Kiedy Spóźnialska Koleżanka niespodziewanie zadzwoniła domnie z pytaniem, czy mogłaby mi za parę dni podrzucić swoje wesołe potomstwo,zdążyłam wyjąkać jedynie mało inteligentne „Yyyyyyyyy”, po czym zawiesiłam sięna kilka minut, by w wyobraźni przejrzeć mój grafik. Wynik mojej umysłowejoperacji był dla Mary jak najbardziej korzystny: „Tak, da się to załatwić!”.Spóźnialskiej Koleżance spadł kamień z serca. Wydała z siebie głębokiewestchnienie, które pewnie w zamierzeniu miało zobrazować jej wielką ulgę, atymczasem mało co nie zdmuchnęło mnie z nóg. Pokrótce przedstawiła mi sytuację,po czym ustaliłyśmy detale i pożegnałyśmy się.
Po zakończeniu rozmowy z Mary doznałam nagłego olśnienia.Wreszcie do mnie dotarło, że nie przyszłam na ten świat bez celu. Mojądożywotnią misją jest wybawianie Spóźnialskiej Koleżanki z opresji. Niepierwszy i [zapewne!] nie ostatni raz uratowałam jej życie. Nigdy mi to jednaknie przeszkadzało, jako że już od pierwszej minuty naszego spotkania zapałałamdo niej wielką sympatią. Ponad dwuletnia historia naszych relacji to nie tylkodługie pogawędki i beztroskie momenty, lecz także wspólne wspieranie się ipomoc. Czyli po prostu samo życie.
Tym razem moja misja miała polegać na godzinnymprzypilnowaniu dzieciaków Mary. W umówiony dzień, po skończeniu pracy, wpadłamdo domu i od razu przystąpiłam do zmiany stroju na nieco wygodniejszy. Niemiałam zbyt dużo wolnego czasu. Za kilkanaście minut miała się pojawić Mary ijej pociechy. I tak też się stało. Tuż przed osiemnastą zjawili się moi goście.Spóźnialska Koleżanka przytaszczyła ze sobą wielką torbę łakoci, zabawek ianimowanych filmów dla dzieci, a mi na kilka sekund zapaliła się czerwonakontrolka. „Jeeez, ona chyba chce je tu zostawić na cały miesiąc” – pomyślałamspanikowana, ale ostatecznie porzuciłam tę absurdalną myśl. Po wypakowaniu ztorby połowy domu, rozgorączkowana Mary ulotniła się i z piskiem opon ruszyła wkierunku swojego miejsca pracy – szkoły, w której miało odbyć się jedno z tychznienawidzonych przez nauczycieli spotkań.
Ja tymczasem wolnym krokiem przebywałam drogę do salonu,obmyślając przy tym strategię, która pozwoliłaby mi w spokoju przeżyć tęgodzinę z dziećmi. Bez spazmatycznego płaczu. I bez krzyku. Dzieci mimo że sądo mnie przyzwyczajone, nie cierpią chwil takich jak ta, kiedy nie ma z nimirodziców. Są do nich ogromnie przywiązane, a momenty rozstań oznaczają główniejedną rzecz - jeden W I E L K I lament.Nigdy nie kończący się płacz jednego dziecka jest jeszcze dla mnie znośny. Wwykonaniu dwójki to już Armagedon. Sajgon! Kaplica!
Na szczęście nie było tak źle, jak się obawiałam. Dziecibyły jakby lekko onieśmielone nowym otoczeniem, ale nie na tyle, by im toprzeszkodziło w zabawie. Zgodnie z zaleceniami Mary włączyłam dziewczynkom dvd,co z kolei – zgodnie z jej przewidywaniami – całkowicie je pochłonęło. Zuwielbieniem wpatrywały się w nasz ogromny telewizor i zapewneczuły się tak, jak ja, kiedy jako małe dziecko po raz pierwszy trafiłam dokina. Usatysfakcjonowana przebiegiem wydarzeń, przysiadłam na sofie, by razem zdziećmi przenieść się w świat oglądanej przez nas bajki.
Z głośników wydobywała się wesoła melodia „Rudolph, theRed-Nosed Reindeer”, kiedy zachrzęścił zamek w drzwiach wejściowych, a po chwilipojawił się Mój Połówek. Spostrzegł mnie i już żwawo ruszył w moim kierunku, bytradycyjnie rozpocząć nasz „rytuał powitalny”. Na jego widok wypadłam z pokojuniczym wystrzelona z katapulty. Bynajmniej nie po to, by rzucić mu się wramiona, lecz „ustrzec” przed nim dzieci. Obawiałam się, że widok obcego imfaceta wywoła u nich lęk i płacz, a do tego za nic na świcie nie chciałamdoprowadzić. W ułamku sekundy znalazłam się na korytarzu, wciągając Połówka dokuchni, a przy tym konspiracyjnie i stanowczo oznajmiając mu, że nie wejdzie dopokoju. No chyba, że po moim trupie. I na znak protestu zabarykadowałam przejściewłasnym ciałem.
Niczym dwa osły upieraliśmy się przy swoim. On, że jegodzieci się nie boją i że ma z nimi dobry kontakt. Ja, że je wystraszy. Kiedytak spieraliśmy się, usiłując postawić na swoim, do kuchni niespodziewaniezawitała Młodsza Pociecha. Weszła, popatrzyła na Połówka, on na nią i… zamiastoczekiwanego przeze mnie płaczu, nastąpiło coś zupełnie przeciwnego. Po tymwydarzeniu nie było już sensu izolować Połówka. Udaliśmy się do salonu, gdzieczekała Starsza Pociecha. I ona zareagowała bardzo pozytywnie. Czegoś takiegosię nie spodziewałam! Zamurowało mnie. Z opadłą szczęką patrzyłam na to, co siędzieje i z niedowierzaniem przecierałam oczy. Dwie małe pannice, lekkorumieniąc się, śmiały się w głos, piszczały i wygłupiały się z moim facetem.Najwyraźniej świetnie się bawiły. Mój Połówek też. Wygłupiając się i robiączabawne miny doprowadzał je do głośnego śmiechu, a one nagle straciły zainteresowanietelewizorem. Wpatrzone w niego niczym w ósmy cud świata, kryły się od czasu doczasu za poduszkami, śmiejąc się i ukazując przy tym komplet śnieżnobiałychzębów.
Zabawa trwałaby pewnie jeszcze długo, gdyby nie powrótMary. Ciągle zszokowana, zaprosiłam ją do środka na herbatę i opowiedziałam otym, co przed chwilą miałam okazję oglądać. Tak jak się spodziewałam - było todla niej nietypową nowiną. Najlepszy moment nastąpił jednak przy zbieraniu siędo wyjścia, kiedy Młodsza Pociecha postanowiła na pożegnanie soczyście ucałowaćMojego Połówka! Starsza nie odważyła się na taki śmiały krok. Wstydliwiechowała się za matkę, raz po raz spoglądając na stojącego przed nią faceta,jakby ciągle biła się z własnymi myślami: pocałować czy nie pocałować?
Szok, Drodzy Państwo! Po prostu szok!
Nie taki Połówek straszny, jak go Taita maluje, co?
I to tyle w tym temacie!