Do Donegalu jechaliśmy w wyraźniewytyczonym celu: zobaczyć jak najwięcej. Naszym marzeniem było objechanie całegohrabstwa, a zaznaczyć trzeba, że należy ono do czołówki tych największych.Mieliśmy na to niewiele czasu, jednak udało się. Wczesne rozpoczynanie dnia ipóźne jego kończenie sprawiło, że w ostatnim dniu naszego urlopu z ulgąmogliśmy powiedzieć sobie, iż objechaliśmy cały Donegal.
Na naszej drodze spotykaliśmy oczywiściemiejsca mniej lub bardziej urocze, widoki mniej lub bardziej zapierające dech wpiersiach. Były takie zakątki, z których nie mieliśmy ochoty odjechać, jak itakie, gdzie byliśmy zaledwie kilkanaście minut, bo uznaliśmy, iż dłuższeprzebywanie w nich jest stratą czasu.
Wielkim rozczarowaniem był dla mnie MalinHead, najbardziej wysunięty na północ punkt Irlandii. Nie mogę powiedzieć,czego dokładnie po nim oczekiwałam, ale na pewno nie tego, co tam zastałam. Nacyplu znajduje się zrujnowana latarnia sygnałowa, niedaleko biegnie ścieżkaprowadząca do Hell’s Hole i to wszystko… Widoki rozciągające się z tego punktusą mocno przeciętne i turyście, który zwiedził już spory kawałek Zielonej Wyspy,nie oferują nic nowego. Ot, pejzaż, jakich w Donegalu i całej Irlandii wiele.
W zeszłym roku miałam okazję stanąć nakrańcu Mizen Head, punkcie najbardziej wysuniętym na południowy-zachód Irlandiii muszę przyznać, że zakochałam się w tamtejszej scenerii. Malin Head wypadłblado w moich oczach. Po minucie stania na cyplu miałam dość powiewania nawietrze niczym bezwiedna chorągiewka i z ulgą schowałam się do ciepłego samochodu.
W życiu nie miałam do czynienia z TAKgwałtownym wiatrem, jak tamtego dnia na Malin Head. Obserwując innych turystówprzybywających na ten sławny cypel jedynie utwierdziłam się w przekonaniu, iżzrobił on na nich podobne wrażenie jak na mnie. Mizen Head jest piękny, stromyi majestatyczny. Malin Head jest zupełnie przeciętny. Dużo większe wrażeniewywarł na mnie chociażby Horn Head.
Kolejnym rozczarowaniem naszej wyprawy, chybanawet większym od tego wyżej wymienionego, był końcowy rezultat namiętnychposzukiwań dwóch grobowców megalitycznych, specjalnie dla których zahaczyliśmyo hrabstwo Tyrone. Po półtorej godzinie błądzenia i intensywnych poszukiwańtego, co miało być imponującymi i majestatycznymi megalitami, z pomocąlokalnego mieszkańca trafiliśmy do żałosnego stosu kamieni dumnie noszącychnazwę Ołtarza Druida i Jaskini Todda. Najwyraźniej w oczekiwaniu na nas zdążyłysię zawalić. Niestety.
Natomiast bardzo miłym zaskoczeniem okazałysię dla mnie klify Bunglass, bardziej znane jako Slieve League, drugie co dowielkości irlandzkie klify. W tym wypadku nie nastawiałam się na rewelację. Nielubię, wręcz nie znoszę Cliffs of Moher, bo to doskonały przykład na najbardziejskomercjalizowaną atrakcję Irlandii i nie oczekiwałam, iż Slieve League podbijąmoje serce. Tymczasem to, co zobaczyłam, sprawiło, że zakochałam się w nich odpierwszego wejrzenia. Są fantastyczne!
Trzy razy wyższe niż „Mohery”, są wedługmnie zdecydowanie bardziej urokliwe. W połączeniu z błękitną wodą stanowiąniesamowitą mozaikę barw. Prezentowały się cudownie, mimo iż nie widziałam ichzdecydowanie najładniejszego oblicza, które jest zasługą rozległych połacikwitnących wrzosowisk. Po rozkwitających wrzosach zostało już tylkowspomnienia, ale klify mimo to urzekają. Mogłabym tam spędzić cały dzień.Subtelny szum morza, nieziemskie widoki, ciepłe promyki słońca i przedewszystkim BRAK tłumów, które zawsze są na oklepanych „Moherach”.
Miejsce zdecydowanie warte polecenia!