czwartek, 11 listopada 2010

Jesienno-irlandzkie smęty

Gdyby ktoś się zastanawiał, co tam ciekawego w Irlandiisłychać, już spieszę z odpowiedzią. „Piękna”, deszczowa jesień w pełni. Każdydzień zaczyna się praktycznie tak samo: kropi rano, pada po południu, leje jakz cebra wieczorem. A do tego potwornie niskie temperatury i niesamowicie silnywiatr dochodzący nawet do 140 km/h. Coraz częściej mam ochotę ewakuować się stąd dojakiegoś ciepłego kraju i wrócić dopiero za parę miesięcy. Tak paskudnejjesieni już dawno nie mieliśmy. A to dopiero przedsionek piekła. Zima jeszczenie przyszła. Drżyjcie mieszkańcy Zielonej Wyspy.  Jeśli sprawdzą się prognozy przepowiadająceostrą zimę, to będziemy mieć tu mały Armagedon: zwiększoną liczbę wypadków nadrogach, popękane rury w domach i pozamykane szkoły.

 

Kiedy wieczorem kładę się do łóżka, mam wrażenie, że bioręudział w jakimś kiepskim horrorze. Za oknem przeraźliwe jęki wiatru, brakujetylko gałęzi złowieszczo uderzających w szyby i podejrzanej gry cienipadających na ścianę w mojej sypialni. Efekty dźwiękowe, mogące przyprawićsłabszych psychicznie o stan przedzawałowy, już są. A wszystko za sprawą podmuchówwiatru wpadających do domu przez…  letterboxa, otwór na listy znajdujący się w drzwiach wejściowych na parterze. I wbrewpozorom nie jest to subtelny odgłos, a mocne trzaśnięcia, któreniewtajemniczonemu domownikowi mogłoby się wydać na przykład próbą włamania. Terazjuż się do nich przyzwyczailiśmy, ale na początku reagowaliśmy tak, jakbyśmywłaśnie usiedli na fotelu naszpikowanym igłami.

 

Kolejna klątwa tej jesieni to popsute ogrzewanie w domu,działające tylko częściowo. Czuję się jak w igloo i wyglądam jak Eskimos.Przewiewne koszule nocne musiałam zamienić na skarpety frotte i ciepły dres. Dołóżka wchodzę tylko w towarzystwie termofora, mając nadzieję, że przez noc niewejdę w stan hibernacji. Pochłaniam hektolitry gorącej herbaty i poważnie myślęo kupnie kombinezonu narciarskiego.

 

Budzą się we mnie mordercze żądze, kiedy mam do czynieniaz niepunktualnymi i niesłownymi Irlandczykami. Specjalista od naprawy bojlerówokazał się sprośnym gburem i specjalistą tylko z tytułu. Najpierw długo inieruchomo wpatrywał się w bojler, aż można było pomyśleć, że ma we wzrokulaser i właśnie jest w trakcie jakiegoś procesu naprawczego. Więc spokojniegotowałam obiad i bałam się oddychać, aby mu przypadkiem nie zakłócić tegoarcyważnego procesu. Potem poprosił o nóż, na co ja mu pokazałam cały mój zbiórostrego sprzętu, którego nie powstydziłby się nawet Dexter Morgan. Pan pogrzebałnożem przy bojlerze, utłuścił palcami i wsunął go z powrotem do suszarki nasztućce. Jak gdyby nigdy nic. Zarazki gratis. A potem stwierdził, że jakogrzewanie nie będzie działo, to mam trzy razy nacisnąć reset. I tyle. On tutajmusi jeszcze wrócić z częściami do bojlera. Zatem zadałam mu całkiem niewinnepytanie „so, when are you coming??”, a ten mając w głowie jakieś kosmate myśli,sprośnie się roześmiał po raz pierwszy w trakcie całej swojej wizyty inonszalancko stwierdził, że tego to on jeszcze dokładnie nie wie, ale będziejutro. A najpóźniej w poniedziałek. Od „jutra” minął już tydzień. A my powolizamieniamy się w sople lodu i nastawiamy się psychicznie na rozpalenie ogniskaw domu.

 

Kolejny przykład irlandzkiej niesłowności. Dzwonek dodrzwi. Wychylam się z domu, a tu stoi przede mną elegancik z teczką w ręku,wypisz-wymaluj John Cusack. No to wysuwam pierś do przodu, ręce wsuwam dotylnych kieszeni jeansów i pytam w czym mogę pomóc.

- Strasznie zimno jest dzisiaj…, wydzwonił zębaminieznajomy.

- No niestety. It’s freezing cold, przytaknęłam, ale żeakurat byłam w trakcie przygotowywania obiadu i w ogóle się spieszyłam, bo zanieco ponad godzinę musiałam być już na zajęciach, nie zaproponowałam Cusackowiwejścia do domu.

Blah, blah, blah, on jest z Airtricity [jednego zdostawców energii] i chciałby mi zaproponować korzystne upusty. Czykiedykolwiek słyszałam o tym dostawcy energii?

- Yyy, słyszałam, słyszałam. Tak się składa, żepodpisaliśmy z Wami umowę, ale potem zrezygnowaliśmy, więc szczerze mówiąc niejestem zainteresowana… Teraz jesteśmy w BordGáis i nie planujemy zmiany dostawcy.

- No, ale my tu mamy teraz superzniżki. Blah, blah, blaaaaah. Proszę mi pokazać pani rachunek, ja pani wszystkoobjaśnię i wytłumaczę… A dawno temu zrezygnowaliście?

- Phhh, ze dwa, trzy miesiącetemu??

- Blah, blah, blaaah….

 

Cusack nie daję za wygraną, dwoisię i troi i patrzy na mnie tymi swoim oczami kota ze Shreka, aż w końcu,zamiast być asertywną, robię coś, co w zasadzie i tak nie ma sensu, bo przecieżnie planujemy zmiany dostawcy energii. Proponuję mu, żeby wpadł za jakieśdziesięć minut, kiedy Połówek wróci z pracy, bo tak naprawdę to on zajmuje sięwszystkimi rachunkami. Twarz Cusacka rozświetla się niczym niebo w sylwestrowąnoc. Ochoczo obiecuje, że z pewnością wpadnie za 10 minut. To się lepiejpospiesz, dodaję w myślach, bo potem nas nie będzie w domu.

Czy muszę dodawać, że minąłkwadrans, potem kolejny i jeszcze kolejny, a Cusack już się nie pojawił?

 

Jego strata.

 

A czy mówiłam Wam już, że towielce niesprawiedliwe, iż macie teraz długi weekend? No!