Zastanawialiście się kiedyś, co jestgłównym symbolem Irlandii? Na to pytanie można by udzielić kilka, jeśli nawetnie kilkanaście diametralnie różnych odpowiedzi. Dla jednych byłaby towszechobecna zieleń, dla drugich koniczynka, dla jeszcze innych deszczowa aura,harfa, okrągła wieża, Guinness, leprechaun, albo… owce.
Jakie są irlandzkie owce, każdy widzi. Aszczególnie ten, kto mieszka na Zielonej Wyspie. Bo zobaczyć owce wcale, ale towcale nie jest trudno. Na tutejszych pastwiskach wypasa się jakieś 11 mlnowiec. Imponująca liczba, szczególnie biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary tejwyspy.
Irlandia słynie ze szmaragdowych wzgórz, atakże z miękkiego i puszystego dywanika wyścielającego tutejszą ziemię. Pada tudość często, nierzadko obficie. Blisko 70% powierzchni tej wyspy to terenyrolnicze. Dlaczego więc Irlandczycy mieliby nie wykorzystać sprzyjającychwarunków do hodowli owiec?
Mimo że wychowałam się na wsi i miałamkontakt z wieloma zwierzętami, w Polsce nigdy nie widziałam tak wielu owiec.Można by było policzyć je na palcach jednej ręki. Tutaj już w parę dni poprzyjeździe zobaczyłam ich więcej, niż przez całe swoje życie. Bo trzeba Wamwiedzieć, że te sympatyczne stworzenia są wszędzie.
Jeśli wybierzesz się na samotną wędrówkę poodludnych wzgórzach prawdopodobieństwo, że spotkasz tam owce jest niezwyklewysokie.
Czasem mam wrażenie, że nie ma takiegozaułka, do którego nie dostałaby się owca. Czasem jestem niemalże pewna, żeirlandzkie owce za punkt honoru stawiają sobie zdobycie jak najbardziejodległych szczytów, trudnych wzgórz i skałek.
Nie straszne im góry, nie cierpią na lękwysokości. Ze swoim napędem na cztery kopyta dostaną się wszędzie. Lubują sięw pięknych widokach, zatem często możnanatrafić na nie w malowniczych miejscach. Zdarza się, że odznaczają się zmysłemartystycznym i w ciszy kontemplują zapierające pejzaże zapierające dech wpiersiach ;)
Są różne. Mniej lub bardziej kudłate.Większe i mniejsze. Masywne i drobne. Czasami czarne, biało-czarne lub brązowe,najczęściej zaś białe. Bardziej lub mniej ładne.
Nie trzeba być super znawcą, by zauważyć,że w różnych regionach wyspy różne są też owce. Farmerzy wiedzą najlepiej, jakdobrać rodzaj owiec do swoich potrzeb. Wiedzą, które mają najsmaczniejszemięso, które są najbardziej odporne i wytrzymałe na trudne warunki, wreszcie -które przyniosą im największy zysk. Wiedzą też co trzeba zrobić, kiedynowonarodzonym nieszczęśnikom zdechnie matka – wtedy w ruch idą dziecięcebutelki z mlekiem i substytutem owczego mleka. Każda sztuka, każde jagnię jestna wagę złota.
Pomimo tego że to właśnie jagnięta generująfarmerom największy zysk, bardzo wiele owiec hoduje się do późnej starości. Niez sympatii i sentymentu, a z bardziej prozaicznej przyczyny. Za każdą sztukęnależy się hodowcom roczna premia w wysokości kilkudziesięciu euro. To właśniem.in. dlatego irlandzka ziemia żywi obecnie siedem razy więcej owiec niżdwadzieścia lat temu.
Co ciekawe, plotki głoszą, że cosprytniejsi farmerzy zamieszkujący tereny przygraniczne między Republiką aIrlandią Północną, znaleźli dodatkowe źródło dochodu. Na czas kontroli komisjipaństwowej zliczającej posiadane owce, farmerzy powiększają liczbę swojegoinwentarza… wypożyczając stada od sąsiadów. Nie wiem jednak, ile jest w tymprawdy.
Owce są nieodłącznym elementem irlandzkiegokrajobrazu. Czasem bardzo niebezpiecznym. Kryją się wśród bujnych krzaków,wybiegają na drogę, skaczą. Czasem wprost pod koła samochodu.
Tutejsi kierowcy muszą szczególnie uważać wtypowo wiejskich okolicach, na typowych dla Irlandii wąskich dróżkach. To nic,że pastwiska są najczęściej ogrodzone i zabezpieczone. Irlandzka owca jest jakJames Bond. Jak MacGyver. Sforsuje ogrodzenie, przeciśnie się, przeskoczy,pokona każdą przeszkodę. Niczego się nie boi. A już na pewno nienadjeżdżającego samochodu. Śpi zatem na środku jezdni, a kiedy skonsternowanykierowca zatrzymuje swój pojazd, owca podnosi leniwie jedną powiekę, spoglądalekceważąco, po czym wraca do snu. Jakie to irlandzkie :)
Wśród irlandzkich owiec zdarzają sięosobniki buńczuczne. Jakiś czas temu miałam świetną okazję przekonać się, skądwzięło się powiedzenie: „uparty jak baran”. Jechaliśmy wiejską dróżką gdzieś whrabstwie Donegal, kiedy natrafiliśmy na nietypową barykadę. Naprzeciwkonaszego samochodu stanął imponujący baran. Wypiął dumnie swą kudłatą pierś inie spuszczając nas z oczu tupnął chyba ze dwa razy kopytami, co nas niebywalerozbawiło. Nie miał zamiaru zejść na pobocze. Długo mierzył nas wzrokiem, bywreszcie odpuścić. Udało nam się uwiecznić go dla potomności. Oto i on:uparciuch żartobliwie nazwany przez nas Tupakiem.
Lubię te irlandzkie owce. To taki włochatysymbol Zielonej Wyspy występujący nie tylko na pastwiskach, lecz także nakoszulkach, kubkach, breloczkach, czapkach i innych turystycznych gadżetach.
Przyzwyczaiłam się do nich i chyba niewyobrażam sobie tego kraju bez jagniąt, owieczek i baranów. Irlandia bez owiecto jak Flip bez Flapa. To jak Butch Cassidy bez Sundance’a Kida.
***
Więcej fotek sympatycznych owieczek walbumie „Irlandzkie owce” po lewej stronie bloga.