Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia wzięte. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2024

Mało brakowało, czyli jak prawie nie pojechałam na urlop


Ten wyjazd stał pod znakiem zapytania. Wielkim jak stodoła.

Nocleg, na myśl o którym śliniłam się jak ząbkujące dziecko, zarezerwowałam na jakieś 9 miesięcy przed wyjazdem. Był koniec roku, panowała zima, a ja umilałam ją sobie fantazjując o wakacjach. Wiedziałam, że to trochę ryzykowne, miałam jednak nadzieję, że do tego czasu nic się nie urodzi. Jednak 3/4 roku to szmat czas, a im bliżej było wyjazdu, tym bardziej zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie do niego dojdzie. 


Najpierw mój szef zaczął przebąkiwać o zamknięciu swojej działalności gospodarczej. Wiele rzeczy sobie wyobrażałam myśląc o tym urlopie, w tym między innymi spotkanie z potencjalną klientką naszej firmy, ale w najśmielszych scenariuszach nie przypuszczałam, że mogę w tym czasie szukać nowej pracy, bo moja pozycja będzie zagrożona.

Tu automatycznie uruchomił mi się tryb oszczędnościowy. Wychowana byłam w duchu rozsądnego podejścia do pieniędzy, i choć absolutnie nie jestem dusigroszem, coraz częściej łapałam się na myślach, że tak kosztowny wyjazd to tak naprawdę niepotrzebny wydatek. Moja fanaberia, nie zaś konieczność. 


Najlepsze jednak nadeszło nieco później, kiedy pewnego dnia ‒ tknięta jakimś dziwnym przeczuciem ‒ postanowiłam sprawdzić datę ważności mojego paszportu. Paszport to taki dokument, do którego bardzo rzadko zaglądam, i sporadycznie z niego korzystam. Kiedy jednak już zajrzałam, dupa zmarszczyła mi się ze strachu! Jego ważność wygasała na niecały miesiąc przed wyjazdem! 


Mając w głowie straszne opowieści o tym, ile czasu zajmuje wyrobienie nowego dokumentu, rzuciłam się do komputera, by czym prędzej zarezerwować wizytę w polskiej ambasadzie w Dublinie, w której oczywiście trzeba stawić się osobiście, aby złożyć wniosek paszportowy. 


Był początek maja, a moja wizyta została wyznaczona na... koniec lipca! Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że mój zagraniczny urlop zaczynał się dokładnie parę dni później!

Rzecz jasna istnieje możliwość złożenia w ambasadzie prośby o wydanie dokumentu w specjalnym przyspieszonym trybie, jednak absolutnie nie działa ona w przypadku takich osób jak ja: oszołomów, którzy najpierw zarezerwowali sobie urlop, a dopiero potem łaskawie przypomnieli sobie, że tak jakby ich paszport wygasa. 


Paszport tymczasowy, ważny przez trzy miesiące, można pilnie uzyskać już w przeciągu dwóch tygodni, a w trybie ekspresowym nawet w ciągu trzech dni roboczych. Na to trzeba mieć jednak kwity. Jak na przykład akt zgonu (wiadomo, że nie swój), dokumentację ze szpitala o pilnej operacji, i inne ważkie papiery, których ja oczywiście nie miałam. Tak samo jak nie miałam w planach uśmiercenia kogoś z rodziny. Ani połamania się ‒ szybko oceniłam, że wszystkie członki ciała są mi bliskie i niezbędne do normalnego funkcjonowania. 


Cała reszta śmiertelników musi grzecznie czekać na swój paszport kilka dobrych  tygodni (chyba nawet do sześciu!). Na szczęście jest jeszcze inna usługa ratująca zapominalskim życie ‒ możliwość zapisania się do kolejki paszportowej. Zdarza się bowiem, że nie ma już wolnych terminów na wizytę w ambasadzie. Wtedy warto codziennie w dni robocze czyhać na stronie e-konsulatu o 10:00 rano i 20:00. Wtedy to udostępniane są kolejne wizyty paszportowe. Jeśli nam przyfarci, uda się przyspieszyć wizytę.  


Koczowałam więc przy komputerze jak sęp. Gotowa, by rzucić się na pierwszy dogodny termin, który dałby mi odpowiedni zapas czasu. W ten oto sposób udało mi się najpierw przesunąć wizytę z końca lipca na połowę czerwca, później ponownie ją przyspieszyć o tydzień. To sprawiło, że wreszcie mogłam głęboko odetchnąć. Nawet gdyby mój paszport okazał się gotowy dopiero po tych sześciu tygodniach (wersja pesymistyczna), i tak by mnie to urządzało. Zdążyłabym go odebrać tuż przed wyjazdem. 


Ostatecznie wyrobiono mi go dość wcześnie, a nieco miesiąc później ponownie jechałam do dublińskiej ambasady. Tym razem po to, by go osobiście odebrać. Można co prawda poprosić o wysyłkę poleconą pocztą, ale ponieważ była to druga połowa lipca, wolałam nie ryzykować. Wiadomo przecież, że licho nie śpi! 


Teraz, kiedy miałam już świeżutki paszport w ręce, mogłam swobodnie się pakować. Na tym etapie wiedziałam już, że bez względu na całą resztę i widmo utraty pracy, pojadę na ten urlop i będę się na nim świetnie bawić. Bo na to zasługuję! I bo raz się żyje! 


(Niniejszym rozpoczynam relację ze swojego zeszłorocznego urlopu)


niedziela, 27 sierpnia 2023

Wszystko za widok

Opowiem Ci, Czytelniku, bajkę, ale nie będzie to bajka o tym, jak kot palił fajkę, a kocica papierosa - upaliła kawał nosa. Będzie to jednak opowieść o bezwzględnym człowieku, który igrał z ogniem, za nic mając sobie panujące konwenanse, w efekcie czego doprowadził swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem do ludzkiej tragedii.

Miłość od pierwszego wejrzenia

Początek był niczym wyjęty z romantycznego filmu. Neville Presho wypatrzył ją z łódki w czasie połowu ryb. Zamajaczyła mu na horyzoncie w czasie wschodu słońca. Była taką "rozkoszną, pomarańczowo-różową wyspą". Od razu zapragnął na nią dotrzeć. Zafascynowała go. 


Powiedzieli mu, że ta skała na środku oceanu to właśnie Tory Island. Pachniała gnijącymi wodorostami, ale to mu nie przeszkadzało.

Od tamtego momentu już zawsze będą kojarzyć mu się właśnie z nią. 

Jako inżynier budownictwa, a jednocześnie filmowiec, zwiedził kawał świata. Był między innymi w Anglii, Norwegii, USA, Kanadzie, Nepalu. Fascynowała go tematyka zanikającego stylu życia. Był wniebowzięty, kiedy okazało się, że na wyspie znalazł właśnie to - nietuzinkową społeczność, która wiodła wymierający styl życia. Postanowił to uwiecznić tworząc kolejny dokument. Miał ich już kilka na swoim koncie. Był wielokrotnie nagradzanym dokumentalistą. 


W ten oto sposób powstał dokument "Oileán" ("Wyspa") poświęcony właśnie Tory i jej mieszkańcom. Oko kamery wychwyciło w jednej ze scen Patricka - nastolatka pracującego w porcie przy pułapkach na homary.

Neville nie wiedział wtedy, że kilkanaście lat później ten nastolatek wbije mu nóż w plecy.

W tamtym czasie, a były to lata 70. XX wieku, Neville mieszkał w Dublinie, jednak uwielbienie do Tory sprowadzało go na wyspę 2-3 razy w roku. Nie mógł jej wyprzeć z pamięci. Ta fascynująca wyspa, ci sympatyczni mieszkańcy, ten inny świat. Było mu tam tak dobrze.  


Myślał, że chwycił Pana Boga za nogi, kiedy w 1982 roku odkupił za swoje życiowe oszczędności dom od pary staruszków, która postanowiła resztę życia spędzić na stałym lądzie.

Dom nie byle jaki. Urodziwą sześciopokojową, irlandzką chatkę w przepięknej, centralnej lokalizacji. Dom usytuowany przy samym porcie. Panorama, jaka się z niego rozciągała, była spektakularna. Niektórzy "zabiliby" dla takiego widoku. Inni posunęliby się do niewiele mniejszych świństw.

Idylla nie trwała jednak wiecznie. Jego wagabundzki styl życia zaprowadził go jakiś czas później do Australii i Nowej Zelandii. Zanim jednak wyjechał z Tory, zabił okna dębowymi deskami i wręczył klucze swojej dobrej znajomej, Mary. Tak na wszelki wypadek, aby miała na niego oko. Wandalizmem nie musiał się martwić.

Tak mu się przynajmniej wydawało.

Kiedy Neville żył po drugiej stronie kuli ziemskiej, na wyspę Tory wrócił Patrick Doohan, jej rodowity mieszkaniec. Wyjechał do Londynu jako rybak, wrócił w 1992 roku jako biznesman. Dość już miał parania się pracą na budowie i dorabianiem jako klubowy ochroniarz.

I on poczuł zew Tory, tak jak niegdyś miało to miejsce z Nevillem Presho.


Piłat umywa ręce

Realia, jakie Patrick zastał na wyspie, były nieciekawe. Jeden sklepik z ubogim asortymentem, kilka traktorów, jeden samochód. Wyjałowiona ziemia, brak torfu na opał, bo mocno eksploatowane źródła po prostu się zużyły. A na dokładkę: drastycznie malejąca liczba ryb. Trałowanie denne, które jest zwykłym skurwysyństwem, zdewastowało dno morskie i mocno zaburzyło ekosystem. Komercyjne supertrawlery, które - wbrew swojej nazwie - nie mają w sobie nic a nic z bycia super, już dawno odpłynęły, pozostawiając tubylców sam na sam ze szkodliwymi skutkami ich barbarzyńskiej działalności.

Wiejski wizjoner

Patrick pochodzi z małej i zapyziałej wyspy, ale umysł ma światowy. Nie jest tępym mięśniakiem dobrym tylko w sztukach walki. Jest przedsiębiorczy i zaradny. Ma umysł wizjonera. Wie, że ratunku należy szukać w przemyśle turystycznym. Aby jednak sprowadzić turystów na Tory trzeba najpierw mieć odpowiednie zaplecze. Hotel, restaurację, pub. Przecież nie samymi widokami turyści żyją. 

po prawej stronie: wymarzony dom Neville'a Presho, za nim jest stary hotel (autor zdjęcia nieznany)

Uzyskuje potrzebne zgody i w samym centrum wyspy buduje nowy hotel w miejscu tego starego (patrz: zdjęcie). Jest tylko jeden szkopuł. Dom Neville'a Presho. Stoi ta opuszczona kolubryna bezpośrednio przed hotelem. Zasłania najlepszy widok. A tak byłoby pięknie, gdyby jej tu nie było!

Prawowity właściciel "kolubryny" mieszka od kilku lat w Nowej Zelandii i do Irlandii na razie nie zamierza wracać. Może nawet rozważyłby sprzedaż swojego ukochanego, białego domku na wyspie, gdyby dostał sensowną ofertę kupna, ale taka nie nadchodzi. Patrick, jak na bezlitosnego finansistę przystało, oferuje Neville'owi maksymalnie 1000£. I ani "grosza" więcej. Neville chce 7 x więcej.

Oferta jest uwłaczająca, toteż do sprzedaży nigdy nie dochodzi. Neville zapłacił za ten dom prawie cztery razy tyle - 3810£. To stara, ale solidna chata o grubych ścianach. Jeszcze przez długi, długi czas może dobrze służyć. No i widok, który się z niej rozciąga - jest bezcenny.

Na wyspie Tory zaczynają się dziać dziwne rzeczy. W miarę jak powstaje hotel Patricka, dom Neville'a systematycznie niszczeje.

Zaczyna się niewinnie, od uszkodzonego fragmentu dachu. Kiedy budowniczy hotelu próbuje tę dziurę załatać jedyną na wyspie azbestową płytą, bo w domu Neville'a  - bez wiedzy właściciela - nocuje jego budowlana ekipa, Patrick, który ochoczo deklaruje swoją pomóc, całkiem "przypadkowo" ją niszczy.

Jakiś czas później zaś proponuje mężczyźnie zapłatę za wyburzenie domu. Ten, świadom, że Patrick nie jest prawowitym właścicielem, odmawia.

Alea iacta est

Kości zostały rzucone, teraz już nie ma odwrotu. Ta wyrwa w dachu wystarcza szkodliwym siłom natury. Woda ma już do niego dostęp. A niedługo później nawet ogień. Pewnego styczniowego poranka dom Neville'a częściowo trawi tajemniczy pożar.

Czas mija. Hotel Patricka robi się coraz bardziej okazały. Z domu Neville'a już prawie nic nie zostaje. 


Do Nowej Zelandii do rąk filmowca niespodziewanie trafia urzędowy list z Irlandii, z którego dowiaduje się, że jego dom na Tory uległ poważnemu zniszczeniu w skutek sztormu, i stanowi zagrożenie dla innych.

Niedługo później Neville, wraz z żoną Fioną i dwójką malutkich dzieci, leci do Irlandii, a następnie wsiada na statek na wyspę Tory. Chce na własne oczy zobaczyć, o co w tym wszystkim wchodzi.

Na chwilę obecną nic z tego nie rozumie.

Where is my mind?

Myśli, że coś z nim nie tak, kiedy jeszcze będąc na łodzi, nie dostrzega swojego domu.

Jak to w ogóle możliwe? Postradał zmysły?

Przecież stał tu jak byk: duży, biały, mocny! To nie była rachityczna chatka z "Trzech małych świnek", którą można z łatwością zdmuchnąć!

Do jasnej cholery! Gdzie jest jego dom?!

Niegdyś było tu jego El Dorado. Jego "San Francisco". Teraz pozostało jedynie "ściernisko". Z niedowierzaniem na nie patrzy. Z ziemi sterczy piętnaście centymetrów plastikowej rury jego instalacji wodno-kanalizacyjnej. Na plaży obok leży do góry nogami jego wanna.

Wszystko przepadło. Marzenia, dom wakacyjny, jego chluba - łódź, którą skonstruował własnymi rękami w wieku 17 lat. Boli jak cholera. 

 Tu kiedyś stał dom Neville'a, obecnie jest to przyhotelowy parking

Omerta

Zszokowany wypytuje kolejnych mieszkańców. Słyszy rozbieżne wersje. Coś tam bełkoczą o jakimś tornado, o pożarze, ale nic z tego, co mówią, nie ma sensu. Zresztą, nic więcej mówić nie chcą. Nabierają wody w usta.

Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie. W wiosce panuje zmowa milczenia.

Neville zderza się ze ścianą niezrozumienia.

Prawdziwy król jest tylko jeden

Patsy Dan Rodgers, król wyspy Tory, którego Neville uważa za swojego przyjaciela, mówi mu, że najlepiej by było, gdyby przestał drążyć i zadawać niewygodne pytania.

To utwierdza zdruzgotanego mężczyznę w przekonaniu, że Patsy jest tylko królem na papierze. Że prawdziwe rządy sprawuje tu Patrick Doohan. Najbardziej wpływowy człowiek na wyspie. Człowiek, którego mieszkańcy muszą codziennie oglądać. Człowiek, który najwyraźniej myśli, że stoi ponad prawem.

Patrick ma czarny pas w sztukach walki. Nikt mu tu nie podskoczy. Dosłownie i w przenośni.

Loosing My Religion

Nie tylko tubylcy milczą. Policja i urzędnicy okazują się bezużyteczni, adwokaci nie chcą podjąć się jego sprawy. Nawet jego psychiatra mu nie wierzy. Kiedy opowiada mu o tym, że jest dokumentalistą, że miał na wyspie dom, który zniknął, ten myśli, że to tylko historyjki wyssane z palca.

Wyłysiał, skurczył się, widać, że coś go zżera od środka. To wszystko już go przerasta.

Ma dość.

Stres systematycznie ich wyniszcza. Fiona nie pali, ma prawidłową wagę i ciśnienie krwi, a mimo to przeżywa dwa udary i cztery poronienia.

Neville czuje się przytłoczony. Nie jest już w stanie tworzyć filmów. Nic nie idzie tak, jak powinno. Wszystko się komplikuje. Świat wali mu się na głowę. Nie potrafi już myśleć o niczym innym, tylko o tym, czego go pozbawiono.

Po prawej stronie hotel Patricka, tu niegdyś stał dom Neville'a

Zaczyna kopcić niczym parowóz, coraz częściej zagląda do kieliszka. Umiera mu jedyny brat, a 12h później jego teść. Rozsypuje się jego małżeństwo. Przeżywa załamanie nerwowe, ląduje w psychiatryku. Dzieci trafiają do placówki opiekuńczo-wychowawczej.

Czy może być jeszcze gorzej? Chyba już wszystko stracił.

Wolę walki przywraca mu niespodziewane spotkanie na łodzi, kiedy w 2003 roku płynie na Tory. Anton McCabe, świeżo poznany dziennikarz, chce mu pomóc. Daje mu namiary na odpowiedniego prawnika, podsyca wolę walki.

Uff. Ktoś go wreszcie wysłuchał. Ktoś uwierzył. Ktoś chce pomóc w tej nierównej walce o sprawiedliwość.

Is fecit, cui prodest

Stara rzymska zasada prawna mówi: "ten uczynił, komu przyniosło korzyść". Największą korzyść ze zniknięcia domu Neville'a mógł mieć tylko Patrick. Wszyscy to wiedzą, ale nikt głośno nie mówi. Oskarżony oczywiście wszystkiemu zaprzecza.

 Hotel wybudowany przez Patricka

Po długich i wyczerpujących psychicznie latach nadchodzi ten dzień, na który Neville czekał z utęsknieniem. W 2009 roku decyzją składu orzekającego Patrick Doohan nie musi odbudować domu poszkodowanemu. Sąd jednak nakłada na oskarżonego obowiązek zapewnienia Neville'owi porównywalnego lokum na wyspie, ewentualnie wypłatę jego równowartości. Zasądza również obowiązek zapłaty na rzecz poszkodowanego kwoty 46000€ tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

Zdrowia, nerwów i straconego czasu mu to nie wróci, ale daje mu namiastkę sprawiedliwości i upragniony spokój. Bo cała ta walka z urzędniczą hydrą nigdy nie miała być zemstą. 


Neville wybacza Patrickowi. Tak czuje. Tak nakazuje mu jego wiara. Jednak w ferworze walki o sprawiedliwość wyspa i jej mieszkańcy stracili na niewinności i uroku w jego oczach. Już nie patrzy na nich z początkowym zachwytem. Zamiast tego gorzko konstatuje, że "na Tory każdy jest mile widziany, dopóki wszyscy się od ciebie nie odwrócą".

Morał tej historii jest taki: nigdy, przenigdy, Czytelniku, nie czyń drugiemu tego, co Tobie nie miłe. Nie da się zbudować szczęścia na cudzej tragedii.

Patrick Doohan już nie jest właścicielem hotelu Óstán Thoraí. Zmuszony był go sprzedać. W 2011 roku posiadłość przyniosła mu straty w wysokości 161 637€.

Nie bez znaczenia pozostały tu również koszty sądowe. Przegrany musiał uregulować nie tylko swój rachunek, lecz także ten Neville'a opiewający na zawrotną kwotę 191 000€ tytułem kosztów sądowych.

Patrickowi udało się jedynie umieścić Tory na turystycznej mapie Irlandii.

poniedziałek, 28 listopada 2022

Gonię się!

W ostatnim czasie czuję się niczym wyścigówka Michaela Schumachera - ledwo wyrabiam się na zakrętach.

Tutaj z góry serdecznie przepraszam wszystkich, którzy czekają na mojego maila, komentarz albo nową relację z kolejnego uroczego zakątka Zielonej Wyspy.

Niestety końcówka listopada okazała się być dla mnie mocno pracowita - podczas gdy normalni ludzie przeżywają świąteczną gorączkę zakupów w grudniu, u mnie odbywa się to znacznie wcześniej.

Jako osoba, która zawsze wysyła swoim bliskim paczki z prezentami bożonarodzeniowymi, nie mam tu zbyt dużego pola manewru i zwyczajnie muszę dostosować się do harmonogramu kuriera, a ten oferuje w tym okresie tylko dwa wyjazdy do Polski. Nie chciałam czekać na ten ostatni przedświąteczny kurs (jak to mawiają mędrcy: strzeżonego Pan Bóg strzeże), więc w minione wieczory pieczołowicie wcielałam się w rolę świstaka zawijającego prezenty w sreberka, choć Połówek z pewnością wolałby, żebym przebrała się za króliczka Playboya, a nie za świstaka czy innego boberka (choć kto go tam wie, sam Jean-Paul Sartre nazywał Simone de Beauvoir swoim "boberkiem", chyba nawet nie chcę wiedzieć dlaczego).

Na szczęście to już za mną, bo choć lubię przygotowywać upominki, to jest to dość czasochłonne zajęcie, przy którym dodatkowo wszystko wokół mnie wygląda jak - skromnie mówiąc - pobojowisko.

Jako że za niedługo wyjeżdżam na urlop, a zwierzaków jak zawsze będzie doglądać opiekunka, miałam podwójną motywację, by czym prędzej się z tym wszystkim uporać i przywrócić dom do stanu używalności. Choć coś mi podpowiada, że koty akurat nie miałyby nic przeciwko, by po domu walały się sterty kartonów.

Każdy kociarz bowiem wie, że nawet najdroższe i najbardziej wymyślne kocie drzewko nie zastąpi im... zwykłego taniego pudełka, które - jak już im się znudzi - można przerobić na konfetti. Moja kotka, Flerken (Nick Fury i miłośnicy Marvela wiedzą, o co chodzi), właśnie w tym się specjalizuje, toteż nikogo nie może dziwić, że w domowych kręgach znana jest jako "niszczarka do papieru".

A skoro o Marvelu mowa, to Połówek niemal siłą wyciągnął mnie do kina na "Black Panther: Wakanda Forever" i cóż mogę powiedzieć? Niepotrzebnie się wzbraniałam (czas projekcji mnie przeraził - niemal trzy godziny! - a ja jestem jak dziecko z ADHD, i po pewnym czasie zaczynam się wiercić, nudzić i niezbyt subtelnie ziewać). Film zdecydowanie przeszedł moje oczekiwania i okazał się o niebo lepszy od "Doktora Strange'a w multiwersum obłędu", na którym wynudziłam się jak mops. Chyba nawet lepszy od "Thora: Miłość i Grom" (wybacz mi, boski Chrisie Hemsworthie!). Bardzo chciałabym jeszcze w tym roku zobaczyć "The Banshees of Inisherin", gdzie występuje mój "ziomek", Brendan Gleeson.

W najbliższym czasie mam jeszcze jeden wyjazd, tym razem na koncert, potem jednak wszystko powinno się uspokoić i powinnam mieć więcej czasu wolnego - i dla siebie i dla Was. Mam też nadzieję, że uda mi się porządnie nacieszyć tymi długimi, ciemnymi wieczorami jesienno-zimowymi, bo przecież już za rogiem czai się Nowy Rok!

Zaraz po powrocie z urlopu mam zamiar udekorować dom i nabyć choinkę - zdecydowanie nie hołduję tradycji ubierania świątecznego drzewka we Wigilię, którą to praktykowało się w moim rodzinnym domu. Głównie dlatego, że w Irlandii zdejmuje się ozdoby i rozbiera choinkę wraz z nadejściem Objawienia Pańskiego zwanego powszechnie Świętem Trzech Króli. Żeby naprawdę nacieszyć się tą niepowtarzalną świąteczną atmosferą, trzeba ją sobie stworzyć odpowiednio wcześnie. Dlatego absolutnie nie dziwi mnie widok choinek już teraz rozświetlających tutejsze salony - listopad to dla wielu osób miesiąc mocno depresyjny. Trudno zatem dziwić się ludziom, że chcą go przeżyć w jak najfajniejszy sposób.

niedziela, 13 listopada 2022

Same old, same old

Dziś szybki i krótki wpis na bloga, tak zwana zapchajdziura - bardziej dla mnie niż dla Was, w nadziei, że wróci mi niedługo wena, abym wreszcie mogła spisać swoje wrażenia po urlopie i pokazać Wam tu kolejne piękne zakątki wyspy.

Dni, które upłynęły od poprzedniego wpisu, mogłabym w zasadzie podsumować krótkim i wymownym: "same old, same old". Wszystko po staremu, nic nowego.

Czas nadal pędzi jak szalony, a im bliżej końca roku, tym - mam wrażenie - jeszcze bardziej przyspiesza, co wcale nie cieszy. Wręcz przeciwnie. Z Polski spływają zaproszenia na Boże Narodzenie, ale patrząc realnie na sytuację, nie sądzę, by coś z tego wyszło.

Próbuję mu dotrzymać kroku, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że poruszamy się w tym samym tempie. Trochę z mojej własnej winy, bo przez swoją zachłanność wzięłam zbyt dużo na swoje barki - praktycznie na każdym kroku natykam się na rozpoczęte książki, niektóre leżące tak od kilku dobrych miesięcy...

Nowością godną odnotowania znów będą "anomalie" pogodowe. Wszak, proszę Państwa, w Irlandii mamy obecnie lato. Spóźnione o jakieś pięć miesięcy, ale jest. W kalendarzu niemal połowa listopada, a na termometrach dwucyfrowe temperatury - 16, 17 stopni!

W to mi graj - piszę tego posta i nerwowo zerkam przez okno, bo w ogródku powiewa na wietrze świeżo uprana pościel (kolejne pranie w pralce), a prognoza pogody wskazuje na dość duże ryzyko wystąpienia popołudniowego deszczu.

Pościel to jest coś, co z reguły zmieniam co tydzień - bardziej dla własnej fanaberii (bo uwielbiam świeżo upraną i pachnącą WIATREM, nie mylić z "wiatrami") niż z potrzeby (nie wyobrażam sobie iść spać bez zmycia z siebie trudów całego dnia), jednak w tym przypadku "nieco" mi się ta zmiana pościeli przeciągnęła w czasie. Trafiła mi się zatem ta ładna niedzielna pogoda jak ślepej kurze ziarno - wczorajszy dzień spędziłam w dużej mierze w pracy, więc siłą rzeczy zaniedbałam nieco swoje sobotnie obowiązki domowe.

W międzyczasie zaś oddaję się wesołemu szaleństwu zakupów... bożonarodzeniowych. Mam już chyba większość upominków dla bliskich, co z jednej strony cieszy, a z drugiej niesłychanie okrutnie wystawia na test moją cierpliwość (a raczej jej brak) i silną wolę. Najchętniej bowiem już bym się ich pozbyła, aby tylko zobaczyć radość i zaskoczenie odbiorców.

Niestety przyjdzie mi mocno poćwiczyć cnotę cierpliwości, bo do świąt jeszcze nieco ponad miesiąc, choć wiem, że to bardzo szybko zleci. Do tej pory mogłam jedynie pozwolić sobie na sprezentowanie pralinek Lindora "Extra dark" Bossowi na jego urodziny, bo wiem, jaki z niego łasuch. Nie wiem, co prawda, jak można uwielbiać gorzką czekoladę, ale ponoć każdy ma swoje zboczenia.

Boss wraca z Dublina, styrany jak sandały Włóczykija, a ja już w drzwiach witam go "happy birthday!" (nie, nie wyskakuję z tortu). Po krótkich powitaniach pytam go, czy udało mu się złowić wielką rybę (wbrew pozorom, nie był w stolicy wędkować, i nie, nie udało, bo wielka ryba akurat tego dnia pracowała w domu), i oddalam do swoich zajęć. Nieco później zaś słyszę, jak mnie woła. Wychylam się więc ze swojej dziupli - a on, cały w skowronkach, pyta - wyjmując z ozdobnej torebki pudełko czekoladowych pralinek - czy to prezent ode mnie.

- "You know I like them?", mówi, a ślinka niemal obficie ścieka mu z ust, jakby był chory na wściekliznę.

- "I know, I'm quite observant", mówię ze słyszalną dumą w głosie.

Bo ja z tych, co raczej nigdy nie kupują upominku od czapy. Zawsze stawiam sobie za punkt honoru nabycie czegoś, co ma dużą szansę na wpisanie się w gust obdarowanego.

(No i oczywiście! Rozpadało się! Gdybym wstała wcześniej zamiast o tej głupiej dziewiątej, to zdążyłabym wysuszyć pranie! Koniec pogodowego przerywnika)

Przynajmniej mam pewność, że nikomu nie odstąpi tego mojego drobnego prezentu - dzień wcześniej wpadła z wizytą jego wiekowa ciocia, ale jako że go nie zastała, to po kilku minutach sympatycznej pogawędki oddała prezent w moje ręce i odjechała. W papierowej torebce zaś czerwone pudełko Celebrations i dwie małe butelki wina chardonnay, które parę godzin później Boss chciał sprezentować mnie, ale grzecznie odmówiłam ("not a fan of alcohol").

Do czego zmierzam? To smutne, kiedy ktoś oddaje prezent podarowany mu z dobroci serca. Dlatego jako Ciocia Dobra Rada (tak wiem, nikt nie pytał) nieśmiało radzę, byście poświęcili trochę czasu i myśli na to, co kupić swoim bliskim. A nawet jeśli, przez te wszystkie minione lata, wyczerpaliście już wszystkie swoje pomysły, to nie bójcie się zapytać wprost.

Jasne, jest spore ryzyko, że usłyszycie "mnie nic nie trzeba, dziękuję" (im starszy człowiek, tym większe prawdopodobieństwo takiej dyplomatycznej odpowiedzi), ale są też szanse na to, że ktoś udzieli Wam dobrej podpowiedzi, albo po prostu udostępni swoją listę życzeń, której, nota bene, z roku na rok jestem coraz większą fanką.

Przyznam, że w tym roku sama zrobiłam coś bardzo podobnego. Akurat robiłam zakupy online w Easons, gdzie już jakiś czas temu rzuciły mi się w oko dwie cudowne książki o latarniach. Oczywiście z miejsca zapragnęłam je mieć, ale jako że na jedną i tak trzeba było poczekać (była w przedsprzedaży), wymyśliłam, że to może być dla mnie świetny prezent pod choinkę (święta przecież i tak już za rogiem). Zawołałam więc Połówka i podałam mu na tacy kod rabatowy i dwie interesujące mnie pozycje. W ten sposób upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu, a przede wszystkim pozbawiłam go dylematu prezentu świątecznego. Wbrew pozorom, było w tym zachowaniu więcej altruizmu niż egoizmu.

Jasne, że mogłam kupić sobie te książki sama, z kodem rabatowym wyszła tanioszka, ale w ten sposób odebrałabym mu genialną szansę na to, by mnie zadowolić. Znów musiałby szperać w moich kosmetykach, sprawdzać, jakich podkładów i perfum używam, a tak to dostał gotową podpowiedź na tacy. I jeszcze zaoszczędził parę euro! Sami powiedźcie, czyż to nie był idealny układ?

Zauważyłam, że wiele osób negatywnie zapatruje się na takie pomysły i odbiera je w ramach "pójścia na łatwiznę". Ba, sama kiedyś tak uważałam. Z czasem jednak dojrzałam i zmieniłam zdanie - taka "lista życzeń" przede wszystkim eliminuje ryzyko nieudanego prezentu. A że przy okazji zmniejsza element zaskoczenia? No cóż. Ja wiem, co dostanę, a mimo to na samą myśl z niecierpliwości przebieram nogami jak nadpobudliwe dziecko. Poza tym, kto powiedział, że na takiej liście musi być tylko jedna czy dwie pozycje. Jeśli zamieścimy ich znacznie więcej, ale zaznaczymy, że chcemy tylko jedną z tych rzeczy, to mamy element niespodzianki.

A Wy jak na to się zapatrujecie? Hot or not? ;)

poniedziałek, 4 października 2021

Naprawdę nie dzieje się nic...

Żyję, ale nie wiem, jak długo jeszcze pociągnę na diecie bazującej na jajach, zanim na dobre wykończy mnie wysoki poziom cholesterolu. Nadal bowiem toczę batalię z wrednymi ślimakami, które za punkt honoru postawiły sobie ogołocenie mojego ogródka.

Zaczęło się od tego, że po roku posuchy w ogrodzie - spowodowanej głównie lockdownem - postanowiłam wreszcie zagospodarować klomb, który Wredny Rudzielec sąsiada bezczelnie przekształcił w szalet miejski.

Jednego dnia nabyłam więc dwa opakowania aksamitek i obsadziłam nimi całą przestrzeń. Drugiego zaś wyszłam z domu i osłupiałam. Po moich pięknych żółtych i pomarańczowych kwiatach pozostały same smętne kadłubki! Tym razem jednak to nie Wredny Rudzielec zawinił. Oględziny miejsca zbrodni nie pozostawiały żadnych złudzeń - w przeciwieństwie do tego, co myślałam, to nie kot sąsiadów był moim największym wrogiem. Były nimi żarłoczne ślimaki.

Ja wiem, że ślimak też człowiek i jeść musi, ale do jasnej anielki, niech stołuje się gdzie indziej. Pałając żądzą zemsty, udałam się do kuchni, wygrzebałam z szafki pod zlewem największe działo, jakim dysponowałam - śmiercionośne niebieskie granulki, i rozsypałam je wokół kikutów kwiatów.

Kolejnego dnia zaś - stojąc nad klombem, który coraz bardziej przypominał depresyjne cmentarzysko bądź pobojowisko niż urodziwą rabatkę - doszłam do wniosku, że tak być nie może. Każde ślimacze truchło było dla mnie niczym wielki wyrzut sumienia - powód do wstydu, a nie do zadowolenia.

Trutka znów wylądowała w najciemniejszym zakamarku szafki, a ja doszłam do wniosku, że czas poszukać innego, bardziej humanitarnego i pokojowego rozwiązania, które nie stałoby w opozycji do przysięgi Hipokratesa i dewizy "primum non nocere".

I w taki oto sposób zaczęłam sobie robić jaja. Na śniadanie, obiad, kolację. Skorupki zaś suszyć, później zaś ostrożnie kruszyć (ostre cholerstwo niczym brzytwa!) i rozsypywać wokół świeżo posadzonych roślin. Czy ostra bariera powstrzymała wszystkich agresorów? Nie. Znacznie jednak ograniczyła wyrządzone przez nich szkody, a przede wszystkim pozwoliła młodym roślinom wyrosnąć na duże i mocne, którym nie zaszkodzi sporadyczny atak ślimaka-terrorysty. Dziś jednak moje kwiaty cieszą oko i zbierają komplementy od sąsiadów. Historia zakończyła się względnym happy endem, bez zbędnych ofiar i wszyscy są zadowoleni. No może poza Wrednym Rudzielcem, który musiał znaleźć sobie nowy wychodek!

Nieco inne batalie, ale również wymagające pokojowego nastawienia, cierpliwości i dyplomacji, zdarza mi się toczyć w pracy. Choć tu, muszę przyznać, bywa jednak dużo zabawniej:

Mam dwa nieodebrane połączenia od Bossa, który akurat załatwia tego dnia interesy w hrabstwie Cork. Biorę więc telefon i oddzwaniam. A raczej próbuję, bo każde z moich połączeń trafia od razu do jego poczty głosowej. Wystukuję więc SMS-a:

"Jesteś bardziej nieuchwytny niż prezydent Ameryki, a Twoja poczta głosowa włącza mi się za każdym razem, kiedy próbuję się do Ciebie dodzwonić. Może po prostu wyślij mi wiadomość?"

Jakiś czas później Boss odpisuje:

"Jak miło, że porównujesz mnie do prezydenta Ameryki. Nie mam pojęcia, dlaczego mój telefon tak się zachowuje, a dzwoniłem, bo chciałem zapytać o parę maili, ale widzę, że już na nie odpisałaś."

"Nie powiedziałam, którego prezydenta Ameryki mam na myśli (może chodziło mi o Donalda Trumpa?), więc gdybym była Tobą, to bym się tym tak nie przechwalała ;) Maile mam pod kontrolą, a sprawę z Johnem S. (aka Wrzód na Dupie) już załatwiłam!"

Bossowi chyba przypadł do gustu śmiały przydomek, jaki nadałam Johnowi, bo w odpowiedzi na mojego SMS-a oddzwania i śmiejącym głosem mówi: "I loved our little conversation..."

No tak, John - byłabym zapomniała! John jest naszym "ulubieńcem", a szef też ma na niego swoje pieszczotliwe określenie - "feckin' muppet". John nigdy nie jest zadowolony, zawsze ma jakieś wąty, a do tego jest cholernym służbistą. Jestem pewna, że jak był mały, to wszyscy wołali na niego Hitlerek, a matka wieszała mu na szyi pęto kiełbasy, żeby chociaż psy chciały się z nim bawić.

Maile od Johna, nawet jeśli zawierają tylko jedno zdanie, zawsze są opatrzone czerwonym wykrzyknikiem wysokiego priorytetu, a często także wymagają potwierdzenia odczytania wiadomości. Nade wszystko jednak podnoszą mi ciśnienie. John potrafi bowiem w przeciągu jednego dnia wysłać kilka maili domagających się zrealizowania jego "próśb", nawet jeśli ładnie i grzecznie mu się tłumaczy, że w chwili obecnej nie dysponujemy danymi dokumentami, ale jak tylko wejdziemy w ich posiadanie, przekażemy mu je w trybie natychmiastowym.

Najczęściej więc mam ochotę wystukać na klawiaturze to, co myślę, i co zapewne myśli o nim także mój szef:

"John, John, John... Why are you such a sad little cunt? Miałeś smutne dzieciństwo? Cierpisz na impotencję? Na to pierwsze - dobry psychoterapeuta, na to drugie - viagra". Zamiast tego kajam się (bo coś mi podpowiada, że John to lubi) i piszę: sorry about this, apologies for that, bo tego wymaga etykieta i zdrowy rozsądek. Boss zaś, śmiejąc się, mówi, że podziwia moją poprawność polityczną, kolejnego dnia zaś pyta na dzień dobry, jak się mam i czy jestem gotowa do walki z Johnami tego świata.

No cóż, czasami myślę sobie, że porządek pewnych rzeczy musi być zachowany. Tak jak w każdej osadzie zawsze jest jakiś wiejski głupek, tak chyba w każdym miejscu pracy musi być jakaś menda uprzykrzająca życie.

***

Wybaczcie tę długą przerwę - choć od mojego ostatniego wpisu minęło kilka miesięcy i wiele tygodni, to jednak spokojnie można by było podsumować ten czas słowami piosenki Grzegorza Turnau - "Naprawdę nie dzieje się nic" (o czym warto by tu wspominać).

Risteard, Sokole Oko, Zielaku - dzięki za Wasze ostatnie komentarze i powody do tego, by się odezwać.

sobota, 15 maja 2021

Confusing cock

Boss, Irlandczyk z krwi i kości, który za parę lat będzie miał piąty krzyżyk na karku, przez przypadek natrafia na definicję słówka "cockerel" (a young male chicken - młody kogut).

Marszczy czoło, jakby miał do czynienia ze skomplikowanym matematycznym równaniem.

Widzę, że ewidentnie przeżywa właśnie życiowego "mindfucka". (Nawet ćwierćinteligent domyśliłby się, że w tym momencie mózg mu się zagotował pod kopułą)

Z niedowierzaniem czyta na głos. Wolno i wyraźnie:

- M Ł O D Y  kogut?! Całe życie myślałem, że to po prostu kogut.

Po czym pytająco spogląda na mnie, szukając ratunku. I chyba też licząc, że zaprzeczę, że powiem coś, co jednak sprawi, iż jego światopogląd nie legnie w gruzach.

"Nie patrz na mnie, człowieku, ja nie jestem native-speakerem. Ani specjalistką od... ptaszków" - myślę sobie i tak też mam chęć odpowiedzieć.

Zamiast tego mówię, że to definicja ze słownika, więc musi być tak, jak jest napisane.

Chyba nie wierzy w moje słowa (powinnam się obrazić?) - wyciąga telefon i, jak przystało na niewiernego Tomasza, sam sprawdza.

A potem powoli, powolutku, dodając dwa do dwóch, dedukuje.

- Zaraz, zaraz. Jeśli "cockerel" oznacza małego, młodego kogucika, to w takim układzie duży kogut to... COCK?!*

Wszyscy, jak jeden mąż, wybuchamy śmiechem.

- That came out wrong... - podpowiada mu M.

Jedno z nas poszerzyło tego dnia swoją wiedzę ornitologiczną, ale wszyscy okazali się mieć sprośne myśli.

 

_________

* Dla nieznających angielskiego i tych niewiniątek, które zupełnie nie wiedzą, o co chodzi - choć źle się czuję w roli grzesznicy sprowadzającej Wasze niewinne myśli na złe tory, to jednak czuję też, że należy się Wam wytłumaczenie. "Cock" to slangowe określenie pewnej męskiej części ciała, którą my, Polacy, pieszczotliwie nazywamy "wackiem".