Dziś znów będzie o jeździe samochodem. Jeśli więc ktoś ma już dość tego tematu, to nie będę mieć nic przeciwko, jeśli odpuścicie sobie tę notkę ;) Wiem, że ostatnio staję się monotematyczna, więc jak przesadzę, to powiedzcie stop ;) Ostatnio nauka jazdy stała się moją obsesją i o niczym innym nie myślę, tylko o tym, jak by się tu wkraść do naszego wozu i zasiąść za jego kierownicą ;) Nie wiem, może sama sobie wjechałam na ambicje i wmówiłam, że skoro wszyscy potrafią, to czemu ja mam być gorsza? A może właśnie to pragnienie posiadania mojego wymarzonego cuda na czterech kółkach tak mnie pcha i mobilizuje do nauki? W końcu po co mi samochód, jeśli nie będę umieć go prowadzić? ;) Mojemu narzeczonemu w zupełności odpowiada nasze auto i nie zamierza go sprzedawać, ale ja marzę o innym ;) Owszem, bardzo lubię nasze obecne, dobrze się spisuje, jest zgrabne, ale jak widzę na ulicy obiekt westchnień moich i mojego brata, to nie mogę się powstrzymać od rozpływania się w zachwycie nad nim. Ten kształt, perfekcyjna forma… Mmm! Piękna limuzyna :) Tak więc pilnie się uczę, by kiedyś zasiąść za jego kierownicą.
Wczoraj udało mi się wymusić kolejną lekcję jazdy. Po zmroku, bo po zmroku, ale innej opcji nie było. Przez cały dzień towarzyszyło mi dziwne uczucie, że już wiem, jak się to robi, i że kolejny raz na pewno będzie łatwiejszy ;) Zasiadłam więc za kierownicą z wielką ekscytacją i mimo że tym razem nie rozładowałam akumulatora, to jednak rozczarowałam się, bo nie poszło mi tak, jak bym chciała ;) Wiem, nie od razu Rzym zbudowano. Jednak to uczucie mnie zmyliło, bo wydawało mi się, że ochłonęłam już po pierwszej jeździe i że już sobie w głowie poukładałam te wszystkie biegi. Lekcja była króciutka, i byłaby całkiem udana, gdyby nie jej zakończenie, kiedy to rozwinęłam za dużą prędkość i zamiast pięknie zaparkować (jak zrobiłam to w niedzielę) to po prostu wjechałam na chodnik przed domem. Jeszcze nie opanowałam hamulca ;) Wystraszyłam się konkretnie i uznałam, że jak na moje biedne serce, to wystarczy mi już tyle tych emocji ;) Mój mały sukces, to piękne przejechanie kilkuset metrów po linii prostej ;) Bez szarpania wozem ;) Tylko to parkowanie.. ;)
Wiem jednak jedno: jeśli zobaczę, że pomimo wielu lekcji, jestem totalne dno jako kierowca, to na pewno nigdy nie wyjadę na ulicę. Nie będę ryzykować życia innych i mojego. Funkcja kierowcy niesie ze sobą zbyt duże ryzyko i odpowiedzialność. Osoby nietrzeźwe, nie mające pojęcia o jeździe po prostu nie powinny nigdy kierować autem. Takie jest moje zdanie na ten temat. Jestem zwolenniczką zaostrzenia kar dla pijanych i nieodpowiedzialnych kierowców, bo wiem, że zbyt dużo cierpienia oni już spowodowali. Tak łatwo przecież zniszczyć cudze życie… Byłam niestety świadkiem takich tragedii i było to bardzo przykre przeżycie. Polskie drogi zbyt gęsto usiane są krzyżykami upamiętniającymi ofiary wypadków samochodowych…Nie chciałabym nigdy, przenigdy stać się jedną z tych, którzy swoja nieumiejętną jazdą doprowadzili do śmierci pasażerów. Nie potrafiłabym żyć ze świadomością, że zabiłam kogoś i zrujnowałam życie rodziny tej zabitej osoby… Zbyt wrażliwą naturę mam. Mnie szkoda zabitego zwierzaka, a co dopiero człowieka…Kiedy widzę jakieś zwłoki, to od razu przed oczami staje mi rodzina tej osoby…
Ostatnio, prawie tydzień temu zabiliśmy kota. Przez przypadek oczywiście… Wracaliśmy z mojej uczelni, było ciemno, jechaliśmy przepisowo. Nagle zobaczyłam biegnącego kota. Był zbyt blisko, może jakieś dwa metry od naszego samochodu. Biegł po trawie i niebezpiecznie zbliżał się do jezdni. Nie zatrzymał się, wbiegł wprost pod koła… Było za późno na jakiekolwiek manewry, bo wszystko działo się w ułamku sekundy. Mimo że narzeczony odbił w prawo, on i tak wbiegł pod koła. Poczułam, jak przejechaliśmy po nim i powiem, że zrobiło mi się niedobrze. Do dziś przed oczami mam obraz kota beztrosko wbiegającego pod nadjeżdżający samochód… Nie wiem, dlaczego się nie zatrzymał, dlaczego nie przystopował, kiedy zobaczył zbliżające się światła. Biegł na wprost siebie, nie rozglądał się i to go zgubiło. Mimo że narzeczonemu solidnie oberwało się za to, to i tak w głębi duszy wiedziałam, że w tej sytuacji nie było wyjścia. Że to musiało się tak skończyć…