Takiego nietypowego gościa w moim ogródku zdecydowanie się nie spodziewałam. Gdyby tego samego ranka ktoś podsunął mi pod nos ankietę z zapytaniem: „Na kogo dzisiaj przez przypadek trafisz?” i z odpowiedziami takimi jak:
a) czterorogą owcę,
b) Baracka Obamę,
c) łasicę,
d) ufoludka
zdecydowanie wybrałabym b. Miałabym ku temu co najmniej kilka powodów. Bo po pierwsze on jako jedyny nie pasuje do pozostałych odpowiedzi [a ja pewnie upatrywałabym się jakiegoś podstępu i podchwytliwości], po drugie – świat jest przecież taki mały, a po trzecie – on ma przecież irlandzkie korzenie [nie mówcie, że nie zauważyliście tego uderzającego podobieństwa do typowego Paddy’ego?!]. No i rzecz najważniejsza – za parę dni w Moneygall, rodzinnej wiosce przodków Obamy, miał odbyć się Obama Country Fest, więc pewnie pomyślałabym, że prezydent USA zrobi niespodziankę swoim wielbicielom i zaszczyci ich obecnością. A ja jakimś dziwnym zrządzeniem losu będę tego świadkiem.
Bardzo bym się myliła.
Wieczorem tego samego dnia stojąc w kuchni i krojąc warzywa na sałatkę kątem oka dostrzegłam coś, czego mój umysł nie chciał zatwierdzić i zaakceptować. Ze zdziwienia mało co nie odcięłam sobie palca. I dobrze, że tak się nie stało, bo z pewnością nikt nie doceniłby faktu, że tym razem do sałatki dorzuciłam od siebie coś więcej niż zwyczajne składniki.
Gdyby zrobiono mi w tamtym momencie zdjęcie, kiedy w szoku niemalże przecierałam oczy, a później porównano je z fotką karpia i kazano komuś znaleźć kilka podobieństw, gwarantuję Wam, że jako pierwszą wskazałby naszą minę.
Spod szopy w ogródku wychyliła się mała ciekawska główka z szyją dziwnego stwora, rozejrzała na boki i na moment zastygła w bezruchu, tak jak nieraz po wyjściu z domu roztargniona pani domu zastanawia się, czy aby na pewno wyłączyła żelazko i uruchomiła alarm. Najwidoczniej futrzany peryskop uznał, że nie zlokalizowano żadnego niebezpieczeństwa, bo chwilę później stwór wyszedł na światło dzienne w całej okazałości.
Żeby było śmieszniej, w ogródku jak co dzień zresztą, przebywały koty, no ale najwidoczniej w oczach stwora wyglądały nad wyraz łagodnie lub zostały sklasyfikowane jako „taki przeciwnik to nie przeciwnik”. Jeszcze śmieszniej było wtedy, kiedy te same koty, tak na oko ze dwa-trzy razy większe i cięższe, w popłochu uciekały gdzie popadnie, kiedy stworzenie ruszyło w ich kierunku, poruszając się w przezabawny sposób.
I wtedy mnie oświeciło. Wiem! Wiem, co to za zwierz! Przypomniało mi się, że znam go ze słyszenia. Słyszałam o nim w dzieciństwie. Za każdym razem, kiedy pojawiał się u nas na wsi, na ludzi padał taki strach jak na Dolinę Muminków wtedy, kiedy pojawiała się w niej Buka. Toż to przecież łasica musi być! To ją starszyzna wioskowa pieszczotliwie nazywała „tą k***ą jedną", która znów nocą zjadła przytulaśnego królika albo żółciutkiego kurczaczka.
Podekscytowałam się tym wydarzeniem jak galerianka wizją nowych spodni i poleciałam do ogródka, żeby mieć lepszy widok, tak na wszelki wypadek jednak nie wypuszczając z ręki noża. Lepiej dmuchać na zimne. Pyton też niekoniecznie wygląda super groźnie, a przecież bez trudu potrafi zjeść człowieka. Strzeżonego Pan Bóg strzeże!
Łasiczka okazała się przekomicznym zwierzątkiem, bardzo przyjaźnie nastawionym do człowieka, przed którym wcale, ale to wcale, nie uciekała. Dobrych manier jej tylko nieco brakowało, bo wykorzystała fakt, że zostawiliśmy otwarte drzwi do ogródka i wparowała do kuchni bez niczyjego zaproszenia. Trochę też „nagadała” Połówkowi, kiedy zagrodził jej drogę butami i lekko nakierował w stronę wyjścia.
Głodna „bida” być musiała, bo węszyła w ogródku niczym pies tropiący, albo świnia za truflami, więc jak nakazuje staropolski dobry zwyczaj, postanowiłam ugościć ją tym, czym chata bogata. A że akurat robiłam wspomnianą na wstępie sałatkę, to miałam pod ręką skórkę z łososia i kawałek pomidora. Skórkę zajumała i uciekła z nią pod szopę, wielce ukontentowana, a na pomidora nawet nie spojrzała. Czyli wszystko w normie. Jak później wyczytałam w sieci, łasice nie gustują w wegetarianizmie.
Ta ucieczka pod szopę dała mi trochę do myślenia. A co jeśli ona tam urządziła sobie mieszkanko? A może ma małe, którym zaniosła tę skórkę? W pewnym momencie już nawet pogodziłam się z myślą, że mam w ogródku łasicę. Jejku, wielkie mi co, jedni mają krasnale ogrodowe, to ja mogę mieć łasiczkę. A poza tym, to kto wie? Może nawet znajdzie się jakiś współczesny Leonardo Da Vinci, który postanowi kiedyś namalować zmodernizowaną wersję obrazu „Dama z łasiczką” ze mną w roli głównej?
Niedługo później okazało się jednak, że łasiczka ma swoje plany. I że wcale nie jest łasiczką, tylko tchórzofretką. I że wydano za nią list gończy.
Taka sytuacja. Udzieliłam schronienia zbiegowi.