sobota, 13 listopada 2021

Wioska, której nazwy na pewno nie wymówisz


Moja wychowawczyni z liceum zwykła mawiać, że w życiu trzeba wiedzieć, jak się sprzedać. Jej słowa wywoływały wówczas nasze ironiczne uśmieszki. Traktowaliśmy je jako jeszcze jedno z jej żartobliwych powiedzeń, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że właśnie w tamtym momencie udzielała nam ona jednej z ważniejszych lekcji życiowych. 

 

Im starsza się robiłam, tym większą mądrość odkrywałam w tym powiedzeniu. Odpowiednia umiejętność "sprzedania się w życiu" otwiera furtki, które wydają się zamknięte i sprawia, że niemożliwe staje się możliwym. Jeśli zatem wiecie, jak się dobrze sprzedać, to darujcie sobie czytanie reszty tego wpisu. Zamiast tego możecie sobie pogratulować - osiągnęliście najwyższy poziom wiedzy w "The Game of Life". Teraz możecie już wszystko. Możecie nawet sprzedać piasek Beduinowi. 

 

Tej umiejętności zdecydowanie nie brakuje mieszkańcom pewnej walijskiej wioski na wyspie Anglesey. Z powodzeniem mogliby prowadzić warsztaty z marketingu, bo - co by nie mówić - prawdziwą sztuką jest zrobić coś z niczego, z czym pewnie zgodziłby się sam Salomon jako ten, który nie potrafił nalać z pustego. 

 

Choć obszar, który zajmuje wioska, zamieszkiwany był już w neolicie, świat usłyszał o niej stosunkowo późno, bo dopiero pod koniec XIX wieku. Przez długi, długi czas była niczym nie wyróżniającą się osadą Llanfairpwll o nudnej nazwie - tak bliźniaczo podobnej do wielu innych walijskich miejscowości mających ten sam prefiks. Aż któregoś dnia jednego z jej mieszkańców oświeciło niczym Archimedesa. Nie wiem, czy krzyknął wtedy "Eureka!" i czy zażywał kąpieli, jedno jest jednak pewne - doznał iluminacji. Nie odkrył wprawdzie żadnego prawa hydrostatyki, ale kolejną z życiowych prawd: rozmiar jest kluczem do sukcesu. 


"Nudną" i krótką nazwę wioski wydłużono więc do granic możliwości. Nie była już tylko jedną z wielu, stała się jedyną w swoim rodzaju:

Llanfair­pwllgwyngyll­gogery­chwyrn­drobwll­llan­tysilio­gogo­goch

(nie - kot nie wszedł mi na klawiaturę, i tak - przyznaję, skopiowałam tę nazwę z Internetu!). I to nic, że jej nazwa nie jest tak naprawdę niczym oryginalnym i szczególnym tylko zlepkiem wielu słów, które w swobodnym tłumaczeniu na język polski można by było zapisać następująco: "Kościół świętej Marii w dolinie białych leszczyn, niedaleko rwącego wiru, i kościół świętego Tysilio koło czerwonej pieczary". 


Śmieszne? Trochę tak. Ale zadziałało - stacja kolejowa w wiosce miała najdłuższą, a co za tym idzie, najbardziej wyróżniającą się na tle innych nazwę, co z kolei przykuwało uwagę turystów i sprawiało, że zaczęli do niej lgnąć niczym ćmy do światła. Lgnąć. Do. Wioski. W. Której. Nie. Ma. Praktycznie. Nic. Nic oprócz szyldu z niemożebnie długą nazwą miejscowości. Najdłuższą w całej Europie (całe 58 znaków! Jako niewierny Tomasz sama liczyłam!). 

 

Co ciekawe, biorąc pod uwagę wielkie zasługi pomysłodawcy całego przedsięwzięcia marketingowego, zadziwiająco niewiele wiadomo na temat jego samego. A szkoda, i to nie tylko dlatego, że za jego zasługi dla lokalnej społeczności już dawno winien był powstać odpowiedni pomnik. Gdyby żył, pierwsza udałabym się do niego na kolanach, pokornie błagając: "teach me, master!". 


Wioskowa starszyzna mówi, że był krawcem. A ja mówię, że był niesamowitym profetą. Bo jak rzekł kiedyś jeden ze współczesnych wizjonerów, nieżyjący już geniusz, Steve Jobs, nie chodzi o to, żeby dać klientowi to, czego chce. Sęk w tym, żeby odczytać to, co nie zostało jeszcze zapisane. Ustalić, czego klient będzie chciał, zanim on sam tego zapragnie: "Ludzie nie wiedzą, czego chcą, dopóki im tego nie pokażę". I... trudno się z nim nie zgodzić. Wiedział już o tym zresztą sam Henry Ford. On też nie pytał ludzi, czego sobie życzą ("bo powiedzieliby, że szybszego konia!"). Po prostu dał im coś, co okazało się szybsze niż wszystkie mustangi tego świata. Wiedział o tym też krawiec z Llanfairpwll. Dał im więc wioskę o najdłuższej nazwie w całej Walii, w całym UK, w całej Europie. I jedną z najdłuższych na świecie. 

 

Przyznam jednak, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby geneza tej nazwy była zgoła inna, a stojąca za nią historia bardziej trywialna i żartobliwa. Jak zresztą sami wyspiarze. Jeśli Walijczycy są choć w połowie tak dowcipni jak Irlandczycy, to któryś z nich na pytanie amerykańskiego turysty ("Jak nazywa się ta wioska?") mógł kiedyś z powodzeniem odpowiedzieć: "Kościół świętej Marii w dolinie białych leszczyn, niedaleko rwącego wiru, i kościół świętego Tysilio koło czerwonej pieczary!", a potem spokojnie udać się do pubu, szturchnąć w ramię swojego kumpla i powiedzieć: "nie uwierzysz, stary, co właśnie zrobiłem!". A potem, przez długie, długie lata, razem z nim zaśmiewać się do rozpuku z bujdy na resorach sprzedanej łatwowiernemu jankesowi, i nie dowierzać, że coś tak absurdalnego potrafiło się przyjąć! 


Jeśli więc będziecie kiedyś zapisywać bądź wymawiać którąś z tych nazw: Księżomierz Gościeradowska, Potrzymiech Rzeszynkowski albo Tworkowizna Oraczewska i zastanawiać się, kto wymyśla te wszystkie twory, przypomnijcie sobie ten wpis i tę walijską wioskę. 


 

A tak na marginesie, gdyby ktoś się nad tym zastanawiał, dla porównania kilka najdłuższych irlandzkich nazw miejscowości: Glassillaunvealnacurra i Muckanaghederdauhaulia (hrabstwo Galway), Newtownmoneenluggagh (hrabstwo Kildare), Scartnadrinymountain (hrabstwo Waterford). 

 

 

Ach, i jeszcze jedno! Na koniec małe ostrzeżenie: nie próbujcie wymawiać nazwy tej walijskiej wioski w towarzystwie innych osób. Ja spróbowałam - brzmiało to tak, jakbym się krztusiła. Albo spróbujcie, dlaczego nie? W końcu co złego może się stać? Najwyżej jakiś niewtajemniczony, ale dobry samarytanin zastosuje na Was uchwyt Heimlicha. 


 

Wioska jest niewielka, ale ma dość duże "centrum handlowe" - jako że znajduje się stosunkowo niedaleko od portu w Holyhead, można tu z powodzeniem kupić przeróżne pamiątki z Walii 



 

33 komentarze:

  1. Dobry wieczór!

    Jak tam weekend?
    Wpadłam spodziewając się w końcu wpisu w Irlandii, ale jestem tak złakniona Twoich postów, że zadowoli mnie każdy, choćby najmniejszy :P

    Ciekawe, naprawdę ciekawe, zaliczyłabym to miejsce do pewnego rodzaju osobliwości, które bardzo lubię, podobnie jak nieszablonowe myślenie. Lubię nietypowe pomysły, miejsca i tak dalej. I powiem szczerze, że w swoich podróżach jestem maniaczką ściereczek widocznych na zdjęciu w sklepie z pamiątkami ;) Uwielbiam ciekawe ściereczki! Wszak pamiątki dla mnie muszą być nie tylko pamiątką, ale też praktyczną rzeczą do wykorzystania.

    Miłego tygodnia Taito. Jak sobie radzisz z listopadem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór :) Cóż za wyczucie czasu - akurat skończyłam czytać książkę, zaparzyłam gorącą herbatę i usiadłam do komputera, a tu parę minut później niespodzianka w postaci Twojego komentarza :) Nawet nie wiesz, jak balansowałaś nim na skraju przepaści - gdybyś znów kręciła nosem, że to nie Irlandia, to chyba byś wywołała największego focha ever i już byś mnie tutaj nie zobaczyła (Zielaku Ty też nie!) No, ale wykaraskałaś się w porę, dodając, że zadowoli Cię nawet najmniejszy :) Twój szósty zmysł uratował Ci tyłek ;)

      Weekend miły, ale jak zwykle za krótki. Nawet zrodziła mi się w głowie myśl, by wziąć sobie ze dwa-trzy dni wolnego w tym tygodniu, by trochę zaznać uciech życia, ale jak sobie pomyślę o tych wszystkich zaległościach, które mi się przez ten czas nagromadzą, to od razu mi się odechciewa. Chyba jakoś dożyję do świąt - to już tylko kilka tygodni! - a za niewykorzystany urlop wezmę pieniądze. Tęsknię za Walią, za morską podróżą (i choć byłam w tym roku na sześciu rejsach, to jednak nie to samo co wyprawa wielkim promem...), za Szkocją... A dziś na dodatek doszłam jeszcze do wniosku, że w najbliższych latach muszę koniecznie udać się na Wyspy Owcze i Islandię! Nie chcę tego ciągle odkładać. Dlatego zaciskam zęby i grzecznie idę do pracy - muszę zarobić na te drogie marzenia ;)

      Jak pisałam w poście - zazdroszczę tym, którzy wiedzą, jak się odpowiednio sprzedać. W tej osadzie nie ma praktycznie żadnych atrakcji - sama w sobie nią jest - ale mimo to bardzo miło wspominam tę wizytę. W tym centrum handlowym jest jadłodajnia (jedzenie szału nie robi, ale mają fajne czarno-białe i archiwalne zdjęcia na ścianach), więc posililiśmy się, a potem pobuszowaliśmy wśród półek. Znalazłam tam fajne upominki dla kociej opiekunki (jest Walijką, zawsze daję jej jakieś prezenty). Ach, gdybym wiedziała, że lubisz kuchenne ręczniki, kupiłabym Ci jakiś! Przywiozłam podobny z Norwegii, mam też taki z Irlandii Północnej i bardzo często z niego korzystam, ale niestety... Master Chef Taita przypaliła go i ma szpecące dziury! Powinnam się go pozbyć, ale jakoś mi go szkoda.

      Nie mam nic do listopada :) W pełni korzystam z jego uroku :) Mam tylko jedno zastrzeżenie - czas za szybko leci!

      Teraz ja czekam na nowy wpis, bo widzę, że u Ciebie powstały już pajęczyny ;)

      Usuń
    2. Dzień dobry ;) Widzisz, najwyraźniej czytam Ci w myślach, tudzież jestem stałym podglądaczem ;) Jakże się cieszę, że zachowałam instynkt samozachowawczy i nie naraziłam się mojej ulubionej blogowiczce ;)

      Znam to. Dla mnie weekend również był za krótki i postanowiłam dziś wziąć sobie dzień wolnego od życia ;) Sześć rejsów i nadal tęsknisz? Nie do wiary! Ja byłam szczęśliwa, że udało nam się dotrzeć w kierunku jakiegokolwiek innego kraju do Czech ;) Teraz jest trudniej, bo musimy piesełowi wyrobić paszport.
      Oj, Islandia i mi się marzy i Lofoty! Zarabiaj, zarabiaj ;)

      Ja nie mogłabym być w życiu marketingowcem, zupełnie się do tego nie nadaję. Jestem prawdziwa i szczera do bólu, więc sprzedawanie i wciskanie na siłę czegokolwiek nie wychodzi mi zbyt dobrze. Jak miło z Twojej strony, że myślisz nawet o kociej opiekunce! I ja również przywiozłam z Norwegii, Irlandii, Malty, Portugalii...tak mi się podobają, że póki co ich jeszcze nie użyłam ;) Jak Ty to zrobiłaś?!

      Ja jakoś popadłam w zbyt dużą, listopadową melancholię.

      Usuń
    3. Nie, to nie był dobry dzień. W ostatnim komentarzu pochwaliłam dzień przed zachodem słońca, a dzisiaj dostało mi się za wszystkie minione dni listopada!

      Haha, Twój instynkt samozachowawczy zdecydowanie działa na pełnych obrotach, bo widzę, że dzisiaj próbujesz mnie udobruchać tym tekstem o "ulubionej blogowiczce" ;)

      Och, jak Ci zazdroszczę tego wolnego dnia. Chciałam urwać się z pracy jeszcze przed południem, ale nie dało rady... Mam nadzieję, że udało Ci się odsapnąć i nacieszyć wolnym.

      W zasadzie to nawet... siedem! Zapomniałam o przeprawie promowej z Irlandii Północnej do hrabstwa Louth. Wiesz, to były dość krótkie rejsy - ze stałego lądu na wyspy i z wysp na ląd - więc trudno to porównać do kilkugodzinnej podróży morskiej z Irlandii do UK.

      Lofoty <3

      Ja też się nie nadaję - zaraz by mnie pogonili. Boss zaczął niedawno robić coś, co mi się nie podoba (i nie jest do końca uczciwe), więc w piątek pytam go, czy nie boi się, że ktoś to zauważy i źle się to na nim odbije. W odpowiedzi podał mi między innymi przykład "zaprzyjaźnionego" sklepu mięsnego sprzedającego kurczaki "organic", które wcale takie nie są, a cały wywód posumował: "There is no honesty in this world". Co za "cudowna logika" - nie ma uczciwości na tym świecie, więc dorzućmy swoją cegiełkę do tego kopca gówna, który nas otacza! Wszystkim będzie się nam lepiej żyło. Jprdl... Na jakim świecie ja żyję?!

      Też mam takie, których szkoda mi używać :) Zazwyczaj korzystam tylko z kilku "zwykłych", nie tych pamiątkowych. Jak to zrobiłam? Zostawiłam na rozgrzanej płycie kuchenki...

      Tego się właśnie obawiałam :( Jak Cię stamtąd wyciągnąć?

      Usuń
    4. Czyli zapamiętać: nie chwalić dnia przed zachodem! Zapisać na przyszłość!

      Nie chciałabym Ci się narazić ;)
      Nie zazdrość, jestem chora już od zeszłego tygodnia, ale rano nie ma kto chodzić z piesiurkiem, więc nie mam jak się wykurować.

      Krótkie rejsy powiadasz? No co Ty nie powiesz:P Lepsze krótkie niż żadne!

      Tak Lofoty i Spitsbergen.

      Ah! To jest okropne! Co się dzieje z ludźmi na tym świecie! No co?Też się nad tym często zastanawiam ;)

      Mam dokładnie tak samo :) Naprawdę tak zrobiłaś? No to serio należy Ci się tytuł master chefa roku, ale nie martw się. W weekend przeszukaliśmy całe mieszkanie w poszukiwaniu kluczy K., już mu złorzeczyłam, że ktoś znajdzie i nas okradnie. I wiesz co się okazało? Jak podniosłam swoją szanowną i ruszyłam ją z kuchni-okazało się, że jego klucze były w drzwiach. Wyobrażasz sobie?! A jak chodził i klnął! No jak wcześniej, a ja prawie umarłam ze śmiechu. Nawet nie wiedziałam jak to powiedzieć, bo wiedziałam, że moje są w torebce po zakupach, wiec nieśmiało zapytałam po tym kurwowaniu i szukaniu: a może to właśnie Twoje klucze są w drzwiach? :D

      A żebym ja to wiedziała...

      Usuń
    5. Na szczęście tylko poniedziałek był z piekła rodem. Pozostałe dni były dość łatwe i przyjemne, choć nieco za długie. Ostatnio czas jakoś szybciej mi mija - nie wiem doprawdy, gdzie są te "długie" zimowe wieczory! Moje wydają się być wyjątkowo krótkie!

      I słusznie, bo ze mną to nie przelewki! ;) Nie chciałabyś mi nadepnąć na odcisk :)

      Mam nadzieję, że przez te kilka minionych dni udało Ci się choć trochę zregenerować. Na szczęście weekend tuż za rogiem!

      Spitsbergen też piękna! Mam słabość do wysp, ale to już chyba zauważyłaś :)

      No naprawdę, naprawdę :) Choć oczywiście nieumyślnie!

      Haha, myślałam, że na nich siedziałaś! Ja ostatnio właśnie taką sztuczkę zrobiłam - zapakowałam się do auta, usiadłam na książce i... nawet tego nie poczułam! Dopiero przy wysiadaniu wyszło na jaw! Na moje usprawiedliwienie mam tylko to, że była dość cienka i miała czarną oprawę, przez co "zlała się" z tapicerką!

      Usuń
    6. Czyli na szczęście to nie prawda, że jaki poniedziałek taki cały tydzień? ;) Wiesz, że ja mam podobnie? Nie mam pojęcia czy to przychodzi z wiekiem czy po prostu teraz tak jest, że wieczory i dni mijają w oka mgnieniu.

      No już tak nie strasz, nie strasz ;)

      Spałam zwykle po pracy i starałam się wysypiać, co nie zawsze mi wychodziło niestety.
      To tak jak i ja! Chociaż muszę przyznać, że aktualnie najbardziej tęskni mi się za Irlandią...

      Jak ja bym usiadła na książce w samochodzie to zapewne wyszłoby mi to na dobre, może bym przestała jeździć po krawężnikach, bo moja poduszka już się trochę uleżała pod ciężkim tyłkiem ;) Nie usiadłam, były w drzwiach! A ten już zdążył przetrzepać cały dom.

      Usuń
    7. Nie wyobrażam sobie całego tygodnia takiego jak poniedziałek! Wiesz, ja nawet bardzo bym chciała nacieszyć się tymi długimi i ciemnymi wieczorami, zanim przyjdzie wiosna, ale nawet nie mam kiedy! Niestety, praca jest głównym winowajcą. Chyba dlatego ten miesiąc tak szybko mi mija - trzeci tydzień listopada, a ja już mam siedemnaście nadgodzin. Wracam do domu, robię kolację, włączam komputer, myję się, i nim się obejrzę, już jest 23:00 i wypadałoby iść spać, a ja nie zrobiłam nawet połowy rzeczy, które bym chciała. Przeciągam więc, ile mogę, w efekcie idę spać (grubo) po północy, rano najczęściej zasypiam... Takie błędne koło. Nie jestem tu jednak żadnym wyjątkiem. Ot, uroki dorosłego życia zwykłego zjadacza chleba (który, swoją drogą, robi się coraz droższy).

      Moja droga, ja mieszkam w Irlandii i... za nią tęsknię! Rok dobiega końca, a mnie nadal nie udało się odwiedzić w tym roku Connemary ani Kerry!

      Już wiem, co Ci kupię pod choinkę! Trylogię Tolkiena! Będziesz lepiej widziała w samochodzie! ;) A może przy okazji uratuję w ten sposób życie jakiemuś piechurowi, skoro Ty tak zaliczasz krawężnik za krawężnikiem ;P

      Nie powiedziałaś, jaką miał minę, kiedy już zrozumiał, że zrobił "drakę" o nic :)

      Usuń
    8. Wiem coś w tym temacie, zdarzało mi się tak mieć w poprzedniej pracy. Często też było tak, że po nocce nie miał kto mnie zmienić, więc totalnie niewyspana stałam potem na mrozie, w autobusie zasypiałam i potem znowu przez całe osiedle szłam w mrozie i dopiero się kładłam do łóżka po zjedzeniu czegokolwiek w domu...

      Teoretycznie można się cieszyć, że w trakcie pandemii ma się pracę, a nawet nadgodziny, ale wiadomo, że jeśli zdarza się to nagminnie, to stanowi problem.

      Oj tak,ceny są masakryczne!

      Teraz chyba znowu tam macie ograniczenia?

      :D Serio? Tylko pamiętaj, że muszę dosięgnąć do pedałów, co przy wysokim poddupniku staje się problematyczne, bo mam dosyć krótkie nogi :P

      Spokojnie, jeszcze nikogo nie potrąciłam, a jak już to zdarzyłoby mi się to w przeszłości z przemęczenia i rozchwiania zegara.

      Zrezygnowaną. Wiesz, my też często się spieszymy i na niewiele nam wystarcza czasu. Dziś ja wzięłam urlop, żeby wyleżeć chorobę bo średnio kontaktuję i się trzęsę, ale on po pracy odbierał paczki, skoczył do mamy po coś, czego nie używa, a przyda się koledze z pracy, na zakupy, z psem...a i tak jak chcieliśmy zrobić tosty okazało się, że nie mamy sera to znowu do sklepu...I ot tak wygląda dorosłe życie, żadna bułka z masłem ;)

      Usuń
    9. Tak, pamiętam te Twoje drzemki w autobusie :) Założę się, że kierowcy nazywali Cię w myślach "Śpiącą Królewną" ;)

      Tutaj się cieszyli, że w trakcie pandemii nie mieli pracy, bo mogli przez to siedzieć w domu, oglądać Netflix, i pobierać jakieś 300 euro tygodniowo "za nic". Wiele biznesów na gwałt szuka pracowników, bo nie ma komu pracować. Szczególnie teraz w tym intensywnym przedświątecznym okresie. Praktycznie każdy z większych sklepów w moim mieście organizuje nabór. W Tesco jak ostatnio byłam, to przy samych drzwiach było stanowisko z "rekruterem", zawalone ulotkami informacyjnymi - czegoś takiego chyba jeszcze nie widziałam tutaj!

      Mamy, bo znowu straszą czarnowidzkimi scenariuszami - tylko czekać, aż zaczną wzorem Austrii wprowadzać przymusowe szczepionki. Podejrzewam, że to tylko kwestia czasu. I to by było tyle, jeśli chodzi o wolność człowieka.

      Haha, "poddupnik" :)) Jak żyję, to chyba jeszcze nie słyszałam takiego określenia :) Zrobiłaś mi nim wieczór ;) Spokojnie, skoro nie masz nóg Claudii Schiffer, to pomyśli się też o jakieś przedłużce do nich ;)

      Z całym szacunkiem, ale potrąconemu piechurowi to chyba obojętne, czy najechał go pijany/niewyspany/zmęczony czy za niski kierowca ;)

      Oj racja. To zdecydowanie nie jest bułka z masłem - raczej tost bez sera! ;)



      Usuń
  2. Nie wiem jak nazywali, ale miałam z nimi dobre układy i na przykład często mogłam pojechać taniej, a tuż przed pandemią jako stała klientka miałam mieć super ofertę na bilet miesięczny...;)Najbardziej krępujące były te chwile, kiedy budziło mnie własne chrapanie ;)

    To cóż to się stało, że tak brakuje ludzi do pracy? W Wielkiej Brytani to bym się spodziewała, ale u Was? Zbyt dobry socjal? Ja Ci powiem, że my coraz częściej jesteśmy rozgoryczeni, ponieważ my jako ci pracujący nie mamy żadnych bonusów, u nas rząd rozdaje pieniądze rodzinom z dziećmi, emerytom, a my jak Ci gamonie tylko pracujemy ( żeby nie powiedzieć inaczej). W mojej rodzinie osoby z dwójką dzieci dostają miesięcznie dwa tysiące, był też bon na wakacje za tysiąc! No przecież nie opłaca się pracować! I ludzie nie potrafią zrozumieć, że nic nie jest za darmo i te pieniądze też mają swoje źródło.

    Z tego, co się orientuję to u nas w szpitalach większość to niezaszczepieni. My tez się obawiamy jakie skutki to przyniesie w przyszłości, w sensie nie do końca zbadane szczepionki, ale odkąd się zaszczepiłam-nie zachorowałam.

    Zawsze do usług! :P K. często nadaje różne nazwy rzeczom w naszym domu i tam na przykład mieliśmy taki stoliczek z pieńka, który nazywał chwiejnikiem, na żyrandole mówi dyndacze (prawie się przez nie rozeszliśmy, bo on chciał mieć plafony, a ja chaiałam bambusowe, zwisające z Ikei ;)), teraz już część zapomniałam tych nazw, jak mi się przypomni to napiszę :P

    Ej! Ser już mamy! :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, pociesz się, że zawsze mogło być gorzej i mogło obudzić Cię coś innego - coś znacznie bardziej krępującego i wstydliwego ;)

      Otóż to. Zbyt dobry socjal skutecznie zniechęca niektórych do pracy. Bo po co pracować za minimalną płacę, kiedy niemal tyle samo można dostać w prezencie od państwa? Wiesz ile razy ja już tutaj słyszałam od żon znajomych Polaków, że "nie opłaca się im iść do pracy"? Lepiej, kiedy mąż pracuje, a ona siedzi w domu, bo wtedy może pobierać zasiłek na "niepracującą żonę", dochód jest mniejszy, więc należą się przeróżne "benefity" i dom socjalny. Jedną z irlandzkich plag są właśnie zawodowi wyłudzacze zasiłków.

      Doskonale rozumiem Wasze odczucia - to jest niesamowicie demotywujące. Ja od 15 lat pracuję w Irlandii, nigdy nie byłam za żadnym zasiłku, nie dostałam ani euro za darmo od irlandzkiego rządu, za to nieustannie płacę podatki od swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Znam natomiast taką polską rodzinę (mistrzowie kombinatorstwa), która bez skrupułów doi państwo irlandzkie: mają dom socjalny (załatwiony "po znajomości"), za który płacą grosze (a uczciwie pracujący ludzie grubą kasę za wynajmowane mieszkania, bo czynsz jest obecnie niesłychanie wysoki), a do tego swoją firmę, która oficjalnie nie przynosi żadnych dochodów. I jeszcze są do tego tak głupi, że się tym chwalą wszystkim znajomym - mają szczęście, że nikt nie doniósł na nich do Revenue, że nie deklarują faktycznych dochodów. Rozpisałam się, wybacz - ten temat to woda na mój młyn. Nie cierpię pasożytowania.

      Znam niezaszczepionych, którzy też nie zachorowali :)

      Jak tak piszesz o tych żyrandolach, to jeszcze bardziej doceniam fakt, że Połówek nigdy mi nie narzucał swoich wyborów i nie mieszał do urządzania przestrzeni tak, jak ja chciałam :) Zawsze dawał mi wolną rękę, mówiąc, że "on się nie zna" ;) (a na czym się tu znać? Albo coś się podoba albo nie)

      Ser już macie, ale tym razem pewnie chleba zabrakło ;)

      Usuń
    2. Masz na myśli ślinienie się? ;) No to teraz przyznaj się moja droga-ślinisz się w nocy? :P

      Myślę, że w ostatnich latach u nas niestety również coraz więcej kobiet nie pracuje. Bardziej niż niania, posłanie do żłobka czy przedszkola opłaca się siedzenie w domu. Nienawidzę tego, bo mam świadomość, że te wszystkie środki idą z naszych wypłat. Nie jestem idiotką i doskonale wiem, że nikt nie da nic za darmo. Bardzo często również te środki nie są dobrze wykorzystywane i 500 plus jest przepijane i dziecko nigdy nie ma z tego benefitu.

      Wiesz, to trochę przypomina nasze obecne mieszkanie, gdzie płacimy okropnie drogi czynsz, bo jest to nowy blok. Było mówione, że to mieszkania dla młodych, którzy z różnych powodów nie dostaną albo nie chcą brać kredytu hipotecznego, tymczasem większość ludzi czynszów nie płaci albo mają pomoc od miasta, bo rzekomo ich nie stać. Najbardziej nie stać tych, od których często cuchnie alkoholem. Nie tak miało być. Biorąc to mieszkanie chcieliśmy je rzeczywiście po dwóch latach kupić, ale patrząc na towarzystwo dookoła, raczej tego nie zrobimy.

      I ja tego nienawidzę. Podobnie jak kobiet, które szukają mężów do utrzymania, a potem robią z siebie ofiary losu, że nic nie mają z życia.

      Koniec końców mam ukochane żyrandole z Ikei, więc jest ok. K. bardziej by sobie wyobrażał dom jak warsztat, a my to wiadomo-boginie domowego ogniska...

      Spokojnie. Jest i ser i chleb ;) Zabrakło nam dziś owsianki! K. musiał pojechać kupić, bo o poranku byłam niepocieszona, kiedy odkryłam ten brak ;)

      Usuń
    3. Jasne, że się ślinię - szczególnie wtedy, kiedy miewam sny erotyczne ;)

      Wiesz, kiedy dzieci są małe, jest to dla mnie bardziej zrozumiałe. Nie każda matka chce pozostawić swojego malucha z obcym człowiekiem. Inaczej jednak wygląda sprawa, kiedy dziecko jest nastolatkiem. A te wspomniane przeze mnie wcześniej "zawodowe bezrobotne kobiety" nie miały w domu żadnych małych dzieci. Ani chęci do pracy. Wcale się z tym nie kryły, że takie życie im w pełni odpowiada. No, ale nie mój cyrk, nie moje małpy :)

      To niestety smutna prawda - często zasiłki na dziecko są wykorzystywane na niecne cele. Co gorsza - są patologiczne rodziny, w których celowo płodzi się dzieci, by pobierać większe pieniądze :(

      Szczerze współczuję sąsiadów! Ładne osiedle to nie wszystko niestety. Jednym z ważniejszych czynników są ludzie właśnie. "Podejrzany element" skutecznie potrafi obrzydzić życie.

      Już dawno zauważyłam, że postawiłaś na swoim/przekonałaś go do tych bambusowych :) Dom jak warsztat <3 To on może powinien zamieszkać z moim bratem? ;) Wspólną pasję już mają, pewnie by się dogadali :)

      Usuń
    4. Teraz mnie zaciekawiłaś ;)

      Tak wiem, słyszałam o takich sytuacjach niestety. Nie wiem jak jest u Ciebie, ale u mnie to jednak mój cyrk, bo my nie dostajemy bonów, 500 plus i tak dalej, a też nie zawsze jest łatwo.

      Otóż to! Znałam nawet rodziny, które brały dzieci z domu dziecka dla dodatkowych pieniędzy, a te dzieciaki nigdy tych pieniędzy ani nic za te pieniądze nie widziały.

      Bardzo możliwe ;) W każdym razie jak podczas przeprowadzki widziałam jakie chemikalia trzymał u siebie to ja dziękuję za takie w domu ;)

      Usuń
    5. Wiesz, ja wychodzę z założenia, że sama muszę zapracować na swoje przyjemności i marzenia - jestem zbyt dumna by prosić o pomoc finansową i żebrać. Teoretycznie też mogłabym rzucić pracę, by siedzieć na zasiłku, ale jednak tego nie robię. Wolę jednak ciężko pracować, by moje koty miały lepsze życie ;)

      Usuń
    6. Otóż to! Jak Luna ma focha, że się z nią nie bawię w trakcie pracy to też jej mówię, że ktoś musi zarabiać na jej wszystkie smaczki ;)

      Ja bym nie tyle chciała dostawać, co wiem, że pracuję właśnie na socjal tych ludzi.I to mnie boli, ponieważ to sprawia, że my kobiety niejako cofamy się do średniowiecza i większość wychodzi z założenia, że nie opłaca się pracować. Poza tym ludzie są ślepi i nie widzą, że rosną podatki i wszystko inne, aby pozyskać fundusze i rozdawać innym.

      Usuń
    7. Ja sobie nieraz żartowałam, mówiąc do Połówka, że lepiej byśmy na tym wyszli, gdybyśmy zamiast kotów mieli tucznika! Ilość zjedzonego pokarmu taka sama (straszne głodomory, teraz znów jedzie do nich wielka paczka karmy z zooplusa!), a za sprzedanego tucznika przynajmniej trochę kasy by wpadło! ;) Jeśli jednak myślisz, że posiadanie kotów czegoś mnie nauczyło, to... się mylisz! W swoich marzeniach mam własny dom z kotami, psem, koniem (albo dwoma), owcą, kozą, kurami... I tak dalej!

      Nawet mi nie mów - jak zerknęłam dziś na świeżo przelaną wypłatę i zobaczyłam, ile moich ciężko zarobionych pieniędzy poszło na podatki, to aż mi się scyzoryk w kieszeni otworzył!

      Usuń
  3. Powiedzenie Twojej nauczycielki jest tak prawdziwe... ale to dochodzi do nas dopiero po jakimś czasie. Choć niektórzy maja to jakby we krwi.

    I popatrz, takie nic(bez urazy, ale umówmy się że zabytków światowej sławy tu nie ma), takie zwyczajne miasteczko i proszę!
    moje oko złapało zdjęcie z koszykiem z pocztówkami vintage. Chyba bym tam przepadła!!!!

    Ciekawe jak mieszkańcy wpisują tę nazwę w dokumentach. Albo jak jest drukowana w adresach, np. na prawie jazdy:)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się - to zwyczajna, nieszczególnie atrakcyjna osada. Gdyby nie ta nietypowa nazwa, to nawet pies z kulawą nogą by tam nie zajrzał ;)

      Czyżbyś kolekcjonowała kartki pocztowe? Mam taką ciotkę, która jeszcze za czasów mojego dzieciństwa miała kilkaset widokówek i przeróżnych kartek okolicznościowych. Ten jej zbiór robił piorunujące wrażenie! Też kiedyś je zbierałam - w szkole podstawowej czasem robiliśmy z nich na "pracy technika" takie "szkatułki/puzderka" na bibeloty.

      Zdaje się, że używają skrótu :)

      Usuń
  4. Sokole Oko

    OMG od kiedy to kartki pocztowe trafiły na dział vintage ?? szok i niedowierzanie.

    Co do nazwy miasteczka to aż sie ciśnie brzydko na usta jpdl taki też dług polski skrótowiec ... naprawdę miał jaja ten pomysłodawca nazwy. A myślałam, że to ja jestem mistrzem sprzedaży po tym jak opchnęłam kiedyś na naszym odpowiedniku ebaya 60 cm kabla z telewizji kablowej bo szkoda go było wyrzucić.

    słyszałaś wymowę tego miejsca z ust tubylców ? ja bym chciała i nawet nagrała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że to były po prostu bardzo stare kartki, wyprodukowane być może nawet w latach 90., i dlatego ich cena była taka niska. Te "normalne" są znacznie droższe - wielokrotnie kupowałam widokówki w Walii, więc wiem :)

      Najwyraźniej komuś był potrzebny :) No i gratulacje za pomysłowość i chęci!

      Nie, nie słyszałam na żywo, jedynie na filmikach. Jak chcesz, to rzuć okiem i posłuchaj :)

      https://www.youtube.com/watch?v=LCwEztj3g-w

      Usuń
    2. Sokole Oko

      Aaaa ok myślałam, że tak ogólnie to są nowe kartki a opisane jako stare.

      No właśnie jak to mówią wszystko można sprzedać tylko trzeba umieć.

      O matko !!! to nie dla mnie i jeszcze ta wymowa z tym "s" i "sz" brrrrr

      Usuń
    3. Nie, raczej nie. Nie byłyby takie tanie.

      To święta prawda jest!

      Prawdziwy łamaniec językowy! Nie na moje nerwy i cierpliwość ;)

      Usuń
    4. Ok.

      Zgadzam się sprawdziłam to :D

      Nie na moją znikomą znajomość angielskiego i w ogóle jakiegokolwiek języka :D

      Usuń
    5. Powiem Ci, że podziwiam Cię za to, że chce Ci się w to "bawić". Mam w domu różne rzeczy, których bym się z chęcią pozbyła, ale jakoś szkoda mi czasu na szukanie stron, na których mogłabym je sprzedać, tworzenie profilu sprzedającego, a potem ogłoszeń... Wydaje mi się też, że nie byłoby chętnych.

      Usuń
    6. no właśnie ... wydaje Ci się. U nas sporo się kupuje i sprzedaje w taki sposób. Profile mam od dawna bo od dawna kupuję tam i sprzedaję więc jedynie muszę robić zdjęcia i opis a odkąd są komórki z aparatem w ogóle to już nie jest ani pracochłonne ani trudne :)

      Usuń
    7. Tak, ale... Mam wrażenie, że w Polsce łatwiej niż "na Zachodzie" pozbyć się takich rzeczy, bo ludzie wiele produktów nabywają z drugiej ręki. Tutaj natomiast chyba bardziej króluje zasada "zepsuło się? Wyrzucę i kupię nowe". Społeczeństwu lepiej się powodzi, to jest bardziej rozpuszczone ;) Może się mylę.

      Usuń
    8. Sokole Oko

      Może masz rację nie wiem jak to u Was działa ale u nas często jest powrót jakiejś mody i wtedy ludzie szukają i płacą miliony żeby mieć. Np teraz jest faza na szkło i porcelanę PRL i wazony albo kryształy używane bo wiadomo że to już 30 lat idą za kupę forsy ;)

      Usuń
  5. Ojciec porządny, matka porządna a ja przez jakieś dziesięć lat kolejarzem byłem. I tak zastanawiam się, czy pasażerowie pociągu zdążyliby przeczytać nazwę i wysiąść na właściwej stacji, gdyby jakiś żartowniś nadał podobnie długie nazwy kilku kolejnym miasteczkom. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przynajmniej z niejednego pieca chleb jadłeś :) Każde doświadczenie nas wzbogaca.

      Usuń
  6. Faktycznie ta nazwa jest kosmiczna ;) w Norwegii tez są nazwy że jak pi dwudziestu latach nadal ich nie mogę wypowiedzieć i nawet się tym nie przejmuję bo przecież ja nie Norweżka jestem ;) miasteczko zapewne urocze i fajnie można tam spędzić czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie jestem pewna, czy coś ciekawego można robić w tej wiosce oprócz wizyty w tym centrum handlowym. W okolicy jest tyle przeróżnych ciekawych zabytków, że szkoda na dłużej się tu zatrzymywać - pstryknąć fotkę i jechać dalej.

      Usuń