Gdybym miała kontynuować tytułowanie swoich etapów życia poszczególnymi książkami, to po ostatnim „Sezonie burz” Sapkowskiego nadszedł czas na „Antarktydę” irlandzkiej pisarki Claire Keegan (w oryginale „Antarctica”).
Mogłaby być jeszcze ewentualnie „Epoka lodowcowa”, ale to film animowany.
Gdybym teraz wstawiła Wam tutaj moje zdjęcie i przypadkowego Eskimosa, to śmiem twierdzić, że mielibyście twardy orzech do zgryzienia i nie bylibyście w stanie powiedzieć, kto jest kim.
Nigdy nie byłam fanką ubierania się na cebulkę, ale desperackie czasy wymagają desperackich środków. Jestem więc szczelnie okutana od stóp do głów, bo to obecnie kwestia życia lub śmierci, a gdybym dodatkowo naciągnęła sobie na głowę pończochę, to mogłabym z powodzeniem iść rabować banki bez obawy, że ktoś mnie zidentyfikuje.
To znaczy, gdyby tylko mi się chciało ruszać.
A nie chce mi się. Jestem w stanie częściowej hibernacji. Moje procesy życiowe mocno zwolniły, a ja stałam się bardzo wykalkulowana – przed wykonaniem jakiejkolwiek czynności, muszę dobrze przemyśleć, czy mi się to opłaca. Bowiem każde wynurzenie się spod cieplutkiego koca, każdy ruch, każdy krok, każde odłożenie na bok termofora wiąże się z utratą drogocennego ciepła i realnym ryzykiem hipotermii.
Nie wiem, jak jest w innych pomieszczeniach, ale w kuchni, gdzie znajduje się termometr naścienny, jest całe... 13 stopni Celsjusza! W porywach do 14°C! Szaleństwo!
A będzie jeszcze gorzej, jeśli nic się nie zmieni, bo zaczyna się coraz mocniej ochładzać i nocą jest już tylko kilka stopni ciepła.
A wszystko dlatego, że od minionego piątku nie mamy w domu żadnego ogrzewania. Ponieważ nie jesteśmy też szczęśliwymi posiadaczami biwalentnego systemu ogrzewania (dwóch różnych źródeł ciepła), zostaliśmy na lodzie.
Pod koniec zeszłego tygodnia przyjechał wreszcie spec od diagnostyki i serwisowania instalacji gazowych, aby bliżej przyjrzeć się krnąbrnemu bojlerowi, który działał według własnego widzimisię. Ma już grubo ponad dwadzieścia lat, ale zachowywał się jak rasowy zbuntowany nastolatek (o bojlerze mówię, nie irlandzkim gazowniku).
Co prawda, cały czas mieliśmy ciepłą wodę, ale z ogrzewaniem domu już różnie bywało. Najczęściej piecyk gazowy nie chciał się włączać – można było prosić, grozić, odprawiać gusła, rzucać magiczne zaklęcia, wyzywać go od nieczułych drani, a ten dalej swoje, czyli NIC. Czerwona kontrolka złowrogo pokazywała, że jest zbyt niskie ciśnienie wody w układzie centralnego ogrzewania.
No więc specjalista przyjechał w piątek, pogmerał, pozaglądał, podrapał się po głowie, pokręcił nią z dezaprobatą, a w końcu stwierdził, że elementy instalacji są już zniszczone, konieczna jest jak najszybsza wymiana bojlera, albo chociaż naprawa awarii, choć on stanowczo sugerowałby jednak to pierwsze, choćby dlatego, że nie ma sensu reanimować trupa, a nowy bojler to również niższe i słodsze rachunki.
Pomimo tego, że jest to piecyk gazowy z zamkniętą komorą spalania, co oznacza, że ryzyko zatrucia czadem jest mniejsze niż w przypadku tych z otwartą, spec stwierdził, że on tego tak nie może zostawić i ze względów bezpieczeństwa natychmiast odcina nam gaz, czyli pozbawia ogrzewania centralnego i możliwości korzystania z kominka gazowego, aż do poniedziałku, kiedy miał przywieźć nam nowy bojler.
No i OK. Pierwsze dni bez gazu nie były złe, a wizja nowego bojlera, który miał być zaraz po weekendzie, sprawiała, że stawały się jeszcze znośniejsze.
Pogoda też współpracowała. Nie było zbyt zimno: ani w domu, ani na zewnątrz.
Ale. Zawsze jest jakieś „ale”, prawda?
Dostawa nowego bojlera przeciągnęła się na wtorek. Jednak ten poniedziałek to było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
Spec faktycznie pojawił się we wtorkowe popołudnie, zgodnie z zapowiedzią, ale tylko po to, by dostarczyć nowy nabytek. Montażem miał się zająć w środę po południu.
Środa jednak nadeszła i minęła, a speca jak nie było, tak nie ma. Trzeba było mu się zatem delikatnie przypomnieć, bo coraz mniej było nam do śmiechu. Temperatura w domu spadała z dnia na dzień, w końcu mamy listopad, a dom nie był ogrzewany sześć dni z rzędu!
Gdyby nie to, że wodę możemy również ogrzewać bojlerem elektrycznym (ale tylko wodę, nie zasila on grzejników), to przez te sześć dni mielibyśmy prawdziwą szkołę przetrwania i spartańskie warunki. Nie tylko nie mielibyśmy ogrzewania centralnego, ale także wody. To już byłby prawdziwy koszmar!
Z bojlerem elektrycznym trzeba jednak uważać, by nie podgrzał wody aż nadto, bo wtedy z rur popłynie wrzątek. Wrzątek dobry jest do oparzania drobiu, ale nie do mycia się w nim. Uwierzcie mi na słowo. Miałam okazję się przekonać.
Teraz już rozumiecie, dlaczego wyglądam jak Eskimos?
To teraz wszyscy czytelnicy życzliwie mi nastawieni ładnie trzymają kciuki, aby specjalista od gazu faktycznie przyjechał w czwartek i uratował nas od hipotermii, bo już sama nie wiem, jak długo mogę jeszcze tak pociągnąć.
Tak na koniec, dla rozluźnienia atmosfery, znacie może kawał o Eskimosie i lodówce?
Przychodzi
Eskimos do sklepu ze sprzętem AGD i mówi do sprzedawcy:
– Poproszę tę dużą, nowoczesną lodówkę.
Sprzedawca patrzy na niego z niemałym zdziwieniem, drapie się po głowie i
pyta:
– Panie... przecież pan mieszka na Grenlandii, tam wszędzie jest lód, mróz
i wieczna zmarzlina. Po co panu lodówka?!
Eskimos uśmiecha się szeroko i odpowiada:
– No jak to po co? Na zewnątrz jest minus czterdzieści stopni, a w lodówce
plus cztery. Kupiłem ją, żeby dzieci miały się gdzie ogrzać!
Tym oto żartobliwym akcentem kończę i... idę przeglądać gazetkę ze sprzętem AGD. Chyba najwyższy czas kupić lodówkę! To mi pozostało albo... rozpalenie ogniska w domu, co też niegdyś uczynił mój pomysłowy kuzyn, ale to już opowieść na inny raz.
Na domiar złego mamy wolne od pracy, ale nigdzie nie możemy się ruszyć, bo trzeba warować w domu i czekać na specjalistów. Spec od gazu, to tylko jeden z dwóch, którzy mają nas nawiedzić. Jest jeszcze niesłowny hydraulik złota rączka. Ale to też opowieść na inny raz.
Dobry wieczór! Widzę, że pozostajemy w zwierzęcych klimatach. Jak nie o kotach to o psach ?:D
OdpowiedzUsuńTrochę mnie pociesza Twoja hibernacja bo uświadamia mi, że nie tylko ja bym zamieniła się w niedźwiedzia i przespała całą zimę. Chociaż z tym niedźwiedzim snem to podobno ściema jest i mało miśków już teraz przesypia zimy.
Ja w weekend tak zamarzałam, że nam nagrzałam do 28 stopni i mój mąż musiał prawie gasić pożar :D
Nie zazdroszczę ekstremalnych warunków pogodowych w domu. A czy to gazowe urządzenie to nie jest junkers czy piec po prostu? Bojler kojarzę jest tylko elektryczny albo ja coś pomieszałam? Pamiętam, że przypał z ogrzewaniem u Was to jest doroczna tradycja jak Kevin sam w domu w telewizji. Musicie być nieźle zaprawieni w bojach. Wizyta w Grenlandii czy na Arktyce dla Was to pestka. Jesteście już zaaklimatyzowani jak himalaiści przed zdobywaniem szczytów.
Trzymam kciuki, może w końcu spece w Irlandii będą słowni, a Wam się uda gdzieś wyskoczyć, chociaż czekaj-wiem! Jak macie oboje wolne i zimno w domu to macie czas żeby się dużo przytulać ;-)