Wyprawa do nadmorskiego miasteczka Malahidenie była przez nas zaplanowana. Wybraliśmy się tam całkiem spontanicznie, bożal nam było spędzić tak piękną niedzielę w domu. Aura w istociesprzyjała: słońce pięknie ogrzewałoświat, niebo – jak to często bywa w Irlandii – przedstawiało galerięfantastycznych wzorów. Miejscami najeżone było obłokami do złudzeniaprzypominającymi owieczki, w innych miejscach zaś poprzecinane było cienkimibiałymi pasmami – tak jakby malarz niedbale, od niechcenia musnął je śnieżnobiałąfarbą.
Nie wiedziałam czego się spodziewać. Nigdywcześniej nie widziałam tego zamku na oczy. Kiedy więc docieramy na miejsce,jestem pod wrażeniem. Zaraz po opuszczeniu parkingu i wyłonieniu się zza drzewdostrzegamy mały zameczek w oddali i ogromne połacie zieleni. Sto hektarówsoczyście zielonego pola tworzy uroczy widok. Malahide Castle świetnieprezentuje się w słonecznym świetle. Wszędzie mnóstwo ludzi. Dobrze się bawią,słychać radosny śmiech dorosłych i dzieci. Jedni zażywają kąpieli słonecznych,inni grają w piłkę nożną, a jeszcze inni urządzają sobie piknik. Zakochanitrzymają się za ręce, wolno przechadzają się po pobliskich ścieżkach leśnych. Można odnieść wrażenie, iż w tym miejscu czasjakby się zatrzymał. A nawet jeśli nie zatrzymał, to na pewno zwolnił tempo –przystopował. Nie ma tutaj dublińskiego pośpiechu, nie ma też gwaru. Co jakiśczas tylko nad głowami przelatują nam samoloty z pobliskiego lotniska.
Przed wejściem do zamku tworzy się dośćduża kolejka. Nasz przyjazd zbiega się z przyjazdem autokarowej grupki włoskichturystów. Młodzież ze słonecznej Italiiszybko zapełnia małą salę, w której siedzimy oczekując na nasze wejście. ZamekMalahide z pewnością należy do grupy tych najchętniej odwiedzanych. Jedne grupyzwiedzających odjeżdżają, a w ich miejsce pojawiają się następni spragnieniwrażeń turyści. Zatrudniona w zamku obsługa z pewnością nie ma chwiliwytchnienia.
Przez długie lata zamek Malahide byłnaocznym świadkiem żywotu jednego z największych i najbardziej zamożnychirlandzkich rodów, Talbotów. W obecnych czasach posiadłość jest własnościąpubliczną. Wnętrze ozdobione antycznymi meblami, jest bardzo ładne i bogate.Można w nim podziwiać liczne portrety z Galerii Narodowej. Teoretyczniepowinnam być usatysfakcjonowana, jednak w rzeczywistości zwiedzanie nie sprawiami przyjemności. Zamkowe sale są małe, a nasza grupa bardzo liczna.
Turyści wypełniają praktycznie każe wolnemiejsce. Powietrze jest nieświeże, panuje tłok. Czuję się jak na spędzie bydła.Jestem zła, mam wrażenie, że w tym ścisku zaraz odpłynę. Mam ochotę po prostudarować sobie dalsze zwiedzanie i wyjść. Widzę, że nie tylko ja jestemniezadowolona z panującej sytuacji. Spoglądam ukradkiem na Połówka i widzęgrymas na jego twarzy – wiem, co oznacza. Całą sytuację pogarszają jeszcze małerozwrzeszczane dzieci, które skutecznie zakłócają słowa przewodnika (notabenenagrania, którego słuchamy). W efekcie nie mamy sposobności, aby dokładniezapoznać się z wystrojem wnętrza. Jest zwyczajnie za dużo ludzi. Kiedy naszagrupa opuszcza zwiedzaną salę i przechodzi do drugiej, my postanawiamy chwilkęzostać i przyglądnąć się meblom. Takie rozwiązanie nie jest niestety dobre, bokiedy po paru minutach docieramy do kolejnego pomieszczenia, odtwarzany tekstjuż dawno sobie leci, więc znów nie mamy okazji zapoznać się z historią zamku.
Bardzo pobieżnie przeciskamy się przezkolejne sale zamkowe i z wielką ulgą docieramy do ostatniego pomieszczenia.Zwiedzanie zamku jeszcze nigdy nie było dla mnie takie uciążliwe i denerwującezarazem. W ostatnim pomieszczeniu zwanym Grand Hall (Salą Główną) panują lepszewarunki. Tłum, który zostawiliśmy w tyle na szczęście jeszcze tutaj nie dotarł.Z zainteresowaniem więc oglądamy wielkie malowidło Jana Mycka, przedstawiającebitwę nad rzeką Boyne. To właśnie w dniu bitwy (14 VII 1690) w tej właśniesali, przy ogromnym stole zasiadło do śniadania czternastu członków rodzinyTalbotów. Pewnie nie domyślali się, żeten wspólny posiłek jest ich ostatnim. Zanim ucichły artyleryjskie działa,wszyscy już nie żyli. Oprócz wspomnianego obrazu, w westybulu znajdują siętakże portrety krewnych Talbotów. Jak to często bywa – we wnętrzu zamkuobowiązuje zakaz robienia fotografii. Więc nie robię. Nie mam zatem żadnejfotki przedstawiającej zwiedzane sale. Z upodobaniem natomiast fotografujemyzewnętrzną część Malahide Castle. Tło jest idealne, więc turyści namiętniepstrykają fotki.
Mimo iż jest już późne popołudnie, ciąglejest tłoczno. Kiedy kierujemy się w stronę naszego parkingu, spostrzegamy, iżod momentu naszego przybycia, zapełnił się kolejny parking. Widać, żedublińczycy i turyści z przeróżnych zakątków Irlandii upodobali sobie tomiejsce.