wtorek, 20 listopada 2007

Z notatnika frustratki...

Jestem zła! Potwornie!

Kolejny zmarnowany dzień! I nie chodzi o pracę. Przyzwyczaiłam się już, że wstaję, kiedy jest ciemno i wracam do domu po zmroku. Ale na litość boską! Kiedy wracam zmęczona, to marzę tylko o jednym: o odpoczynku w zaciszu domowego ogniska.. Tymczasem od kilku dni skutecznie mi to uniemożliwiają wszelkie wizyty rodaków, tych dobrych i mniej dobrych znajomych… Powód wizyt jest nie tyle towarzyski, co po prostu interesowny. Chodzi o załatwianie wszelkich spraw, z jakimi musi się borykać emigrant na obcej ziemi. A że tych spraw jest sporo, to mój dom od dłuższego czasu zaczyna przypominać organizację charytatywną ukierunkowaną na biednych, nie znających języka angielskiego Polaków! No ileż można? Od niedzieli mamy codziennie wizytę takich żuczków, którzy proszą o pomoc. Ok., można pomóc, rozumiem. Ale wszystko ma swoje granice! Nie mam nic przeciwko spotkaniu się raz na tydzień,  może nawet dwa razy, ale kiedy te spotkania przybierają na sile i odbywają się w każdy wieczór, to mam tego dość. Serdecznie dość! Skutek tych niezbyt mile widzianych wizyt jest łatwy do przewidzenia: totalny brak czasu dla siebie i kolejny zmarnowany wieczór. Z moich planów na dzisiejszy wieczór oczywiście NIC nie wyszło…

Dziś ledwo wróciliśmy do domu, zasiedliśmy do obiadu, a tutaj już pierwsza petentka ze swoim rozwrzeszczanym dzieciakiem, który przez całą wizytę skutecznie pracował nad tym, byśmy nie zapomnieli, że nie jesteśmy sami… Kiedy wreszcie narzeczony uporał się ze sprawą wyżej wspomnianej pani, i wydawałoby się, że możemy wreszcie odpocząć: pojawił się kolejny osobnik. I tym oto sposobem straciliśmy jakieś 3 godziny…

Nie, nie chodzi o to, że jestem niekoleżeńska. Lubię pomóc, uszczęśliwiać innych, ale wszystko ma swoje granice. Dlaczego ja mam płacić za to, że ktoś nie umie angielskiego? A płacę wysoką cenę! Śpię ostatnio po pięć godzin, pracuję jakieś 10, a skutek jest taki, że w pracy wymyślam różne sposoby, by po prostu nie paść i nie zasnąć. Jestem tym zmęczona. Potwornie zmęczona. Mam wiele planów, rzeczy do zrobienia, ale nie jestem w stanie ich wykonać, bo mój harmonogram jest ostatnio namiętnie burzony przez znajomych…Czuję, że życie ucieka mi przez palce i nie mogę nic na to poradzić. Z przerażeniem patrzę na kartki kalendarza, które zmieniają się z prędkością światła. Nie cierpię uczucia bezsilności wobec upływu czasu! Mam ochotę walnąć zegarem o ścianę.. Sprawić, by choć na chwilę zatrzymał swoje bezlitośnie przesuwające się wskazówki…

Jest też jeszcze jedna rzecz, która mnie potwornie denerwuje: głupie, prostackie zachowanie naszych rodaków wobec możliwości nauki języka obcego. Otóż zdecydowana część tych nie znających angielskiego, nie ma zamiaru się go uczyć! Chcecie poznać ich argumenty? Proszę bardzo: „to oni powinni się uczyć polskiego, bo tylu nas tu jest!”. Jasne! I co jeszcze? To nie oni do nas przyjechaliśmy, ale my do nich. To my tu jesteśmy gośćmi, nie gospodarzami. A to ZNACZNA różnica. Nie będę się rozwodzić nad bezmyślnością tych osób. Nie rozumiem ich. Przyjechali tutaj, nie zamierzają wracać do Polski, ale też nie zamierzają zrobić czegoś, co by poprawiło ich kontakty z Irlandczykami. Typowa postawa roszczeniowa: żądam wszystkiego, ale  nic od siebie nie daję! Znam osoby, które są tu od wielu lat i nie potrafią zbudować jednego poprawnego gramatycznie zdania w języku angielskim. Nie, nie jest to brak talentu do języków obcych. To typowy objaw lenistwa i wygodnictwa. Po co mam się męczyć? Niech inni się męczą i załatwiają moje sprawy! Wielu z nich miało okazję pójść na kurs (za symboliczną opłatę), ale wybrali siedzenie w domu. Nie widzą sensu poszerzania swoich horyzontów myślowych. Nie widzą sensu ślęczenia nad książkami. Po co to komu?

Nic w życiu nie jest za darmo. Nie wszyscy to jednak rozumieją. Ci, którzy mówią w obcym języku też musieli się go nauczyć. Niejednokrotnie kosztowało ich to wiele wyrzeczeń, ale trwali w postanowieniu. Ja również ciężko pracowałam, by w wieku 22 lat posługiwać się trzema językami obcymi. Ale ja widziałam sens tej nauki. Widziałam i miałam jasno określony cel. Wiedziałam, że mój trud nie pójdzie na marne, że ułatwi mi życie. Nie wiedziałam tylko, że w pewnym sensie również mi je utrudni, bo zawsze znajdą się ci nie znający umiaru w proszeniu o pomoc…

 

A jutro najprawdopodobniej 12 godzin pracy. O niczym innym nie marzę…

 

 

 

PS. Jedyne plusy dnia dzisiejszego:

  1. Mam wreszcie włoskie i francuskie kanały :) Żebym tylko jeszcze miała wystarczająco dużo czasu, by móc je oglądać…
  2. Wygląda na to, że załapałam o co chodzi w kierowaniu autem! :) Cudownie mi się prowadziło :) Za krótko jednak…
  3. Rozmawiałam z ukochanym bratem, który umiejętnie mnie pocieszył i dodał otuchy do dalszych zmagań za kierownicą :)