środa, 18 maja 2011

Drogheda Town - małe miasto, duży potencjał turystyczny

- To co? Jedziemy w nasze rodzinne strony? - zzawadiackim uśmiechem rzekła Taita do Połówka w czasie śniadania spożywanego wuroczy, ciepły poranek.

Na oblicze Połówka wypełzł porozumiewawczy uśmieszek.


***

Trzy lata temu w czasiekonsumowania śniadania w pewnym B&B w uroczym hrabstwie Cork, podeszła donas gospodyni tego przybytku. Upewniwszy się, że niczego nie potrzebujemy,wdała się z nami w krótką pogawędkę.


- Skąd przyjechaliście? [zapytała sympatyczna staruszka i nie miałatu na myśli naszego etnicznego pochodzenia, jako że dzień wcześniej umiejętniesklasyfikowała mnie jako obywatelkę wschodniej Europy. Tak na marginesie - zPołówkiem nie poszło jej tak łatwo]


- Z.... [tu padła radosna odpowiedź Taity]


- Ah! From Drogheda! [rzekła entuzjastycznie Gospodyni, klepiącmnie delikatnie po plecach]


Nie, nie jesteśmy z Droghedy.Co więcej, nazwa naszego miasta zamieszkania wcale, ale to wcale nie przypominanazwy tego pierwszego. Od tamtej zabawnej chwili wspominamy Droghedę zsentymentem i wielkim uśmiechem na twarzy, nazywając ją dla żartu naszymirodzinnymi stronami.  

  

Zatem pojechaliśmy w"nasze rodzinne strony", bo wypadało w końcu bliżej poznać miasto, wktórym rzekomo mieliśmy mieszkać. W zasadzie to nie wiem, jak to się stało, żemieszkając na wyspie pięć lat, jeszcze tam nie dotarliśmy.

  

Drogheda leży sobie nadrzeką Boyne w hrabstwie Louth niekiedy pieszczotliwie określanym jako "weecounty". Jej irlandzka nazwa odnosi się właśnie do położenia miasteczka -oznacza "Most przez bród".  Tytułowymost połączył dwa brzegi rzeki, gdzie znajdowały się osady założone przezWikingów.

  

Z istotnych faktów zhistorii Droghedy warto wspomnieć, że jakieś sześć, siedem wieków temuzaliczała się ona do czterech głównych miast wyspy. Bito tu własne monety. Odbywałysię tutaj także posiedzenia parlamentu. Jedno z najbardziej krwawych wydarzeńmiało miejsce oczywiście za sprawą angielskiego rzeźnika, Olivera Cromwella. Toon doprowadził do masakry dwóch tysięcy żołnierzy stacjonujących w tutejszymgarnizonie. A potem - potem na szczęście, po dziewięciu latach od dokonaniamordu, na Irlandczyków spłynęło błogosławieństwo. I znienawidzony Cromwellzostał posłany do diabła. Tam, gdzie było jego miejsce.

  

Drogheda już w pierwszejchwili wkupiła się w moje łaski. Opuściłam parking, wyszłam na ulice i nigdzienie widziałam tłumów. Spacerowaliśmy po miejscami pustawych uliczkach iżartowaliśmy, że wiele się tu zmieniło od naszych czasów. Było spokojnie, a nawetsennie, jak na tę porę dnia.

  

Drogheda nie jest miastem,które określiłabym jako must-see. Szary kamień, z którego wykonano znacznączęść budowli, może niekiedy negatywnie rzutować na odbiór miasta. A jednak polubiłamto miejsce. Nie tylko dlatego, że trafiłam tu na ciekawe zabytki ześredniowiecza, lecz przede wszystkim dlatego, że spotkałam tu przyjaznychludzi, którzy rozpoznając w nas turystów, chętnie - z własnej woli -nawiązywali z nami rozmowę. Ta ludzka bezinteresowność i pozytywne nastawieniedo obcych, to jest coś, co zawsze zaliczam innym na plus.

  

Jedna z ciekawszychatrakcji tego miasta to Millmount, starożytny kopiec ulokowany po południowejstronie rzeki. Ciężko go przegapić. Na jego szczycie znajduje się wieżaMartello [opiszę ten typ wieży następnym razem], skąd jak na dłoni widać całąpanoramę Droghedy.


 


Według legendy w kopcupochowany jest bard Amergin, bohater celtyckiej mitologii. W dużym skrócie: Amerginwraz ze swoim ludem przybył na wyspę w celu jej podboju. Tu napotkał trzyboginie o następujących imionach: Banba, Ériu i Fódla. Aby połechtać ichpróżność, obiecał im, że nazwie wyspę imieniem tej, która pomoże mu w jejzdobyciu. Ériu najwidoczniej miała największe, hmm..., zasługi, bo to od jej imieniapochodzi irlandzka nazwa Zielonej Wyspy [Éire]. Banba i Fódla to poetyckieokreślenia tego kraju - są stosunkowo rzadko używane. Tak jak mało kto określadzisiaj Wielką Brytanię Albionem.

  

Niektórzy uważają, że wpierwotnej wersji Millmount był grobowcem korytarzowym takim jak na przykładNewgrange. W XII wieku umocniono go, by do 1800 roku służył jako budowlaobronna. Obecnie możemy tam natrafić na ciekawe muzeum i... sympatycznego Irlandczyka z wnuczką. Z uśmiechem na twarzyprzysłuchiwałam się rozmowie dziadka i wnuczki, myśląc sobie, że mała nawet niewie, jaki skarb posiada. Nie każde dziecko ma szczęście mieć dziadka, którytrzymając za rękę, będzie oprowadzał po swoim mieście i łagodnym głosemopowiadał o swoich wspomnieniach z dzieciństwa.


 


Ten sympatyczny Irlandczykumiejętnie kreślił przed nami dawną wizję Droghedy, opowiadając jak sprawywyglądały za jego lat. Dzieci więcej czasu spędzały na dworze, nie znającwspółczesnych "dobrodziejstw", pod szyldem których kryją się przeróżnegry komputerowe, konsole i iPhony. To właśnie tutaj, obok Millmountu, grał zkolegami w piłkę ręczną i wyładowywał swe młodzieńcze pokłady energii. Naszarozmowa ze starszym Panem zapewne trwałaby dłużej. Mała jednak nie zważała nanaszą dyskusję i raz po raz ciągnęła rękę dziadka. Rozmowy "starszychludzi" są zawsze takie nudne dla dzieci.

      

Godny uwagi jest równieżimponujący barbakan - St Laurence's Gate. Budowla przetrwała w kapitalnymstanie i z pewnością należy do najlepiej zachowanych zabytków wyspy. Zdziesięciu ówczesnych bram Droghedy przetrwały tylko dwie: St Laurence's Gate iButter Gate, choć niektórzy twierdzą, że tylko ta druga zasługuje na miano tejprawdziwej bramy miejskiej.


Ciąg dalszy opowieści oDroghedzie w następnym poście.