Ostatnie trzy tygodnie były niesamowicie ładne. Słońce raczyło tubylców ciepłymi promieniami, dni znacznie się wydłużały, a na nieco umęczonych nietypową zimą twarzach Irlandczyków coraz częściej pojawiał się szeroki uśmiech. W większych i mniejszych miastach wrzało. Trwały przygotowania do corocznych obchodów siedemnastego marca. Ludzie zaciskali kciuki, licząc, że aura nie zawiedzie. Nie zawiodła.
Środowy poranek był kapryśny. Zupełnie tak, jak gdyby matka natura zastanawiała się, czy zesłać tubylcom deszcz, czy uraczyć ich kolejnym pięknym dniem. Wreszcie zdecydowała się na coś pośrodku – lekko zachmurzone niebo, ale jednocześnie pozbawione deszczowych chmur. Ludzie odetchnęli. Wylegli na ulice w kurtkach podszytych wiatrem, w wiosennym obuwiu i głowach osłoniętych jedynie ozdobnymi, trójkolorowymi lub jednobarwnymi, zielonymi kapeluszami, w jakich paradują irlandzkie skrzaty, leprechauny.
Main street, główna ulica miasta. Dziwnie pusto i spokojnie. Rzadko gdzie można natrafić na człowieka. Pozamykane sklepy i urzędy. Pustki na placach zabaw i małych skwerkach, gdzie można usiąść i odpocząć. Wszyscy zgromadzili się przy jednej z sąsiednich ulic. Przy barierkach tłoczą się mali i duzi, każdy próbuje znaleźć sobie jak najbardziej dogodne miejsce do obserwacji. W tym celu część osób wspina się na parapety, kubły z odpadkami, ławki i wszelkiego rodzaju podesty.
Brzdące spoglądają na świat z perspektywy ramion rodziców. W rękach pomachują narodowe flagi Irlandii, a nierozłączna kolorystyczna trójca: zieleń, biel i pomarańcz gości nie tylko na ubraniach, kapeluszach, lecz także na włosach i twarzy. I wcale nie jest tak zielono, jak być powinno – sporo osób wcale się nie przebrało. Stoją tak, jakby to był jeden ze zwyczajnych dni. A przecież nie jest. Wszyscy zgromadzili się tutaj, bo to Saint Patrick’s Day, Dzień Świętego Patryka, patrona Irlandii.
Kim był główny zainteresowany – bohater tej środowej parady? Co ciekawe, nie był on Irlandczykiem a Walijczykiem. Jego pierwszy kontakt z Irlandią był nieco niefortunny. Znalazł się tu nie z własnej woli, a z woli piratów – to oni uprowadzili go w wieku szesnastu lat, a następnie sprzedali do irlandzkiej niewoli. Przez sześć długich lat pasł owce i cierpliwie znosił swój los, zanim udało mu się uciec i powrócić do rodzinnego kraju. Podjął studia teologiczne, przyjął święcenia, poddał się najbardziej surowej ascezie. I… wrócił do Irlandii. Wrócił z misją. Ponoć w swoich snach słyszał błagalne prośby Irlandii, aby nawrócił pogan na chrześcijaństwo.
Patryk, dzielny misjonarz, przybył na Zieloną Wyspę, i pewnie włosy mu się na głowie zjeżyły, kiedy zauważył, że królują tu pogańskie wierzenia i rytuały. Był jednak na tyle mądrym i inteligentnym człowiekiem, że udało mu się dokonać niesamowicie ważnej rzeczy – dokonał pokojowej chrystianizacji. Nawrócił Irlandię bez rozlewu krwi. Znalazł złoty środek - to on zapewnił mu sukces, a także „nieśmiertelność”. Mimo że święty zmarł dawno temu, jego pamięć czci się do dzisiaj. Ciągle pamięta się jego delikatne i pomysłowe metody nawracania. Zamiast zwalczać istniejące miejsca kultu i pogańskie praktyki, on podbudował je fundamentem nowej, chrześcijańskiej wiary. Nowa religia respektowała głęboko zakorzenione przekonania, zatem nie było powodów do kłótni i rozlewu krwi. Druidzi zostali przemianowani na biskupów, a – co ciekawe – pogańska bogini płodności, Brigid, stała się świętą Brygidą, by wraz z Patrykiem patronować i chronić Irlandię.
Co roku w ostatnią niedzielę lipca tłumy pielgrzymów nie tylko z Irlandii, lecz także z zagranicy przemierzają, często boso, trudny szlak, by dostać się na szczyt Croagh Patrick, „świętą górę” Irlandii leżącą w hrabstwie Mayo. To tutaj święty Patryk spędził 40 dni i 40 nocy, tocząc zaciekłą walkę z legionem złych duchów. Oczywiście odniósł zwycięstwo. Od tego momentu szczyt góry przestał być poświęcony pogańskiemu bożkowi. Miejsce tego bóstwa zajął chrześcijański Bóg.
Świętemu Patrykowi przypisuje się inny niezwykły czyn. Mówi się, że to on wypędził z Irlandii wszystkie węże. Czy to prawda, ciężko powiedzieć. Prawdą jest stwierdzenie, że węży tutaj nie ma. Ale… prawdopodobnie nigdy ich tu nie było. Należałoby się raczej dopatrywać symbolicznego znaczenia tego stwierdzenia: wypędzenie węży miałoby oznaczać położenie kresu pogańskim praktykom.
Dlaczego właśnie 17 marca? Bo to najprawdopodobniej właśnie wtedy umarł święty Patryk. Odszedł w 460 roku, po prawie trzydziestu latach swojej działalności na irlandzkiej ziemi. Myślę, że umierając, był szczęśliwy. Wykonał swoje zadanie, nawrócił Irlandię, mógł z uśmiechem na twarzy uznać swoją misję za zakończoną.
To było kiedyś. Współcześnie jest zupełnie inaczej. Zmieniły się czasy, zmieniły się obyczaje. Zmieniła się też sama Irlandia – napływ różnorakiego rodzaju ludności, nieraz z odległych krajów, nie pozostał obojętny dla tej wyspy. I choć Zielona Wyspa nadal jest krajem chrześcijańskim, wiara i religia mają już nieco inny wymiar. Kościół walczy z mniejszymi i większymi skandalami, a Irlandczycy na swój sposób czczą pamięć o świętym Patryku. Dla jednych to tylko płytkie czynności: parada, dobra zabawa, picie rodzimych trunków. Dla drugich to coś więcej – to msza w kościele, modlitwa w skupieniu, pamięć o misjonarzach, swoich bliskich przebywających za granicą, umiar w zabawie i piciu. I chyba postawa tych drugich byłaby bliższa świętemu Patrykowi.