodnie rozsiąść, na jego kolana wskoczył nieco podstarzały Rudy Lisek, i pozostał tam prawie do samego końca wizyty.
To mi się tutaj niesamowicie podobało. Nikt tu nie gonił i nie napastował futrzaków. Same wybierały sobie swoją "ofiarę", jeśli były przyjazne i chętne do kontaktu z człowiekiem. Jeśli stroniły od niego, bo i takie osobniki się tu znajdują (mówimy o kotach!), nikt nie naruszał ich przestrzeni osobistej. Mogły w spokoju wypoczywać, siedzieć gdzieś sobie na uboczu, tak po prostu cieszyć się życiem. A było czym, jako że był to piękny, suchy i słoneczny wakacyjny dzień, a ogrzany słońcem bruk chętnie oddawał ciepło tarzającym się po nim zwierzakom.
Mann Cat Sanctuary to 7 akrów ziemi, zero klatek, a także niepoliczalna ilość miłości i troski, niezliczonych godzin włożonych w dobrobyt podopiecznych. Tu się nie uśmierca zwierząt (jedynie w wyjątkowych i naprawdę beznadziejnych przypadkach, kiedy stopień obrażeń jest zbyt duży, by zwierzakowi pomóc). Tu każdy, wcześniej niekochany, skrzywdzony czy porzucony zwierzak ma prawo dożyć spokojnej starości. W cieple, bezpieczeństwie, miłości i wolności. I wbrew pozorom nie jest to tylko bezpieczna przystań dla kotów ‒ są tu także charakterne i psotne kózki, bielutkie jak śnieg gęsi, kaczki, a nawet kuc szetlandzki i osiołek!
Tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy też żywy symbol wyspy ‒ koty manx, które nieco różnią się budową od tych naszych. Przede wszystkim mają albo bardzo krótki ogonek, albo nie mają go wcale, a do tego dość krępy tułów i tylne nogi, które nieco przypominają skoki zająca. Są inteligentne i mają bardzo miłe usposobienie.
Koty tej rasy są też urodzonymi łowcami i sportowcami-akrobatami: ze względu na te swoje "królicze nogi" świetnie skaczą, a także bardzo szybko biegają. W międzyczasie, kiedy im się nie spieszy, pociesznie "kicają". Ze względu na wyżej wymienione cechy niektórzy dopatrują się w nich pokrewieństwa z rysiem rudym, a jeszcze inni twierdzą, że to hybryda powstała na wskutek krzyżówki kotów z królikami.
Jak wiele innych zjawisk na wyspie mańskie koty osnute są nimbem tajemniczości. W tym przypadku folklor ponownie nie zawodzi i dla tych, którzy odrzucają wersję o zmutowanym genie, ma inne wytłumaczenie. Biblijne. Jak bowiem głosi legenda, koty te zawdzięczają swój wygląd... Noemu. Kiedy ten ostatni szykował się do odpłynięcia swoją arką, kot z Wyspy Man najwidoczniej zaspał i omal nie spóźnił się na rejs. W ostatniej chwili wskoczył na arkę, a jakże, wszak koty mają siedem żyć (albo 9, zależy kogo pytać) i zawsze spadają na cztery łapy. Zrobił to jednak w dość niefortunnym momencie, akurat wtedy, kiedy wrota arki się zamykały, przez co zadziałały niczym gilotyna. A wszyscy wiemy z lekcji historii, co się stało, kiedy ostrze gilotyny natrafiło na głowę Marii Antoniny. Zapewne domyślacie się już, drogą analogii i dedukcji, co było później. Nastąpiło niefortunne oddzielenie kota od ogona.
Jeśli niebo istnieje, to mam nadzieję, że wygląda właśnie tak: jest w nim wiele wspaniałych gatunków zwierząt, a każde z nich jest kochane, zadbane, ma suchy kąt, dach nad głową i pełną miskę. A wśród tych zwierząt są tacy ludzie, jakich widziałam właśnie tam w Mann Cat Sanctuary: emanujący ciepłem, fajną energią i uśmiechający się sami do siebie, do czworonożnych podopiecznych i do innych odwiedzających.
Godziny i dni otwarcia są tu dość ograniczone, warto sprawdzić je przed wizytą, aby uniknąć rozczarowania. Na stronie schroniska można za to do woli, 24/7, podglądać życie kocich rezydentów dzięki kamerkom umieszczonym w kilku pomieszczeniach. Wstęp wolny, warto jednak przywieźć ze sobą karmę dla zwierzaków, albo/i wspomóc organizację finansowo.
Ależ piękna historia. Takie kocie miasteczko. A koty takie wdzięczne modele.
OdpowiedzUsuńFajnie, że wróciłaś na blogerskie łono. Zawsze znajdziesz coś ciekawego do pokazania.
Ale świetne porównanie do tego miasteczka! :) Bardzo przypadło mi do gustu, że też sama na to nie wpadłam! Ty to masz głowę nie od parady :) Najlepsze w tym kocim miasteczku jest to, że nie jest żadnym więzieniem, a zwierzęta nie siedzą zamknięte w klatkach. Są tam nawet takie koty, a przynajmniej wtedy były, które wpadały w odwiedziny, ale na co dzień żyły sobie poza obrębem "miasteczka". Włóczyły gdzieś po sąsiednich łąkach i polach.
UsuńDziękuję bardzo za komentarz i miłe słowa :)
O rany, nie tylko miejsce z misja i pasja, ale i pięknie utrzymane, miłe dla oka, co nie zawsze idzie w parze.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że wróciłaś:-)
Zgadza się. Jako że bardzo lubię kwiaty, to oczywiście nie uszły one mojej uwadze. Dodawały uroku, a dzięki nim całe miejsce wyglądało na zadbane i kochane. Generalnie to fajna energia tam była.
UsuńA ja się cieszę, że wróciłaś do mnie po tej długiej przerwie.
Cudowne miejsce. I co ważne, prowadzone przez ludzi z pasją i kochających zwierzęta. Jeśli istnieje zwierzęce niebo-a wierzę, że tak- to z wielkim prawdopodobieństwem może wyglądać właśnie tak, jak to kocie sanktuarium. Fajne są te 'legendy' o kotach manx:-) Z kolei maine coony to ponoć krzyżówka kota z... szopem praczem:-) Pytałam Puszka co on na to, ale wymownie milczy;-)
OdpowiedzUsuńFranciszek to mój ulubiony święty:-)
Miło czytać Cię po tak długiej przerwie. Serdeczności.
To prawda. Dobrze, że istnieją tacy ludzie i takie schroniska, bo nawet nie chcę myśleć, co by się stało z tymi wszystkimi zwierzakami. Wcale się nie dziwię, że Puszek nabrał wody (mleka?) w "usta", bo to prawdziwy gentleman i nie zdradza tajemnic swojego rodu ;)
UsuńMój chyba też!
Dziękuję za miłe słowa :) Miło Cię tutaj widzieć – cieszę się, że o mnie jeszcze nie zapomniałaś.
o maj gaddddd nowy wpis ! jeszcze nie czytałam ale już zajmuję miejscówkę i zgłaszam, że jestem obecna lecę po krzesło ....
OdpowiedzUsuńNo to szybciutko siadaj na to krzesło, żebyś się nie przewróciła z powodu doznanego szoku ;)
Usuńwspaniałe miejsce :) nie wiem z czego to wynika i na czym polega ale w PL to jeszcze tak czystego miejsca i zadbanego nie widziałam. Te lawendowe kocyki/podkładki wyglądają jak świeżo wyprane aż pachną jak się na nie patrzy. A wiadomo że to sie niszczy, koty to drapią jest oblezione sierścią a tam tego nie widać jakby rano przed otwarciem świeżo rozłożone po praniu. No i te sprzęty ławeczki takie ładne drewniane. Może mają dobre dotacje może ludzie hojnie darują środki to i mogą sobie pozwolić na takie super warunki. Kto wie. U nas to raczej bieda w większości przytulisk i nie wiem czy jakieś tak wygląda a jeszcze prowadzone od 30 lat ... szok !
UsuńOsiołek jakiś mało osiołkowy :D
Widzę, że na długo odjęło Ci mowę i dopiero dzisiaj ją odzyskałaś, czy może jednak spadłaś z tego krzesła i dopiero niedawno udało Ci się wstać na nogi? ;)
UsuńWidać, żeś miastowa, bo to żaden osiołek tylko kuc szetlandzki ;) Czas zarezerwować pobyt na wsi, by zapoznać się z tamtejszym żywym inwentarzem :)
Ja tam dużego porównania nie mam, bo tak jak wspominałam, po raz pierwszy byłam w takim miejscu, ale wzbudziło we mnie pozytywne odczucia. Szczególnie spodobał mi się ten wolny wybieg i dużo roślinności wokół.
Nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja finansowa tej organizacji charytatywnej, na pewno mają dużo sponsorów, ale tego typu schroniska zawsze potrzebują donacji, bo koszty utrzymania są ogromne. Mam dwa koty, to wiem :D Często żartujemy sobie, że kiedyś puszczą nas z torbami, a co dopiero przy tylu zwierzakach...
Moim zdaniem jakiś osioł jest na zdjęciu z gęsiami pod płotem no kuc to nie jest z pewnością 🤣
UsuńByłam w schronisku kilka razy, byłam w kociej kawiarni i byłam w schronisku dla królików i w żadnym tak nie wyglądało niestety. Więc jakieś pojęcie mam choć nie duże.
Podziwiam czystość przy 4 kotach u moich teściów też tak nie wygląda 🫢
Kochana, jak ja się cieszę, że już jesteś i to w jak licznym, kocim towarzystwie!
OdpowiedzUsuńWspaniale, że są miejsca stworzone przez ludzi o wielkich sercach, gdzie bezpieczne schronienie znajdują zwierzęta stare, schorowane, skrzywdzone lub porzucone. W moim mieście działa "Psia Przystań," w której także kociaki znajdują bezpieczny dach, pełną miskę i troskliwą opiekę. Schronisko położone jest blisko naszych terenów spacerowych, gdzie wolontariusze wyprowadzają psy na dłuższe wędrówki :-)
Taito, przesyłam Ci moc uścisków, ciepła i wiosennego słońca!
Do usłyszenia... Anita
Jak na starą kociarę przystało, musiałam pojawić się w ich towarzystwie ;) To już niejako mój atrybut, tak jak znakiem rozpoznawczym Babi Jagi jest chata na kurzej stopce :D
UsuńŻyczyłabym sobie, aby w każdym mieście było takie właśnie miejsce, w którym porzucone i pokrzywdzone przez los zwierzaki mogą w spokoju, cieple i miłości dożyć sędziwych lat.
Serdecznie dziękuję za Twoją obecność, Anitko, i przesyłam Ci gorące pozdrowienia. Dobrego weekendu Ci życzę.