sobota, 1 marca 2014

Krok w przeszłość: Bunratty Castle & Folk Park


Jest w Irlandii kilka miejsc uchodzących - czasami słusznie, czasami nie - za największe turystyczne atrakcje tego kraju. Jednym z takich obiektów jest właśnie zamek Bunratty wraz z przylegającym do niego skansenem. Jeśli ktoś po raz pierwszy udaje się na Zieloną Wyspę, prawdopodobieństwo, że trafi właśnie do tego przybytku, jest naprawdę spore. Nie tylko z powodu tego, że zamek leży w dość bliskim sąsiedztwie lotniska Shannon, lecz głównie dlatego, że jest dość nachalnie promowany przez większość przewodników.




Popularność zamku i skansenu przekłada się na ilość odwiedzających. Turystów nigdy tam nie brakuje, mimo że cena wstępu była najwyższą, z jaką spotkałam się w całej swojej kilkuletniej historii zwiedzania tego kraju. Mój plan przechytrzenia tłumów nie do końca się powiódł. Mimo że zerwałam się z łóżka po 6:00, by przybyć na miejsce na samo otwarcie, na zamkowym parkingu przywitał mnie już ciąg samochodów osobowych i autokarów.




Bunratty jest tworem typowo komercyjnym, powstałym na potrzeby turystów. Ale jest też zamkiem pieczołowicie i bardzo ładnie odrestaurowanym, a co za tym idzie - dość wiernie oddającym średniowieczne realia, w jakich żyli jego ówcześni mieszkańcy.




Strategiczne położenie wioski Bunratty przyciągnęło tam nie tylko Wikingów, lecz także Normanów. Ci pierwsi utworzyli tu w X wieku ośrodek handlowy, ci drudzy zbudowali w XIII wieku pierwszą twierdzę. Była to jednak budowla drewniana i niezbyt trwała. Kiedy Thomas de Clare wszedł w posiadanie tutejszych ziem, wzniósł tutaj pierwszy kamienny zamek i sprowadził swoich normańskich kompanów. Oczywiście nie spodobało się to dwóm najmocniejszym w tym regionie irlandzkim klanom - O'Brien i McNamara. Od tamtej pory twierdza była regularnie atakowana.




Kiedy pod koniec XIII wieku jeden z przedstawicieli rodu O'Brien - Brian "czerwonowłosy" - szukał sprzymierzeńca do walki ze zwaśnionym krewnym, udał się po pomoc do Thomasa de Clare. Ten przyjął go do swego zamku jako gościa honorowego. Obydwaj panowie przyrzekli sobie przyjaźń, którą przypieczętowali nawet upuszczeniem krwi do tego samego naczynia. Jeśli Brian myślał, że postępując w ten sposób, idzie do Cannossy, to się mylił. Poszedł, ale do jaskini lwa. Thomas de Clare rozkazał przywiązać swojego nowego "przyjaciela" do dwóch nieujarzmionych koni. O'Brien został dosłownie rozdarty. Jego ciało pozbawiono głowy. Trzy lata później nadszedł odwet ze strony klanu O'Brien. Tak straszny, że mieszkańcy zamku i wioski nie mogli nadążyć z grzebaniem zwłok. To z kolei doprowadziło do epidemii.



Następne dekady to kolejne walki i ataki ze strony irlandzkich klanów. Koniec Normanów nadszedł w 1318 roku w czasie jednej z bitew. To właśnie wtedy zginął syn Thomasa, a żona zmarłego usłyszawszy tę wieść, rozkazała szybko podpalić zamek i wioskę, po czym wskoczyła na statek i odpłynęła w swoje rodzinne strony - do Anglii.




Współczesna wersja zamku jest trzecią lub czwartą wybudowaną w tym miejscu. Bunratty Castle, jaki oglądamy współcześnie, został wybudowany około 1425 roku przez ród McNamara, jednak przez większość swej historii pozostał w rękach rodu O'Brien. Klan doczekał się swojej chwały. Jego członkowie z biegiem historii uznali zwierzchnictwo króla Anglii i uzyskali tytuł hrabiostwa Thomond, czyli północnej części prowincji Munster. Pod koniec XVI wieku Donach O'Brien, znany jako Great Earl, uczynił zamek swoją siedzibą główną, wprowadzając w nim wiele udogodnień. A potem na horyzoncie pojawił się Cromwell i przegonił mieszkańców zamku. Klan O'Brien znalazł sobie inną siedzibę, ale o tym będzie innym razem.




Zamek wraz z jego włościami przechodził z rąk do rąk kolejnych rodzin kolonizatorów. Na początku XVIII wieku twierdzę przejęła rodzina Studdart, pomieszkała w nim jakieś sto lat, po czym przeniosła się go wygodniejszego domu, pozwalając, by zamek popadł w ruinę. A potem w 1953 roku pojawił się lord Gort i zakupił ruiny. To, co z nimi zrobił, możecie zobaczyć na zdjęciach.



Po drewnianych schodach wchodzi się prosto do Main Guard, pomieszczenia przeznaczonego dla żołnierzy i służby, gdzie obecnie odbywają się bankiety na modłę średniowieczną. A potem rozpoczyna się długa i ciekawa wędrówka po wąskich i krętych schodkach. To właśnie tutaj, na tych ciasnych klatkach schodowych, najbardziej odczuwa się obecność innych turystów. Ale to, co wydaje mi się tłumem, najwidoczniej nim nie jest w oczach jednego z pracowników zamku. Na pytanie turysty: Are you busy today? mężczyzna odpowiedział: Not at all. It's very quiet. Jeśli to, co widzę, nie można nazwać dużym ruchem, to ja jestem wdzięczna wszystkim bóstwom tego świata, że nie trafiłam tutaj w szczycie turystycznego natłoku.




Bryła zamku posiada trzy kondygnacje, a w każdym jej rogu znajdują się cztery kilkupiętrowe wieżyczki. Mnóstwo tutaj zakamarków i małych pomieszczeń. Wszędzie widać troskę włożoną w detale, ale nie wszędzie można dotrzeć, bo czasami wejście zagrodzone jest barierką. Zgromadzono tutaj okazałą kolekcję gobelinów i arrasów. Są imponujące meble pochodzące głównie z XV i XVI wieku.  Kaplica, kuchnia, prywatne i gościnne apartamenty hrabiego, lochy - to wszystko znajduje się na trasie zwiedzania, która kończy się na szczycie zamku, skąd można rzucić okiem na pobliskie tereny. Panorama nie rzuca na kolana, ale warto dotrzeć do samego końca.




Przylegający do zamku Bunratty Folk Park zdecydowanie nadaje atrakcyjności i kolorytu całemu kompleksowi. Znajdują się tutaj przeróżne budynki: począwszy od tych naprawdę ubogich, skromnych chatek, przez farmy, młyny, dom lekarza, kuźnię, pocztę, szkołę, aż do szerokiej gamy sklepów. Nie może oczywiście zabraknąć pubu i restauracji, gdzie turyści mogliby się posilić.




Niektóre budynki są zrekonstruowane, inne autentyczne - doskonałym tego przykładem jest Hazelbrook House. To właśnie z tego domu pochodzili bracia Hughes, którzy zasłynęli jako producenci bardzo popularnych lodów HB. Różnorodność budynków doskonale pokazuje różnice społeczne dzielące ówczesnych mieszkańców chatek. Ładnie zrekonstruowana XIX-wieczna uliczka umożliwia rzut oka na irlandzkie życie w tamtym okresie. I naprawdę nie potrzeba nie wiadomo jak wielkiej wyobraźni, by zauważyć, że to były ciężkie czasy - szczególnie dla tych, którzy mieszkali w tych ubogich chatkach krytych strzechą. Wiecznie zaciemnionych, a także wypełnionych zapachem i dymem z palącego się torfu.




Bunratty Folk Park jest żywym parkiem etnograficznym i to jest jego duży plus. Natrafimy tutaj nie tylko na różnorodny inwentarz [psy, kaczki, świnie, konie, daniele], lecz także na mieszkańców i pracowników wioski przyodzianych w stroje odpowiednie dla swojej epoki. W jednym z domków spotkaliśmy kobietę przygotowującą szarlotkę. Kilka minut poświęconych na jej obserwację, wystarczyło by nasze ślinianki zwariowały. Zapewne nie przez przypadek tuż obok ulokowana jest kawiarenka, w której można skosztować wyrobów domowej roboty. Gdyby nie to, że była ona wypchana ludźmi, pewnie skorzystalibyśmy z jej menu.




Nie potwierdzę słów Giovanniego Battisty Rinnuccini, arcybiskupa włoskiego pochodzenia: "Nie waham się stwierdzić, że Bunratty jest najpiękniejszym miejscem, jakie widziałem. We Włoszech nie ma nic, co mogłoby dorównać zamkowi i ziemiom hrabiego Thomond. Nie ma takich stawów i parków z jego trzema tysiącami jeleni", ale przyznać muszę, że warto tu zajrzeć. Spędziliśmy tutaj ponad trzy godziny swojego życia. I nie żałuję żadnej z nich. Niech to będzie dla Was moją rekomendacją.



42 komentarze:

  1. Oooo Jezusie.... Alez tam pieeeknie!!!!!!!!!!! przecudne fotki!!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemne miejsce, to prawda. A co do zdjęć, to staram się, by były przyzwoite. Wielkie dzięki za wizytę i komentarz :) Miłego weekendu życzę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy napisałaś o tłumach i cenie stwierdziłam, że powinnam dziękować przewodnikowi wycieczki na klify, że mieliśmy tylko tyle czasu, aby odwiedzić Pana Klozetowego i szybko sklep z pamiątkami. Oglądając Twoje zdjęcia zmieniłam swoje zdanie. Te chatki kryte strzechą przypominają mi te z Kamminke. Choć nie ukrywam, że Kamminke uwiodło mnie tylko dlatego, że myślałam w nim cały czas o Irlandii i jej chatkach. Uwielbiam takie miejsca. A szarlotka jest moim najukochańszym, najulubieńszym ciastem. Najlepiej na ciepło, z lodami....Ten tea house...No, no. Wiedziałaś, co zamieścić na tych zdjęciach, nie powiem;) Teraz to już nie jestem pewna czy aby na pewno z niecierpliwością oczekiwać tych wszystkich postów w przygotowaniu. Co ja biedna pocznę z moim niezdecydowaniem?;) Nie pozostanie mi chyba nic, jak tylko zasilić szeregi wyspiarzy, żeby mieć wystarczająco dużo czasu na poznanie i zobaczenie wszystkich miejsc.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ Ty potrafisz trzymać w napięciu! We wstępie czuć było taki sceptycyzm, że już myślałam, że miejsce jest przereklamowane, a tu proszę, jakie miłe dla oka chatki :-) Choć z ciekawości właśnie sprawdziłam cennik i faktycznie niezbyt zachęca do odwiedzin. Czy wewnątrz (pub, restauracja) jest równie drogo?

    OdpowiedzUsuń
  5. Prawdę powiedziawszy przez długi czas byłam dość sceptycznie nastawiona do tego obiektu. Odciągałam wizytę w nieskończoność, nie spodziewałam się rewelacji. Miejsce jest bardzo rozreklamowane, a czy przereklamowane? Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie.
    Co do tłumu - było to dość dokuczliwe w czasie zwiedzania zamku. Pewnie doskonale znasz te średniowieczne wąskie i kręte klatki schodowe dla ludzików o małych gabarytach. Kiedy wyszło się na świeże powietrze, tłum nagle znikał jak kamfora. Przypuszczam, że o innych porach roku jest tam spokojniej, ale pewnie też nie tak pięknie. Jak zapewne widać po zdjęciach, ja tam byłam w czasie pełni lata :)

    Na pytanie o ceny w restauracjach nie jestem w stanie Ci odpowiedzieć. Chcieliśmy wejść do tea roomu na szarlotkę i kawę, ale ponieważ jest tam chyba tylko 40 miejsc, to nie było już wolnych krzeseł. Nie lubię jadać w ścisku, więc odpuściliśmy sobie to miejsce. Do pubu nie wchodziliśmy.

    Gdybyś koniecznie chciała tam zajrzeć, to warto wcześniej wykupić bilet. Jest taniej o dobre pięć euro.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdybyś koniecznie chciała się tam pojawić, to polecam rezerwację biletu przez tę stronę: https://www.shannonheritage.com/BookNow/BookTickets.aspx?eid=0097 Zaoszczędzisz pięć euro, jeśli przy niekorzystnych wiatrach nie wezmą Cię za kilkunastolatkę ;) 10 euro to całkiem sprawiedliwa cena za zwiedzenie tak dużego obiektu.

    Dziękować raczej nie powinnaś, bo to ciekawe i warte odwiedzenia miejsce. Nasi goście byli tam w zeszłym roku, atrakcja bardzo przypadła im do gustu. Jeśli lubisz skanseny i powroty do przeszłości, to to miejsce jest dla Ciebie. Tak uczciwie przyznając, jest to największy i najciekawszy tutejszy skansen.

    A daj spokój ;) Właśnie nie wiedziałam, co zamieścić na zdjęciach. Tak to jest, jak się robi po kilkaset zdjęć - potem ciężko wyselekcjonować tylko 20. Odrzuciłam prawie wszystkie z wnętrza zamku i chatek. Czasami mam wrażenie, że jestem gorsza niż azjatycki turysta.

    OdpowiedzUsuń
  7. ~una invitada2 marca 2014 14:49

    na pewno się tam wybiorę jeśli kiedykolwiek dotrę do Irlandii:P uwielbiam skanseny i nie miałam pojecią, że jest tam jakikolwiek. super. a że niedaleko Dublina, to dodatkowy plus.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mamy tu skanseny, jakżeby inaczej. Zaraz pod postem [powiązane notki, pierwszy link] masz odnośnik do Ulster-American Folk Parku w Irlandii Północnej. Też bardzo fajne miejsce. Przypadło nam do gustu.

    Bunratty Castle leży bardzo blisko lotniska Shannon. Żeby się tam dostać z lotniska w Dublinie, musiałabyś przejechać przez całą szerokość Irlandii ;) To grubo ponad 200 km jest.

    OdpowiedzUsuń
  9. ~una invitada2 marca 2014 19:02

    upsss:D
    taito, a gdyby tam pojechać na 3-4 dni, co można jeszcze zobaczyć, co jest warte zobaczenia? warunek, musiałabym przemieszczać się autobusem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jest trochę ciekawych atrakcji w pobliżu. O części już pisałam: replika Yankee Clippera w Foynes Flying Boat Museum: http://taita.blog.onet.pl/2012/11/04/na-irlandzka-kawe-do-flying-boat-museum-w-foynes/, jest zamek Króla Jana w Limericku: http://taita.blog.onet.pl/2010/06/19/na-zamku-krola-jana/, urocza wioska Adare, której poświęciłam sporo miejsca: http://taita.blog.onet.pl/2013/10/14/z-wizyta-w-najladniejszej-irlandzkiej-wiosce-adare-1/, jest Knappogue Castle ze skromnymi ogrodami [o tym dopiero będę pisać za jakiś czas]. Pod postem masz też link do Craggaunowen Project, kolejnego ciekawego miejsca w pobliżu. Niedaleko są najsłynniejsze irlandzkie klify - Cliffs of Moher, jest malowniczy zamek Dunguaire'a [średnio ciekawy w środku, ale ma ładną panoramę ze szczytu]. Jest jaskinia Ailwee: http://taita.blog.onet.pl/2012/06/24/aillwee-cave-czyli-co-wspolnego-z-jaskinia-maja-niedzwiedzie-krowki-i-ptaki-drapiezne/ z wartymi obejrzenia ptakami drapieżnymi. Jest zaciszny kompleks Kilmacduagh z lekko przekrzywioną okrągłą wieżą, równie cichy Dysert o'Dea z wysokim krzyżem i skromnym zamkiem - "wieżą mieszkalną". Długo by wymieniać...

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję bardzo. Nadal do tego momentu nie dotarłam. Utknęłam w Bray i nie mogę ruszyć się dalej;) Kilkunastolatki mają drożej? Jak to?;)

    Hm...niby lubię, ale wybór jest tak duży, że naprawdę nie wiadomo na co się zdecydować. Wczoraj poczytałam o tej tracie pomiędzy Bray a Greystones i stwierdziłam, że to nie daleko. Podobno do przejścia w około 2 h. Prawda to?

    Obawiam się, że mam znowu podobnie jak Ty. Chyba jestem gorsza niż turyści ze skośnymi oczami;) Ale lubię to moje uzależnienie, choć niektórzy twierdzą, że jestem jak dziecko tym moim pstrykaniu foci. Myślę, że to dobrze umieć się tak zachwycać światem. Pięknie móc zatrzymywać dobre chwile na potem. Nigdy nie wiadomo, kiedy się one wyczerpią.

    OdpowiedzUsuń
  12. Chyba niezbyt zgrabnie się wyraziłam. Dzieci do szesnastu lat płacą 8 euro :)

    Wierzę Ci na słowo. Też pewnie miałabym z tym problem. No nie, nie jest daleko: http://visitwicklow.ie/activities/the-cliff-walk-bray-to-greystones/ Zależy od kondycji, ilości przystanków, pogody, ale w dwie godziny, maksymalnie 2,5 powinnaś się uwinąć :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeszcze trochę i będę miała dwa razy tyle, więc nie wiem czy się uda ten przekręt;) Skłaniam się chyba jednak bardziej ku tej tracie niż Bray Head. Bo one chyba są tylko przez chwilę ze sobą połączone, prawda? To będzie dobre na rozruszanie zasiedzianej szanownej;)

    P.S. Oglądasz Oscary czy odpuszczasz?

    OdpowiedzUsuń
  14. Dobry wybór :)

    PS. Nie mogę. Rozsądek podpowiada, by iść spać. Muszę wstać zaraz po 6:30. Właśnie idę wziąć prysznic, a potem to już tylko relaks w łóżku z Harlanem Cobenem :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mój zdrowy rozsądek powinien wziąć z Twojego przykład. Dobrej nocy Taito.

    OdpowiedzUsuń
  16. Urocze są te pyciutkie domki ;-)

    Jak dla krasnali :)

    OdpowiedzUsuń
  17. W porównaniu ze współczesnymi willami faktycznie wydają się być mikroskopijne. Mają jednak swój urok :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Gdyby na gali było kilku moich ulubionych aktorów, to być może bym się poświęciła. Szkoda, że "Philomena" nie zgarnęła żadnej statuetki. Lubię jednak Cate Blanchett i cieszę się, że to ona dostała Oscara.

    OdpowiedzUsuń
  19. Też żałuję, ale jak już pisałam Philomena to nie film na miarę fabryki snów. Fabryka ma to do siebie, że jest konsumpcyjna i nie docenia prawdziwych, wartościowych filmów. Cate zbyt mało znam, abym ją mogła oceniać. Grawitacja zrobiła na mnie wrażenie, ale są lepsze filmy.

    OdpowiedzUsuń
  20. Tyle lat mieszkam w Irlandii, a nie słyszałam o tym miejscu. Może dlatego, że mieszkańcy mojej okolicy są zakochani tylko w naszym regionie i o innych miejscach milczą. Ślicznie wypucowany skansen, mocno podkolorowany, szczególnie to odstawanie od rzeczywistości widać, gdy porówna się ze starymi fotografiami. Miejsce zrobione pod turystów, ale ma swój urok i wygląda bardzo przyjemnie. I pięknie prezentuje się na zdjęciach. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  21. ~una invitada4 marca 2014 07:05

    dziękuję. kiedyś tam muszę dolecieć. myślałam, że może w kwietniu, ale jednak bukować loty trzeba zdecydowanie wcześniej:) pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  22. Cieszę się bardzo, że znalazło się coś, co Cię zainteresowało. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio coś irlandzkiego przypadło Ci do gustu ;)
    Ja zdecydowanie jestem zwolenniczką rezerwacji biletów z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

    PS. Dużo zdrowia, Una! Mam nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży.

    OdpowiedzUsuń
  23. Serio? Ale numer! Nie trafiłam jeszcze na żaden przewodnik, w którym nie byłoby przynajmniej wzmianki o zamku Bunratty. Bardzo popularne miejsce. To jeden z zamków, w których regularnie organizuje się "średniowieczne" bankiety. Mimo bardzo wysokiej ceny biletów, zainteresowanych nie brakuje.

    Zgadza się. Przyjemne miejsce, mimo że zrobione "pod publikę".

    OdpowiedzUsuń
  24. Byłam w kinie na "Grawitacji", ale jakoś mnie nie zauroczyła. Nic specjalnego, a sam film oceniłam jako "niezły". Może dlatego, że nie przepadam za S. Bullock, Clooneyem i taką tematyką.

    OdpowiedzUsuń
  25. Zdjęcia naszej planety z kosmosu Ci się nie podobały? Ja uwielbiam...Świat jest piękny, a człowiek wielki. Bullock średnio nadaje się do takiego filmu, a przynajmniej nie po tylu latach infantylnych komedii romantycznych. No i od razu nominacja? Bez przesady, toż ona do pięt nie dorasta babci Streep. Na mnie zrobił ogromne wrażenie, ale ja generalnie mam bzika na punkcie lotnictwa i takich tam wszystkich wysokich rzeczy:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Szału nie było. "Prisoners" i "Philomena" zjadają "Grawitację" :) Podobały mi się dużo, dużo bardziej. Oglądając ten film, akurat pomyślałam sobie coś innego: świat jest wielki, a człowiek taki maleńki ;) Też nie dałabym Sandrze nominacji za ten film, mimo że dobrze zagrała.
    A tak w ogóle, to przed chwilą sprawdzałam repertuar kina. Zauważyłam, że po Oscarach wznowili u nas emisję "Grawitacji". Na weekend zaplanowałam sobie obejrzenie "The Stag" z Brianem Gleesonem [w jednej z ról, nie u mojego boku] ;) Z reguły nie chodzę do kina na komedie, ale czuję, że zapowiada się dobry film.

    PS. Dziś przed pracą po raz pierwszy napiłam się "kawy świątecznej" - bardzo dobra! :) Połówek stwierdził, że bardzo ładnie pachnie. Podziękuj w moim imieniu Mikołajowi! :) Teraz kończę drugą filiżankę :)

    OdpowiedzUsuń
  27. ~Przypadkowy Turysta5 marca 2014 17:05

    Kolejny fajny reportaż przy którym z przyjemnością spędziłem trochę czasu! Dziękuję..
    I Dzień dobry :)
    Ostatnio miałem problem z pozbieraniem się, ale powoli, powoli wracam do normy. Zaliczyliśmy smutne pożegnanie i jak sądzę nie ostatnie... Takie po prostu jest życie! :(
    Jeśli chodzi o tą miejscowość, to tam też nie dotarliśmy ( a szkoda, jak widać), ale potwierdza się to, co już kiedyś napisałem, że wystarczy pomysł i kubełek farby aby upiększyć okolicę i zmienić jej charakter. Wyobraź sobie przez chwilę, że nikt nie pomalował tych kilku domów i nie posadził kwiatów a o zagrodach dla zwierząt nawet nie wspomnę - było by to kolejne opuszczone miejsce i nawet mury średniowiecznego zamku porażały by nijakością. Ale tak nie jest, bo komuś chciało się wydobyć jakiś charakter tego miejsca. Może nawet trochę przesadził , ale uchronił je od dewastacji i zapomnienia. Surowy kamienny zamek otoczony kolorami okazuje się bardzo fotogeniczny - zwłaszcza gdy go pstryka taki fotograf... :) i jeszcze okrasza sympatycznym opisem.
    Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  28. Przypadkowy Turysto, z każdym Twoim nowym komentarzem utwierdzam się w przekonaniu, że lekarze powinni zalecać swoim pacjentom z depresją przynajmniej kilkugodzinny kontakt z Tobą :) Zawsze wywołujesz uśmiech na mojej twarzy. Nawet w takich chwilach jak ta, kiedy wspominasz o smutnym pożegnaniu. Bardzo mi przykro z tego powodu. Proszę przyjmij moje kondolencje. Nie jestem w stanie podtrzymać Cię na duchu, ale przynajmniej mogę wysłać Ci moc pozytywnych myśli.

    Tak sobie myślę, że Irlandia jest dość kolorowym krajem. Całkiem dużo tutaj takich barwnych wiosek i miasteczek z kolorowymi elewacjami budynków, z parapetami przyozdobionymi surfiniami, pelargoniami, bodziszkami, z klombami bratków i innych kwiatów. Pomalowanie domów/sklepów kolorową farbą i przyozdobienie ich kwiatami to naprawdę mało wymagający, lecz niesamowicie efektowny sposób na uczynienie ich piękniejszymi. Sama zawsze mam sporo kwiatów koło domu, bo po prostu bardzo je lubię. Nie wiem, czy wspominałam Ci o tym, że chcę pomalować frontowe drzwi domu na lawendowy kolor? :) Połówek trochę staje okoniem, ale kiedyś go urobię ;) Jeszcze kiedyś przyzna mi rację i pogratuluje pomysłu ;)

    Dziękuję za uznanie, ale proszę bądźmy uczciwi w stosunku do fotografów z prawdziwego zdarzenia i nie porównujmy mnie do nich :) Cała moja "sztuka" robienia zdjęć sprowadza się do upewnienia się, że horyzont jest prosty ;) Czemu by jednak nie podszkolić się w tej dziedzinie? Taki mam plan. Czas wprowadzić go w życie.

    Z przyjemnością jeszcze bym sobie popisała z Tobą, ale muszę lecieć do kuchni upewnić się, czy obiad się nie przypala. Nie chciałabym jutro pojawić się w pracy z podbitym okiem, bo zupa była za słona ;)

    Pozdrawiam Cie serdecznie i przesyłam mnóstwo pozytywnej energii :)

    Ach, no i DZIEŃ DOBRY!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  29. ~Przypadkowy Turysta5 marca 2014 18:42

    Dziękuję za ciepłe słowa i moc pozytywnej energii - bardzo mi się przydają, zwłaszcza teraz.
    Jako terapeuta chyba bym sie nie sprawdził, więc raczej nie rób mi reklamy, ale miło słyszeć że spowodowałem czyjś uśmiech :)
    Kolory.. to właśnie to co wyróżnia się z szarości i albo ją ubarwiają albo bardziej podkreślają . Zależy jaki mamy nastrój lub jaki chcemy wywołać u innych... Tak mawiał mój nauczyciel rysunków - mądry człowiek. A i jeszcze pouczał nas, że niezależnie co robimy, to róbmy to tak , że gdy w dowolnym momencie przerwiemy - żeby wyglądało na skończone dzieło....
    Hm, lawendowe drzwi - za takimi pomieszkiwaliśmy będąc w Irlandii - nie powiem, całkiem sympatyczne drzwi :)
    Kwiaty to jak sie utarło domena kobiet, ale muszę się przyznać, że też je lubię, a zwłaszcza lubię je wykorzystywać do aranżowania barwnych plam w ogrodzie. Jest mi raczej wszystko jedno jak się nazywają byle miały ciekawe barwy i zaskakiwały kontrastami kształtów.
    SMACZNEGO życzę obiadu i miłej atmosfery, nawet gdyby jednak zupa była ciut słona :) Wyjątkowo mocno nie popieram przemocy w rodzinie!
    Pa , pa i smacznego!

    OdpowiedzUsuń
  30. Philomena też mi się podobała dużo bardziej. To jasne, ale co ja tam wiem o Holywood;) Pisząc, że człowiek jest wielki miałam na myśli jego umysł. Czy kiedyś ludziom się śniło, że będą latać w kosmos, spacerować tam, oglądać planetę z góry?

    Ja żałuję, że nie zdążyłam obejrzeć przed akademią Witaj w klubie, a ciągle nie mam czasu niestety...Do kina chciałam iść jeszcze na Her, ale cieszę się, że nie poszłam. Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem...

    P.S. Cieszę się, że Ci smakuje. Połówek nie pije kawy? Mikołaj przyjął do wiadomości;)

    OdpowiedzUsuń
  31. Ja właśnie wróciłam z kina. Byłam na "Dallas Buyers Club". Dobry film i bardzo dobra kreacja aktorska Matthew. Muszę jednak przyznać, że pod koniec projekcji film nieco mi się dłużył. Trochę bym go przycięła. "Her" jeszcze nie widziałam.

    Pije, pije. Dałam mu rano łyka z mojej filiżanki. Stąd to jego stwierdzenie, że kawa bardzo ładnie pachnie :)

    Idę do łóżka, bo jestem wyjątkowo zmęczona. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  32. Nie tylko mnie rozweselasz, ale także zaskakujesz - czyżbyś miał jakiś wyjątkowy talent rysunkowy/plastyczny? :) A Twój nauczyciel rzeczywiście musiał być nietuzinkowym człowiekiem, skoro po tylu latach nadal pamiętasz jego słowa i nauki.

    Dziękuję, nieskromnie przyznam, że obiad wyszedł pierwsza klasa. Niby proste danie: kurczak z marchewką, cebulą i ziemniakami z piekarnika, a mimo wszystko pyszny.

    Z pewnością macie piękny ogród! Fajnie jest mieć taką swoją prywatną oazę zieleni, gdzie można latem wypoczywać na świeżym powietrzu.

    Trzymaj się ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
  33. ~Przypadkowy Turysta6 marca 2014 16:20

    Dzień dobry:)

    Plastyczny talent jakoś mocno mi się obecnie nie uzewnętrznia, choć bywało że coś tam kiedyś szkicowałem. To co zapamiętałem z lekcji rysunków to faktycznie zasługa profesora, który po prostu nie wierzył że nie mam daru. Mam szczęście do mądrych ludzi.
    Głupców też się spotyka, ale jako że to głupcy , to ich nie cytuję... :):)
    Ciesze się że zasłużyłaś na pochwałę za dobry obiad, bo inaczej miał bym wyrzuty sumienia, a nie lubię jak mnie tam coś uwiera ;)
    Nasz ogród może nie jest wystrzałowy ani taki żurnalowy, ale potrafi się podobać i dlatego warto czasem coś przy nim zrobić. W najbliższym czasie czeka nas 'rewitalizacja" ( kto to wymyślił?..) skalnika. Oj, nadźwigam się kamoli, ale może wreszcie uda mi się przy okazji zbudować kaskadę - nic dużego, taką ciurkawkę żeby koiła szmerem wody moje lumbago po tej rewitalizacji :)
    Mam jeszcze ukryty plan, żeby to było poidełko dla ptaków a może i dla pięknego turkusowego (1,5 mb) zaskrońca , który czasem nas nawiedza :) Ot taki mam plan na wiosnę...
    Do zobaczenia znowu... :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Dobrze jest mieć nauczyciela, który wierzy w nas i pokłada w uczniu spore nadzieje. Dla mnie zawsze była to dodatkowa mobilizacja do nauki. Głupio bym się czuła, gdybym zawiodła swoją ulubioną nauczycielkę. Poza tym badania pokazują, że uczniowie, którym powtarza się, że są mądrzy i na wiele ich stać, uczą się znacznie lepiej niż ci, którym powtarza się, że są beznadziejni, albo umieszcza ich w słabszych klasach/grupach.

    Wczoraj po napisaniu odpowiedzi na Twój komentarz uświadomiłam sobie, że zrobiłam kurczaka w Środę Popielcową! Ups, ale wpadka. Strasznie kapuściana ze mnie głowa ;)

    Ważne, żeby Wam się podobał i żebyście to Wy czuli się w nim dobrze :) Lumbago absolutnie Ci nie życzę, ale trzymam kciuki za zrealizowanie planu dotyczącego kaskady. Dla chcącego nic trudnego! Z pewnością masz głowę nie od parady :)

    Ptaki lubię, nie miałabym nic przeciwko dokarmianiu ich [kiedyś odchowaliśmy maleńkie jaskółki, które wypadły z gniazda - to było fantastyczne doświadczenie!], ale w życiu zaskrońca! Brr, nie cierpię wężów. Bo to chyba o nim mowa ;)

    OdpowiedzUsuń
  35. ~Przypadkowy Turysta7 marca 2014 14:03

    Witaj!
    Pierwsze słyszę, żeby w Środę Popilcową nie wolno było gonić za kurczakiem,potem go złapać i tak już z rozpędu, od niechcenia ....skonsumować :):)
    Wpadka była by dopiero jakbyś tego kurczaka spopieliła, razem z ziemniaczkami itp....:)

    Wyczuwam u Ciebie jakieś wahnięcie samooceny, bo raz mówisz o sobie BLONDYNKA a teraz znowu coś o kapuścianej głowie...
    Jak widać kontakt ze mną nie jest znowu taki terapeutyczny jak wcześniej sugerowałaś, a ja lojalnie to zdementowałem :):):)
    Nadal jednak odbieram Twoją osobę jako rozsiewającą optymizm i radość z życia.

    Nasza oaza faktycznie służy przede wszystkim nam , ale jak ktoś obcy idąc przy płocie nagle wali czołem w brzozę to znak dla mnie że warto było się postarać... a jak będzie kaskada...;) bezcenne:)

    Co do zwierzątek to nie jestem wybredny, nawet węże mi nie przeszkadzają zwłaszcza te niejadowite jak zaskroniec ( ludzi się boi, zjada owady, małe gryzonie , czasem jakieś ptasie jajeczko - po prostu to tylko 1,5 mb śliczności)
    Na pewno by Cię zaciekawił.
    Życzę miłego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
  36. Witam ponownie w ten wspaniały weekend :)

    A mnie się wydawało, że w ten dzień obowiązuje post i nie powinno się jeść mięsa. Trudno. Zgrzeszyłam nieświadomie, może dostanę rozgrzeszenie i diabeł nie będzie mnie przypiekał na grillu :)

    Jest, jest terapeutyczny. Wybacz, ale nie Tobie to oceniać, tylko pacjentom :) Musisz mi uwierzyć na słowo :)

    To przemiłe, że spostrzegasz mnie w tak pozytywnym świetle. Nigdy nie sądziłam, że ktoś może odebrać mnie jako osobę rozsiewającą optymizm i radość życia. Przeważnie spotykałam się z "zarzutami", że nie daję się poznać, że za mało piszę o swoim prywatnym życiu i że trzymam się na dystans.

    Hahaha, mam nadzieję, że nikt nie zażądał od Was odszkodowania za tę niefortunną brzozę ;)

    Dziękuję za przybliżenie mi portretu psychologicznego zaskrońca :) Prawdę powiedziawszy niewiele o nim wiedziałam. Skoro piszesz, że jest niegroźny, to uszedłby z życiem, gdybym na niego natrafiła w ogródku. Nie wiem tylko, czy ja bym to przeżyła ;) Na szczęście nie muszę się tym zamartwiać, bo św. Patryk już dawno przegonił z Irlandii wszystkie węże ;) Szkoda tylko, że zapomniał o kleszczach.

    Dzisiaj przeczytałam "Headhunters" Nesbo - przyjemna lektura. Podobała mi się bardziej niż "Człowiek nietoperz". Jak trafię na ekranizację tego filmu, to z pewnością go obejrzę. Dziękuję za polecenie autora :) I również życzę udanego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
  37. ~Przypadkowy Turysta10 marca 2014 08:02

    Dzień Dobry!
    Widzę,że weekend jeszcze na dobre się nie zaczął kiedy pisałaś, a już miałaś powody okreslić go jako wspaniały... No, tak - Dzień Kobiet w zanadrzu- wszystkiego dobrego... :) Ufam ze reszta weekendu przebiegła Ci zgodnie z oczekiwaniami a nawet lepiej :):)
    Z tym diabłem i grillem to raczej uważaj no bo sezon grilowania już tuż tuż, a lepiej na widelec nie trafić...

    No patrz jaka jesteś papla... ja tak staram się uniknąć sławy znachora a Ty co mi robisz ? :) Doczekasz się rachunku za każdą sesję :)
    Nie wiem kto może robić Ci zarzuty, że za mało o sobie piszesz? Jestem innego zdania - Twój blog to blog o Tobie ,a reportaże (bardzo dobre, z resztą) są jego osnową. Pisanie o sobie nie musi być wywlekaniem wszystkiego na wierzch - mam rację? Tak trzymaj :)

    Brzoza miewa się dobrze a wszyscy poturbowani na niej zaleczyli już rany - muszę jednak powiesić tabliczkę "UWAGA BRZOZA " ... tak na wszelki wypadek :)
    Kleszcze to u nas też problem ,ale akurat w moim rejonie mało jest tych zarażonych boreliozą ,a poza tym jest taki olejek (nie pamiętam nazwy) dla czworonogów którym wystarczy poperfumować "leśne ubranie". Skuteczny, ale zapach taki sobie - do teatru nie polecam :)

    Nieskromnie powiem .... wiedziałem że Nesbo przypadnie Ci do gustu:):) Ja teraz zgłębiam " Sprawiedliwość owiec" Leonie Swann - zabawny (mimo tematu zbrodni) obraz ludzkiego społeczeństwa postrzegany oczami stadka owiec. W kinie jeszcze nie byłem z powodu braku odpowiedniego nastroju ...ale to się zmieni, obiecuję :)

    Pozdrawiam wiosennie :):)

    OdpowiedzUsuń
  38. Jasne, że miałam powody :) Każdy nadchodzący weekend jest dla mnie ogromnym powodem do radości :) Kto by się nie cieszył z dwóch dni spędzonych od rano do wieczora tak, jak się lubi? [no może poza tymi dwoma godzinami poświęconymi w sobotę na sprzątanie domu] ;) Ten nadchodzący będzie chyba jeszcze lepszy, a już na pewno dłuższy. W poniedziałek nie idziemy do pracy - jest święto patrona Irlandii. Nie wiem jednak, czy wybiorę się na paradę. Te, które miały miejsce w minionych latach trochę mnie rozczarowały. Prawdę powiedziawszy nie spodziewam się rewelacji po tegorocznej paradzie.

    Racja! Lepiej nie trąbić o Twoich zdolnościach leczniczych, bo jak Ci przybędzie pacjentów, to możesz nie znaleźć wtedy czasu na moje sesje terapeutyczne :)

    A z tymi "zarzutami" to było tak, że parę koleżanek blogowych chciało bym więcej pisała o swoim prywatnym życiu - o tym, co się u mnie dzieje, co czuję/myślę, a nie tylko o podróżach. Monotematyczne osoby robią się nudne po pewnym czasie ;)

    Kiedy mieszkałam w Polsce i miałam psa, to regularnie usuwałam mu kleszcze. Teraz mam jedynie kota, na szczęście jeszcze nigdy nie przyniósł tego paskudztwa do domu. Pewnie dlatego, że w pobliżu nie ma lasu ;) Chyba nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy odkryłam, że mam kleszcza... Dzięki Bogu miałam też Połówka pod ręką - nie wiem, czy sama potrafiłabym się go pozbyć. Brr...

    Nie słyszałam o Leonie Swann, dobrze poznać nowe nazwisko. Może kiedyś przeczytam coś jej autorstwa. Na razie skupiam się na lubianych i sprawdzonych autorach.

    Bardzo bym chciała, by film przypadł Ci do gustu, ale nawet jeśli tak się nie stanie, to nie krępuj się z napisaniem prawdy ;)

    OdpowiedzUsuń
  39. ~Przypadkowy Turysta13 marca 2014 09:32

    Dzień Dobry :)
    Ty to masz dobrze - dłłuuggii weekend. Też tak lubię, ale na swój muszę trochę poczekać :(
    Z tego co wiem to Irlandia nie ma za bardzo szczęścia do pogody w to święto, tak z resztą jak my w 11 listopada... W zeszłym roku u Was wiało, lało i sypało... u nas nie pamiętam jak było...
    Niezależnie jednak od tego, to ludzie są tam zahartowani i robią korowód albo parade - jak zwał tak zwał :) Może warto w tym uczestniczyć, tak chociaż dla hartowania zdrowia? :):)

    " Wiedzieć co się mówi i nie mówić co się wie..." - co prawda ta zasada nie bardzo sprawdza się w kontaktach towarzyskich, ale w tak otwartym towarzystwie jakim jest blog , chyba nie warto kłapać dziobem o wszystkim, bo nie wiadomo kto czyta...np. pracodawca :) A koleżanki mogą podpuszczać! :) Co innego ja - o nic nie podpytuję i nic sam nie chlapię ...:):):) No może czasem coś mi się wyrwie....

    Pozdrawiam ciepło i życzę miłych wrażeń z parady - może się nimi podzielisz?

    OdpowiedzUsuń
  40. Teraz to mnie zaskoczyłeś tą wzmianką o irlandzkiej pogodzie. To, kurczę, ja była na paradzie i nie pamiętałam, a Ty wiedziałeś! :) źle ze mną ;)
    Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby było, tak jak piszesz - może faktycznie publika przychodzi na paradę w ramach corocznego hartowania organizmu, a nie ze zwykłej ciekawości? ;) Bo tak prawdę powiedziawszy z roku na rok jest gorzej z atrakcyjnością tych parad.

    Jeśli udam się na jakąś paradę, to pewnie zrobię o tym wzmiankę na blogu. Póki co jeszcze nie mam planu na poniedziałek. Dużo pewnie będzie zależało od pogody. Choć lenistwo i samopoczucie też nie pozostaną bez głosu :)

    Tej zasady zdecydowanie nie powinno się stosować na egzaminie ;) Koleżanka raczej nie podpuszczała, ona po prostu woli czytać o tematyce "zyciowej" - o codziennych perypetiach, a nie tylko o podróżach. Rozumiem ją, bo też lubię takie wpisy u moich koleżanek blogowych. A co do pracodawcy, to na szczęście nie zna polskiego ;) Dlatego w kryzysowych chwilach spokojnie mogę się słownie na nim wyżywać ;) Oczywiście w rodzimej mowie i cicho, pod nosem ;)

    Pozdrawiam serdecznie i... miłego nadchodzącego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
  41. Coś na kształt UAFP z tym skansenem obok zamku. Lubię tego typu przedsięwzięcia, zrobione to jest z pomysłem i ludzi na pewno zainteresuje. Fajnie, że w jednym ze starych pubów, można napić się herbaty bądź zjeść ciastko, fajnie, że na żywo stara dama (jaki klub piłkarski, szybkie pytanko? :))) wyrabia ciasto, które można skonsumować, fajnie, że jest zwierzyna. Ja to osobiście kupuję. Wspomniałaś o dużej kwocie za bilet, a powiedz czy porównywalna cena jak w Kyllemore Abbey? Tam wydawało mi się dość drogo to co dopiero musi być w Bunratty.

    Zamek. Duży, mocny, robiący wrażenie, podobny do tego w Trim. Znowu parę razy ,,fajnie'' będzie: fajnie, że wyremontowali wnętrza, że odbywają się tam rozmaite eventy, że można poczuć średniowieczny klimat. Zamczysko wydaje się napakowane, ale z drugiej strony jest proste, praktycznie tylko jedna wieża, bez żadnych rozgałęzień a jak piszesz, tyle różnorakich zakamarków, przejść i komnat. To również jest fajne, lubię jak można w budowli krążyć, odkrywać nowe pomieszczenia, wspinać się po ciasnych schodach upchanych w klatkach schodowych. :)

    Jadąc do Bunratty Castle można od razu zahaczyć o Limerick Castle, który jak dobrze wiesz jest również spory i człowiek się w nim nie nudzi. W porywach dałoby radę te 2 zamki w jeden dzień obskoczyć. Tylko o ile dobrze pamiętam w Limerick też nie było najtaniej, więc za same wejściówki trochę grosza pójdzie. Kiedyś szarpnę się na taki rodzinny wyjazd, podjedziemy do Bunratty, Limerick i pognamy dalej w kierunku Dingle i Iveragh. Jest potencjał i marzyła by mi się kolejna objazdowa wycieczka, w której zobaczyłoby się spory kawałek Wyspy. Ehhh, rozmarzyłem się. Dziękuję! ;)

    pozdrawiam serdecznie z coraz cieplejszego Longford! :)

    OdpowiedzUsuń
  42. Witaj, Ćwirku :) Oj chyba faktycznie kiepsko jest z tymi Twoimi wizytami w sieci, skoro komentujesz takie stare posty :)

    Tak, tak, zdecydowanie słuszne skojarzenia. Ja też lubię skanseny i parki etnograficzne, dlatego bardzo miło wspominam swoje wizyty w Bunratty i Ulster-American Folk Park. W tym drugim nie przeszkadzał mi nawet brak zamku :) Jeśli mieliby wstawiać tam taką marną replikę jak w Irish National Heritage Park, to lepiej, żeby w ogóle tego nie robili.

    Hahaha, rozbrajasz mnie tymi wstawkami typowo piłkarskimi :) Muszę Cię rozczarować, ale pytanko było banalne, musisz następnym razem sięgnąć do trudniejszy zestaw pytań ;) Stara Dama to po włosku Vecchia Signora, a Vecchia Signora to nic innego tylko Juve ;) A Bianconeri to odwieczny wróg Rossonerich ;)

    Ceny za zwiedzenie całego kompleksu Bunratty są porównywalne z tymi w Kylemore Abbey. Właśnie widzę, że w opactwie dają teraz zniżkę: zamiast 13 euro dorosły zwiedzający płaci 11.70. W skansenie natomiast trzeba zapłacić 12 euro w miesiącach zimowych (od listopada do lutego), a potem aż 16 euro. Zdecydowanie opłaca się rezerwować bilety przez Internet. Jeśli zrobisz to za pomocą tej strony, zapłacisz jedynie 10 euro:
    https://www.shannonheritage.com/BookNow/BookTickets.aspx?eid=0097
    My o tym nie wiedzieliśmy, więc znacząco przepłaciliśmy.

    Tak, zdecydowanie dałoby radę zwiedzić obydwa zamki tego samego dnia. Na Limerick Castle wystarczyłyby maksymalnie dwie godziny, tak mi się wydaje. Ja również bardzo chętnie wybrałabym się na kolejną objazdówkę po wyspie. Jedak nie teraz, tylko dopiero latem, bo wtedy Irlandia jest wyjątkowo urocza. Póki co w następny weekend szykuje mi się nocleg w Kilkenny, ot, taki mały, zasłużony weekendowy odpoczynek połączony z wizytą w teatrze i może jakimś zwiedzaniem. Byłam w Kilkenny kilkukrotnie, zwiedziłam ważniejsze zabytki, ale mimo to myślę, że nie będę się nudzić. Zawsze mogę odwiedzić nastrojowy "średniowieczny" pub Kytlers Inn, o którym wspominałam na blogu :)

    Trzymaj się ciepło :)

    OdpowiedzUsuń