niedziela, 6 czerwca 2021

Kidwelly Castle - zamek w mieście spod znaku czarnego kota


W drodze z Saundersfoot do następnego punktu programu, drugiego dnia naszych walijskich wakacji, trochę chmurzy się, trochę kropi, ale ostatecznie rozpogadza do tego stopnia, że wieczorem odkrywam, iż słońce przypiekło mi dekolt i te fragmenty twarzy, których nie zasłoniły ani włosy, ani okulary przeciwsłoneczne. 

 

Zamek w Kidwelly przypomniał mi, dlaczego tak bardzo lubię zostawiać w swoich podróżach miejsce na spontaniczność. Tak się bowiem składa, że pierwotnie tego zamku nie było w naszym planie. Jednak szczęśliwy splot wydarzeń zaprowadził nas do niego zamiast do planowanego zamku Laugharne (choć jak znam siebie, to i stamtąd pewnie wyszłabym zadowolona), i było to tak niespodziewane i pozytywne doświadczenie, że pod koniec tego dnia zapisałam w swoim podróżniczym dzienniku, iż "zamek jest fantastyczny i przeszedł nasze oczekiwania". A do tego tani - w lipcu 2019 roku wstęp do niego wynosił jedynie 4.20£, co jest naprawdę przystępną kwotą za zwiedzenie zabytku tego typu - mieliśmy na swoim koncie znacznie droższe zamki w Walii. 

 


Jego architekci wiedzieli, jak ważne jest pierwsze wrażenie, dlatego też stworzyli projekt, który z powodzeniem można by zatytułować "In Your Face!" - zamek pełniący rolę stracha na wróble. W przenośni oczywiście. Wróblami byli niesforni  - z punktu widzenia Anglików - Walijczycy. Ci ostatni jednak nie okazali się głupiutkimi wróblami, lecz inteligentnymi krukami. Widać doskonale zapoznani byli z biblijnym "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz", bo właśnie w niego próbowali przemienić zamek. I choć, jak widać na załączonych obrazkach, nic takiego im się nie udało, to jednak historyczne annały odnotowują poważne uszkodzenia w strukturze warowni, jak również oblężenia zakończone sukcesem Walijczyków. Tego sukcesu ewidentnie brakowało ostatniemu prawdziwemu (niezależnemu) księciu Walii - Owainowi Glyndŵr. 


Z powodu lenistwa i wygody będę w dalszej części tego wpisu posługiwać się zanglicyzowaną wersją jego imienia i nazwiska (Owen Glendower), przez co Owen pewnie przewraca się teraz w grobie, bo to wielki patriota był. Jeśli kiedyś spotkacie w tutejszym pubie Walijczyka i będziecie chcieli zwiększyć swoje szanse na to, by postawił Wam piwo - zawsze możecie wspomnieć o Owenie Glendower, nie zapominając przy tym, by posłużyć się walijskim zapisem bądź wymową. W przeciwnym razie zamiast darmowego piwa możecie dostać darmowe obicie gęby ;) 


Ale do rzeczy. O co chodzi w tym całym zamieszaniu z Owenem? O to, że to właśnie on zapoczątkował wojnę partyzancką przeciwko Henrykowi IV i panoszącym się w kraju Anglikom. I choć początek jego rewolty był niezwykle obiecujący, chociaż odzyskano wiele ziem zarekwirowanych przez najeźdźców, to ostatecznie happy-endu nie było. Owenowi zabrakło nie tylko pomyślnego łutu szczęścia, lecz także okrętów i artylerii, a jak wiadomo, z pustego nawet Salomon nie naleje. Anglicy ewidentnie przewyższali Walijczyków uzbrojeniem, a na domiar złego następca Henryka IV, wróg numer jeden Owena, Henryk V okazał się genialnym strategiem militarnym i właśnie tak zapisał się na kartach historii. 



Choć rebelianci uparcie walczący o odzyskanie niepodległości zasiali niezłe spustoszenie w Kidwelly, to jednak samego zamku nie zdobyli, bo jego obrońcy dzielnie odpierali ataki przez trzy długie miesiące oblężenia.



To jednak nie miało druzgocącego wpływu na Owena, a przynajmniej nie tego długofalowego. Nie podcięło mu skrzydeł, nie odebrało buty, honoru i mężności. Był pod tym względem twardy i nieustępliwy niczym William Wallace, narodowy bohater Szkotów, szerzej znany jako "Braveheart". 

 

Los oszczędził mu okrutnego końca, który Anglicy zgotowali "Braveheartowi", ale coś mi podpowiada, że nawet gdyby poddawano Owena wyrafinowanym torturom, nawet gdyby Henryk V (który już wcześniej oferował mu ułaskawienie) pastwił się nad nim i pytał, czy Owen uznaje jego zwierzchnictwo nad Walią, jestem pewna, że Glendower kazałby mu spadać na drzewo prostować banany. Cały przekaz zaś wzmocniłby bojowym okrzykiem Greków walczących z Turkami: "Freedom or death!". Albo wywrzeszczanym (koniecznie głosem Gerarda Butlera): "NEVER!!! THIS IS WALES!!!"



Jego zwolennicy wydawali się o tym wiedzieć, bo choć Owen stracił ojca jako nieopierzony podrostek i teoretycznie nie miał mu kto udzielać cennych ojcowskich nauk, wyrósł na mężnego skurczybyka, a nie popychadło w legginsach. Był co najmniej tak waleczny jak lwy, które powiewały na jego sztandarze, co z kolei doceniali jego rodacy. Widzieli w nim charyzmatycznego przywódcę, który faktycznie może coś zmienić. Tak jak na skutek pstryknięcia palców Thanosa ludzie obracali się w popiół, tak na pstryknięcie palców Owena Glendower Walijczycy porzucali swoje dotychczasowe życie: studenci studia, a prości robotnicy swoje narzędzia, żony i dzieci, i stawiali się na jego zawołanie. Zwarci i gotowi do wspierania swojego lidera. Na dobre i na złe. 

 

Urósł zatem Owen do rangi bohatera narodowego, a jego samego osnuto heroicznym nimbem niczym samego króla Artura. Owen miał jednak większego farta - jemu w przeciwieństwie do legendarnego króla Artura nikt nie wbił noża w plecy, nikt nigdy go nie zdradził, choć za jego pochwycenie oferowano kuszące nagrody pieniężne. Skwaszeni mizoginiści powiedzieliby pewnie, że to tylko dlatego, iż jego żona nie miała ku temu okazji, jako że pochwycono ją i stracono razem z córkami. 

 

Po śmierci Owena nadal przekazywano jego imię z ust do ust. I choć czasami jego postać pojawi się w kontekście skrajnych narodowców, wielkich i walecznych chojraków wycierających sobie nim gębę i walczących z wrogami poprzez palenie domków letniskowych Anglików,  to jednak zdecydowanie częściej przewija się on w tym pozytywnym kontekście. 


Sam zamek zaś nadal stoi tam, gdzie go wybudowano te kilkaset lat temu. Nadal nad tą samą rzeką, która była w przeszłości tak drogocenna i pomocna. Nadal imponuje i zachwyca. Nadal zastrasza rozmiarami bramy wjazdowej, choć na starość znacznie złagodniał: już nie jest tu po to, by mordować i spijać krew zabitych. Dziś to już tylko łagodny staruszek, który chce sprawiać innym frajdę, dlatego jego bramy stoją szerokim otworem dla wszystkich miłośników mediewistycznych budowli. 

 

Nikt Wam tutaj krzywdy nie zrobi. Słowo harcerza! Musicie jednak wiedzieć, że krążą głosy, iż po zamkowych włościach szwenda się duch księżniczki ściętej w XII wieku. Nie miałam przyjemności się z nią zapoznać, ale poza zamkowymi murami, hen daleko w polu, udało mi się wypatrzeć kobietę siedzącą na skraju "lasku". Z dwoma kotami leżącymi koło niej. Tak po prostu. Na łące. W środku dnia. How cool is that?! (Czyżby osławiona zjawa, strasząca na zamku, miała akurat przerwę na lunch?). 


 

Ach, jest jeszcze coś, co musicie wiedzieć - symbolem Kidwelly jest czarny kot. Jak miło, że choć raz nie jest on czarnym charakterem ani kozłem ofiarnym, lecz symbolem odrodzenia i nadziei. Tym, czym dla Noego musiała być gołębica z gałązką drzewa oliwnego. I choć do dziś nie wiadomo, czy kot był pierwszym znakiem życia, na jaki natrafiono po:

1) wielkiej powodzi, która nawiedziła południe Walii w 1607 roku (znaleziono go na dachu zalanego kościoła)

2) strasznym ataku Owena, który spalił i obrócił miasto w posępne rumowisko

3) dawnej pladze, która zdziesiątkowała wszystko, co żywe

wszyscy są zgodni co do jednego - był to czarny kot i był to dobry omen. Samo Kidwelly zaś miało w przeszłości wiele zapisów. Jednym z nich było właśnie "Catweli". Teraz już wiecie dlaczego. 




 










18 komentarzy:

  1. Dobry wieczór!

    Cóż tutaj tak pusto? Gdzie wszyscy zwiali? Czyżbyś wystraszyła Czytelników strachami? Czy ja słyszałam imię i nazwisko: Gerard Butler? Ah! To jeden z tych mężczyzn, którym starzenie się dodaje niezwykłego uroku, gdybym go spotkała zapomniałabym języka w gębie!

    Bardzo ładny zamek i ciekawe historie. I ten czarny kot, który w końcu nie oznacza nic złego. A ja Ci powiem, że ludzie są tak spragnieni wolności, że mnie już nic nie zdziwi, nawet kobieta z dwoma kotami. Serio. Sama gdziekolwiek nie pojadę wypatruję miłej polanki, gdzie można rozłożyć koc.

    Mam nadzieję, że miewasz się dobrze i niebawem wrócisz z irlandzkimi opowieściami. Nie żeby Walia była zła, ale wiadomo co tygryski lubią najbardziej! Poza brykaniem lubią jeszcze Irlandię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się zastanawiam, gdzie się wszyscy podziali! Lato chyba nie sprzyja czytaniu blogów, bo jesienno-zimową porą był tu znacznie większy ruch. Już miałam spakować swoje manatki i iść pobawić się gdzie indziej, skoro nikt tu nie chce dotrzymać mi towarzystwa, ale tym komentarzem udało Ci się uratować honor czytelników ;) I chyba też zapracować na kolejny order ;) Twoje baretki prezentują się coraz bardziej imponująco :)

      Nie wiem, czy wystraszyłam - bardziej skłaniałabym się ku opcji "zanudziłam na śmierć" ;)

      Niektórzy faktycznie są jak wino :) Dawno go nie widziałam, ale wyszukując jego aktualne zdjęcie (by ustosunkować się do Twojej opinii), natrafiłam na info, że niedawno rozstał się ze swoją długoletnią partnerką, tak, że wiesz... The sky is the limit! :)

      Zamek miał mury, po których można było chodzić - i straszyć innych turystów - a to już ogromny plus dla mnie :) Takie są najlepsze w moim mniemaniu :)

      Zdziwiłabym się, gdyby Cię to zdziwiło ;) W końcu znasz mnie - kobietę z trzema kotami ;) A tak całkiem serio, polanka i koc swoją drogą, czasami nawet nie trzeba mi tego koca, żeby poleżeć na trawie, ale koty to nie pluszaki, które można ze sobą zabrać i położyć koło siebie na trawie, żeby sobie grzecznie leżały. Moje lubią "przytulanki" z człowiekiem, ale zdecydowanie na swoich warunkach. Nie mogę tak po prostu przyjść, wziąć je pod pachę, zanieść na sofę/łóżko, żeby leżały koło mnie. U mnie by to nie przeszło (ale to "zwykłe" dachowce, podczas gdy tamte były rasowe), więc taki widok, w dodatku w środku miasta, zdziwił mnie, nie powiem.

      Dzisiaj akurat jestem totalnie wypompowana, ale za niedługo spełniam swoje kolejne marzenie (wyjeżdżam na urlop), więc materiału powinnam mieć pod dostatkiem na zimowe opowieści przy kominku ;) Stay tuned!

      Usuń
    2. To prawda. Nie uwierzysz, ale ja od chyba już 2,5 mca nie oglądałam Netflixa. K. ma na to czas, kiedy ja pracuję i ma mi nie zawracać głowy, a ja po prostu nie mam kiedy.

      Jak to nikt nie chce? Ja zawsze chętnie dotrzymam Ci towarzystwa! Tyle, że tak rzadko włączam laptopa! Byłoby znacznie łatwiej gdyby można było komentować przez telefon, a ilekroć próbowałam to zrobić-nieskutecznie.

      Czekaj, czekaj, czy Ty mnie namawiasz żebym porzuciła swojego partnera na rzecz Gerarda? ;) Chyba powinnam mu o tym powiedzieć ;)

      Mi też nie zawsze trzeba koca, ale czasami się przydaje ;) Nam się marzy kot norweski, ale póki co nie ma o tym mowy. Kiedyś nawet rozochocona zadzwoniłam się zapytać ile jeden kosztuje bo K. całe życie marzył żeby mieć kota, ale cena jest dosyć zaporowa.

      Ja mam tak cały czas ostatnio, jestem w ciągłym niedoczasie. Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia i zupełnie nie mam pojęcia kiedy je zrobię.

      Usuń
  2. Przepraszam, że nie odwiedzałam, ale zajęta jestem i mieliśmy małą przygodę, po której nie miałam totalnie ochoty na nic.

    Takie zamki uwielbiam; mozna spokojnie pochodzić, napawać się widokami spod murów i z wysokości murów... cudeńko!!!
    Czyli nie zawsze czarny kot to zły omen:) choc tak naprawde w to nie wierzę. Całe życie były u nas czarne koty, które przebiegały nam droge niejednokrotnie.

    Ale wspaniale jest odetchnąć innym, niż lokalne, powietrzem, prawda? To, że można jeździć, to najwspanialsze, co sie wydarzyło w ostatnim czasie. Korzystamy z tego w pełni. Jutro -12/06 - bedziemy w Enniskerry, bo podobno będzie jeszcze piękny plan filmowy do zobaczenia, po kręceniu "Disenchanted". Podobno w piatek umieszczono tam kwiaty zakupione za 2mln euro. dla mnie to gratka z tego powodu. Ciekawe, jak to wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie masz za co przepraszać, Hrabino :) Mam wrażenie, że teraz - z nastaniem lata - każdy jest jeszcze bardziej zapracowany, niż był te parę miesięcy temu, kiedy lockdown niejako wymuszał na wielu z nas zmniejszenie obrotów.

      Ależ rozbudziłaś moją ciekawość tą małą przygodą!

      Ja również przez całe swoje dotychczasowe życie - jak przystało na wiedźmę ;) - otaczałam się głównie czarnymi kotami (nie żebym specjalnie je sobie wybierała, tak jakoś się trafiło, moje ulubione są raczej biało-czarne). Nie jestem przesądna, więc nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, by je dyskryminować.

      Jakiś czas temu natrafiłam w lokalnej gazecie na wzmiankę o "Disenchanted" też w kontekście kwiatów. Z tego, co piszesz, zapowiada się świetnie - żałuję, że nie uda mi się tego zobaczyć. Zrób mi przysługę i zrób dużo fotek :) Wygląda na to, że przed nami piękny, ciepły i słoneczny weekend - u mnie w niedzielę zapowiadają 24 stopnie, ale na zachodzie, gdzie będę, kilka stopni mniej. Wspaniałej zabawy Ci zatem życzę, wyłączam komputer, i uciekam się pakować. Do poczytania :)

      Usuń
  3. Sokole Oko

    Ależ się te historie pięknie czyta ! zamek faktycznie nieźle zachowany nawet lepiej niż nasz w Ogrodzieńcu

    OdpowiedzUsuń
  4. Sokole Oko

    A co tutaj taka cisza ?? niepodobne to do Ciebie koleżanko ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciiii, to ten zapowiadany urlop. Taita nazbierała materiałów i je obrabia. Mam nadzieję, że to coś w irlandzkich klimatach będzie, bo mnie troszkę się już Walia przejadła. Choć piękna jest rzeczywiście, to jednak za morzem.

      Usuń
    2. Sokole Oko

      Eeee no co Ty Zielaku aż tyle urlopu to nie ma .... ja się zaczynam martwić o co kaman :D

      Usuń
    3. W sumie... kiedy tak piszesz, to i ja zaczynam się trochę niepokoić. Choć już kiedyś był taki kilkumiesięczny okres milczenia, ale wtedy nie było żadnych szaleństw zdrowotno-medycznych. W każdym razie, o poważnym wypadku z udziałem polskiej pary nic w Irlandii słychać nie było. Może Rose wie coś więcej, bo mam wrażenie, że są sobie nieco bliższe niż reszta czytaczy bloga.

      Usuń
    4. Sokole Oko

      Tak wiem że były już takie przestoje ... korek taki jakby ... zator co by tego brzydko zatwardzeniem pisarskim nie nazwać :D no ale żeby teraz ... to nie wiem tyle zawsze jest do pokazania i opisania :) może zwykłe lenistwo dopadło :)

      Usuń
  5. Oby to była ta przyczyna. Jeśli masz rację, to po uderzeniu w stół, coś tam powinno się odezwać. Poczekamy ze dwie godziny, i będziemy mogli dalej wymyślać powody niemocy pisarskiej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sokole Oko

      No nie wiem ... chcesz czekać ? wiesz ile możemy super historii wymyśleć w 2h ??? :D

      Usuń
    2. Podoba mi się Twój tok myślenia. :D Na szczęście dla obgadywanej, mam jeszcze masę zajęć a rano znowu w kółka, więc pozwolę sobie nie nadążać za Twoją wyobraźnią. Ale obiecuję, że na jutro coś wymyślę. ;)

      Usuń
  6. W sumie to wymyśliłem nawet trzy możliwe historie. Dwie na tyle frywolne, że lepiej ich nie opisywać bo nie wiemy, czy jacyś nieletni nie czytają tego zacnego bloga, a trzecia taka... No w każdym razie lepiej żeby pozostała w strefie wymysłów.
    Jednak co by nie było, odzewu żadnego. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sokole Oko

      Zachowawczo widzę, że się nie odważyłeś ale ja myślę, że Taita przycupnęła cicho i czeka co tu się dalej wydarzy :D

      Usuń
  7. Czy ta zjawa z kotami to Ty???? No wreszcie!!!! A tak w ogóle... gdzie relacje z nowszych wojaży? Jakieś wyspy, latarnie itp.? Odświeżam stronę niemal codzienni i... nic... :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Niee, ale byłeś bardzo blisko! Nad fotką zjawy jest zdjęcie babuleńki z siwymi włosami i w miętowych spodniach - to ja! ;)

    Co do relacji - część zalega na pulpicie komputera, część w mojej głowie. Może nie uwierzysz, ale dziś nawet otworzyłam Worda, by coś napisać (niesamowity postęp!), potem jednak zajęłam się czytaniem/oglądaniem YT, sprzątaniem szafki w łazience, i nic z tego nie wyszło!

    Wyspa i latarnia już... za parę dni! :) Nawet nie wiesz, jak przebieram nogami z niecierpliwości! Oby jeszcze tylko przeżyć te kilka (zapewne ciężkich) dni w pracy...

    Jakoś tak straciłam zapał do bloga, ale tym stwierdzeniem, że tutaj zaglądasz niemal codziennie, dałeś mi jakże potrzebnego kopa w tyłek na rozpęd ;) Dzięki :)) Postaram się sprostać Twoim oczekiwaniom!

    OdpowiedzUsuń