środa, 23 stycznia 2008

Italia vs Irlandia, czyli powycieczkowy bilans :)

Za pomocą dzisiejszego posta chciałam zrobić małe podsumowanie mojej wyprawy do Włoch. Będzie to zarazem zestawienie wszystkich zjawisk (tak to nazwijmy), które najbardziej mnie uderzyły po przylocie do Mediolanu.  Ot, taki mały zbiór różnic między Italią a Irlandią. Różnic, które najbardziej rzuciły mi się w oczy. Jeśli ktoś jest już znudzony tym tematem, to obiecuję, że  to już ostatni post dotyczący mojej wycieczki. Myślałam, że uda mi się spisać wszystkie moje wrażenie w postaci jednej notki. Teoretycznie jest to możliwe, bo mogłabym połączyć te trzy posty i utworzyć całość. Ale… Miejmy litość, kto by dobrnął do końca tej relacji? No właśnie – nikt. Zdecydowałam się więc na trzy posty, choć i one nie należą do najkrótszych (wybaczcie, taki już mój marny styl pisania). Myślę jednak, że takie rozwiązanie jest optymalne, a informacje zawarte w postach,  w miarę łatwe do przetrawienia. A może się mylę? 

 

1) Jak już wspominałam, pierwszą różnicą dostrzegalną z pokładu samolotu (przygotowującego się do lądowania, rzecz jasna) był krajobraz i architektura. Nie widziałam charakterystycznych i rozległych irlandzkich pól, oddzielonych od siebie krzewami. Pojawiły się natomiast Alpy, piękne, dostojne i ośnieżone – elementy tego obrazu rzadko spotykamy na Zielonej Wyspie. Włoski krajobraz tworzyły szare blokowiska, też stosunkowo rzadko wpisane w obraz Irlandii.

 

2) W miarę zwiedzania miasta, ze zdziwieniem odkryłam, że w tej części Włoch prawie każdy dom, czy też blok ma żaluzje, szczelnie dzielące wnętrze domu od przedstawienia rozgrywanego na ulicach miasta. Tak też było w naszym hotelu. Nie wiem, jak jest w pozostałych hrabstwach Irlandii, ale w moim nie stosuje się wyżej wspomnianych okiennic i żaluzji. Nigdy też nie widziałam ich podczas moich wycieczek.

 

   


 

3) Kolejnym elementem zaskoczenia były dla mnie ogromne nieraz drzewka hodowane przez Włochów na balkonach i dachach bloków. Często zdarzało się, że maleńki balkonik przypominał wycinek dżungli. Niemal całą jego przestrzeń zajmowała roślinność: kwiaty, krzewy, czy też wspomniane drzewka. Czyżby dla spragnionych zieleni Włochów, była to namiastka parku i ogródka? Podobnie wyglądały dachy bloków. Będąc na przykład na szczycie Duomo, mogłam dostrzec ławeczki, stoliki, i krzesełka znajdujące się wśród zieleni. To wszystko oczywiście na dachach pobliskich budynków.

 

    

 

4) Nie wiem, czy to tylko taki przypadek, ale odniosłam wrażenie, że ludzie zamieszkujący północ Włoch są mniej sympatyczni od Irlandczyków. Cóż, człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrych rzeczy. Półtora roku mieszkania wśród uśmiechniętych i serdecznych twarzy robi swoje ;) A tymczasem w Mediolanie… Obsługa naszego hotelu była wręcz antypatyczna. Odniosłam wrażenie, że pracownicy są tam za karę: zero uśmiechu, oficjalny ton, brak kontaktu wzrokowego, zero jakichkolwiek informacji o tym, kiedy możemy zjeść śniadanie, czy wymeldować się z pokoju. O tym, że w hotelu był darmowy dostęp do Internetu dowiedziałam się jak już wróciłam do Irlandii. Ponadto recepcjonista wprowadził nas w błąd, bo kiedy zapytaliśmy go o godzinę wyprowadzenia się, odparł, że musimy to zrobić o 11:00. Lekko się zdziwiliśmy, bo doba hotelowa trwa z reguły od 12:00 do 12:00. Kiedy zapytaliśmy innego pracownika, usłyszeliśmy, że pokój mamy opuścić jednak w  południe!


Uprzejmością nie grzeszyli też pracownicy jednej z restauracji, którą odwiedziliśmy. Liczę jednak, że to takie sporadyczne przypadki. W ramach równowagi spotkaliśmy bardzo sympatyczną kelnerkę w  Gran Cafè Brulett (polecam), pana w pizerii „Ciao San Siro” i tego przystojnego Włocha, który sam nam zaoferował pomoc w znalezieniu poczty.  Czyli norma: zawsze są ludzie i parapety ;) A czy we Włoszech jest mniej sympatycznych ludzi niż w Irlandii? Nie wiem.  Nie chce generalizować mówiąc, że tak – to by było krzywdzące w stosunku do tych miłych osób, które wymieniłam wcześniej.

 

5) Spora część Włochów napotykanych w Mediolanie była przystojna, ale niskiego wzrostu. Że są przystojni - wiedziałam. Ale, że tak niscy – nie do końca byłam tego świadoma. Często miałam wrażenie, że jestem Gulliverem w Krainie Liliputów (bez obrazy dla ludzi niskiego wzrostu)

 

6) Miłym zaskoczeniem był dla nas brak tłumów z Polski, co w Irlandii jest już normą. Praktycznie w każdym miejscu można się natknąć na rodaków i to niekoniecznie na tych fajnych. W Mediolanie – wprost przeciwnie. Z polską mową spotkaliśmy się tylko raz.

 

Reasumując: wyjazd był bardzo udany, ani w trakcie, ani po powrocie do Irlandii nie żałowaliśmy. Warto zaznaczyć, że turysta posługujący się angielskim nie powinien mieć żadnych problemów z dogadaniem się (w każdym bądź razie mniejsze niż we Francji ;) Praktycznie w każdej restauracji, urzędzie, hotelu obsługa mówi po angielsku, co niewątpliwie jest wielką ulgą dla tych, którzy nie znają pięknego włoskiego języka. Ci, którzy mają jakieś pojęcie o nim, nie powinni mieć obaw przed jego używaniem. Spotkani przez nas Włosi mówili raczej wyraźnie  nie stwarzając tym samym większych  problemów w odbiorze.

 

I tym oto sposobem dobrnęliśmy do końca mojego podsumowania. Ciekawa jestem, jak Wy odebraliście Włochy i ich mieszkańców. Czy macie podobne spostrzeżenia, czy też kompletnie inne? Domyślam się, że w różnych częściach Italii, różnie to wygląda. Wiem, że część z Was była we włoskiej krainie, wobec tego nie krepujcie się - podzielcie się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami :) Będę wdzięczna za nie.