czwartek, 30 grudnia 2021

Imponujący zamek na klifie - Chepstow Castle


"Za górami, za lasami, nad zdradziecką rzeką Wye, na granicy angielsko-walijskiej leżał sobie imponujący zamek Chepstow" - tak mogłaby się zaczynać baśń dla dzieci, ale jako że jest to historia z gatunku gore, stanowi bardziej "bajkę" dla dorosłych niż dla dzieci. "Bajkę o Trzech Williamach". 

 

Pierwszy William faktycznie nosił numer I w swoim przydomku, a znany jest nam jako Wilhelm I Zdobywca. A tak w ogóle, Wilhelm to ktoś, kto stanowi idealny przykład człowieka sukcesu i dziwię się, że nie jest wykorzystywany jako wzór do naśladowania przez wszystkich coachów motywacyjnych: "Ty myślisz, że masz pecha?! Powiem ci, kto miał pecha! Wilhelm I Zdobywca! Ten to dopiero miał pecha! I to przez całe swoje życie... aż po śmierć. Nie dość, że urodził się z nieprawego łoża, to jeszcze został osierocony przez ojca w wieku siedmiu lat. Wytykany palcami, wyśmiewany, szykanowany, przezywany bękartem. Temu to dopiero wiatr zawsze wiał w oczy! I to do tego stopnia wiał, że kiedy wyruszył ze swoją armią na podbój Anglii, jego statek przybił do jej brzegów jako pierwszy, a reszta armii została gdzieś daleko z tyłu! I co? Nadal uważasz, że masz pecha? To, co ma powiedzieć biedny Wilhelm, którego zwłoki okazały się za duże, więc tak go upychano do grobu, tak wciskano, tak popychano, że aż się rozpękł i swoim fetorem wykurzył wszystkich żałobników z własnego pogrzebu?! Ten to miał pecha! A mimo to zobacz, jak daleko zaszedł - wyszedł ze swojej strefy komfortu i przeszedł do historii! Skoro Wilhelm mógł, to i ty możesz!". Idealny skrypt mowy motywacyjnej. Amen. 


 

Każdy przebiegły coach motywacyjny zataiłby tutaj jeden malutki szczegół, by nie kopać dołków pod własną teorią. Wilhelm może faktycznie urodził się pod złą gwiazdą, ale miał po swojej stronie mocarnego sprzymierzeńca w postaci genetyki, a konkretnie - genu zwycięzcy. Wzięcie pod lupę jego drzewa genealogicznego owocuje momentem olśnienia, jaki miał Archimedes: "Eureka! I wszystko jasne!". Wśród przodków Wilhelma figuruje czarno na białym wojowniczy wiking Rollo (co tłumaczyłoby wspomniany gen zwycięzcy), który - wbrew temu co pokazywano w moich ulubionych "Wikingach" - wcale, ale to wcale nie był bratem dzikusa Ragnara, choć obydwaj byli uderzająco podobni pod względem męskości i waleczności. 


Wilhelm był z deczka przewrażliwiony na punkcie swojego bękarctwa, więc lepiej było go tak nie nazywać, bo lubił takich mocnych w gębie cwaniaków aresztować, a następnie pozbawić ich członków (w sensie: kończyn!). Zupełnie nie rozumiem takiego barbarzyńskiego zachowania. Ja bym kazała uciąć język a nie ręce i stopy. 


 

 

Wilhelm I Zdobywca może się tutaj jawić jako tyran i okrutnik, ale tak naprawdę to całkiem przyzwoity człowiek z niego był - miał cechy, które ogromnie cenię w innych. Miał gest, przez co na łożu śmierci wybaczył swojemu krnąbrnemu synowi walczącemu przeciwko niemu, Robertowi II Krótkoudemu, który to śmiertelnie się obraził na ojca za to, że... tatulek się za nim nie wstawił, kiedy jego młodsze rodzeństwo w ramach psikusa zrobiło mu śmigusa-dyngusa w śmierdzącej wersji i oblało go cuchnącą wodą z kloaki, szamba czy też innego nocnika. A mimo to zostawił mu hojny prezent pożegnalny w postaci Normandii. 


 

Wilhelm był też bardzo wdzięcznym człowiekiem, który odpowiednio doceniał wierność i lojalność. Także tę małżeńską. Jego małżeństwo uchodziło bowiem za udane, a historia nie odnotowuje żadnych płomiennych romansów ani chwilowych uciech cielesnych. Może dlatego, że Matylda, jego żona licząca sobie metr w kapeluszu (a tak naprawdę 152 cm), była piękna, a może dlatego, że przypominała z urody Matkę Boską i Wilhelm zwyczajnie bał się kary boskiej. Za lojalność i oddanie szczodrze wynagradzał, szczególnie tych, którzy wiernie mu towarzyszyli w drodze na szczyt. 



I tu na scenę wkracza drugi bohater, William FitzOsbern, ale - Uwaga! Spoiler! - długo na niej nie zagości, bo dość szybko kopnął w kalendarz. Co prawda nie z własnej woli, tylko z pomocą innych, ale to nie ma większego znaczenia dla naszej historii. Liczy się to, że ojciec naszego Williama FitzOberna dzielnie służył u boku Zdobywcy, a swoją służbę przypłacił nawet życiem, broniąc młodego Wilhelma przed zamachowcem (zapomniałam dodać, że swego czasu wrogowie Wilhelma zrobili sobie hobby z knowań przeciw niemu i wymyślnych prób pozbawienia go życia). 



Zdobywca najwyraźniej nigdy nie zapomniał o tym bezinteresownym geście ojca Williama, jak i o oddaniu jego syna, bo niedługo po bitwie pod Hastings, która zakończyła się sukcesem najeźdźców, wyniósł go do rangi hrabiego i nadał mu ziemię na południu Walii - właśnie tam, gdzie leży zamek Chepstow. William zaś skwapliwie wykorzystał okazję i wybudował kilka twierdz nad rzeką Wye, znajdującą się na piątym miejscu w rankingu najdłuższych rzek w UK, by mieć kontrolę nad pokonanym ludem i ważnym "węzłem komunikacyjnym", jakim bezsprzecznie była rzeka. William dał zatem w 1067 roku ważny zaczyn twierdzy Chepstow, która szczyci się tym, że jest niejako kamiennym prototypem zamków (wtedy wznoszono głównie te "prymitywne" drewniane) na brytyjskiej ziemi, i że to na niej się później wzorowano. Williama zaciukano cztery lata później, nie zdążył się zatem zbytnio nacieszyć swoją nową posiadłością.


 

Za to dzięki trzeciemu bohaterowi naszej opowieści, Williamowi Marshalowi, możemy cieszyć oczy obecnym kształtem zamku - bo to głównie jego spuścizna -  a także niebywałym artefaktem w postaci oryginalnych dębowych drzwi zamkowych, które uchodzą za najstarsze udokumentowane zamkowe wrota w Europie, jako że wykonano je nie później niż w 1190 roku!  Mają jakieś trzy i pół metra wysokości, dwa i pół metra szerokości i jeszcze do lat 60. XX wieku tak po prostu beztrosko wisiały sobie w bramie zamkowej - całkowicie wyeksponowane na szkodliwe czynniki, w tym także ten ludzki. Później jednak postanowiono je skopiować i zastąpić repliką, oryginał zaś umieścić na zamku w bardziej przyjaznych warunkach. Dzięki genialnemu wykonaniu i zastosowaniu innowatorskiej metody udało im się dotrwać do naszych czasów w imponująco dobrym stanie. 


 

Tak na marginesie - wypadałoby tu wspomnieć, że William, którego żywot można by było podsumować hasłem "od zera do bohatera", dokonał niebywałego czynu jak na ówczesne czasy, i dożył 72 lat. Zaczął skromnie jako ubogi człowiek bez ziemi, a skończył jako jeden z najlepszych średniowiecznych rycerzy. Sam zamek zaś trafił w jego ręce niejako psim swędem dzięki ożenkowi z bogatą córką Strongbowa, który - swoją drogą - miał niegdyś swoje "centrum dowodzenia" w zamku Chepstow i to tu usilnie rozkminiał, jak najechać i podbić naszą piękną Irlandię. 



Co ciekawe, jakiś czas później historia zatoczyła koło - cały dobytek Marshala został ostatecznie podzielony między jego zięciów, jako że jego synowie zmarli bez męskiego potomka, co miało być efektem klątwy rzuconej na naszego bohatera przez mściwego irlandzkiego biskupa, któremu Marshal  podprowadził nieruchomości, do których duchowny rościł sobie prawa. 


A na zakończenie dodam, że Chepstow już zawsze będzie mi się kojarzył jako zamek-niespodzianka i zamek-matrioszka, bo kiedy myślisz, że to już koniec zwiedzania, okazuje się, że za jednym dziedzińcem jest jeszcze jeden, a potem jeszcze kolejny! Położenie twierdzy wzdłuż rzeki niejako wymusiło na budowniczych ten jakże nietypowy układ. 


 

Chepstow Castle okazał się dla mnie największym zaskoczeniem - i to nie tylko tego konkretnego, trzeciego dnia naszego pobytu w Walii, ale całych wakacji. A to głównie dlatego, że w ogóle nie mieliśmy go w planach. Jechaliśmy bowiem do neogotyckiego Castell Coch, który spokojnie mógłby dostać angaż w jakimś animowanym filmie Disneya, kiedy do Połówka zadzwonił kolega z pracy, by skonsultować pewne zagadnienie. Zaczęliśmy więc dumać nad rozwiązaniem problemu, śmiać się ze swoich głupich pomysłów, co z kolei mocno rozkojarzyło siedzącego za kierownicą Połówka i doprowadziło do przegapienia odpowiedniego zjazdu. Na zawrócenie okazało się za późno, bo nim się obejrzeliśmy, wjechaliśmy na autostradę M4, prowadzącą do Anglii, gdzie z kolei niedługo później ujrzeliśmy znak do Chepstow za jakieś 32 "km". 


 

Szybko zatem zmodyfikowaliśmy plany, pamiętając, że w tym mieście też jest jakaś twierdza, a te trzydzieści kilometrów to przecież nic. Gdzieś w połowie - dziwnie wydłużającej się drogi - oświeciło nas, że to wcale nie były kilometry tylko mile.  I pomimo tego, że na każdym z trzech pasów autostrady panował niesamowicie duży ruch, przez co po raz pierwszy czułam się dość niekomfortowo na walijskiej drodze, zamek okazał się zdecydowanie wart wizyty, a teza postawiona w "Efekcie motyla", jakoby taki drobiazg jak trzepot skrzydeł motyla mógł spowodować tajfun na drugiej półkuli, okazała się prawdziwa. Bo gdyby nie ten telefon, na pewno byśmy tutaj nie przyjechali. Wypadałoby chyba zatem podziękować koledze?  



 

42 komentarze:

  1. Dobry wieczór!

    Piękny i imponujący zamek! Mimo to jakoś Walia nie jest na mojej liście. Wolę skromną Irlandię. Coś z tymi Williamami jest nie tak, są pechowi, nie sądzisz? A swoją drogą ciekawa jestem czy aktualnie intersują Cię losy The Royal Family?

    Cóż to jest 1,52 kiedy ja mam 1,49 i nikt nie chce w to uwierzyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jak możesz woleć skromną Irlandię, jeśli nie byłaś w Walii? ;) Wybaczam Ci, bo nie wiesz, co czynisz! Śmiem twierdzić, że gdybyś dotarła do zatoki Three Cliffs, przespacerowała się z Luną po złocistych plażach na południu kraju, stanęła na cyplu koło zamku Llansteffan, zobaczyła majestatyczność Rhosilli Beach, zakochałabyś się w tych widokach i chciała je oglądać do końca życia! ;) Tak wnioskuję, biorąc pod uwagę to, czym się zachwycasz i znając już trochę Twój gust i upodobania.

      Może wyjdę na ignorantkę, ale prawda jest taka, że losy The Royal Family nigdy mnie nie interesowały. Jakoś nigdy nie potrafiłam zrozumieć tej ekscytacji nimi.

      149?! Kruszyna! Od dziś mówię na Ciebie "Calineczka"!

      Usuń
    2. Po prostu ;-) Czasami wiem, że jakieś miejsca nie są dla mnie. Za to chętnie bym odwiedziła Szkocję! Być może, ale nie pałam wielką miłością do Brytyjczyków, zdecydowanie od nich wolę Irlandczyków ;)U Brytyjczyków podoba mi się Tea Time, śniadanie, bo jest podobne do Irlandzkiego i jeśli mają piękny wyszukany akcent. Akcentu, kiedy mówią jak z kluskami w paszczy nie lubię.

      Czyli chcesz mi powiedzieć, że nie obejrzałaś ani jednego odcinka The Crown?

      To nie wiedziałaś?! ;-)

      Usuń
    3. Myślałam, że masz nieco ponad 150 cm!

      I tak, zgadza się - nie widziałam ani jednego odcinka "The Crown". Ach, w poprzednim komentarzu zapomniałam dodać, że Walia w wielu miejscach wygląda tak jak Kornwalia w "Poldarku". Choć teraz to już nie jestem pewna, czy bardziej wzdychałaś do niej czy do samego Poldarka ;)

      O tak - nie ma to jak porządny, wyrafinowany akcent :) I'm a sucker for a good posh accent ;) Uwielbiam na przykład akcent i barwę głosu Emmy Thompson. To zresztą jedna z moich ulubionych aktorek.

      Usuń
    4. A jednak nie ;) Mam dokładnie 149 cm :P

      Ooo Poldark bardzo mi się podobał! Piękne krajobrazy! Podobał mi się klimat serialu ;)

      Dokładnie! Pięknego akcentu się przyjemnie słucha. To chyba moje zboczenie, ale nawet jak ktoś niedokładnie i niedbale mówi po Polsku, również mnie to drażni.

      Usuń
    5. Wybacz mi to pytanie (być może głupie z Twojego punktu widzenia), ale naprawdę jestem ciekawa, jak Ci się żyje z takim wzrostem? Gdybyś mogła to zmienić, zdecydowałabyś się na taki krok? Nie przeszkadza Ci w wykonywaniu niektórych codziennych czynności (o problemach za kierownicą już wiem)? Pytam, bo ja chętnie wydłużyłabym się o jakieś 5-6 cm, mimo że jestem średniego wzrostu. Zdarza mi się niekiedy stawać na palcach, kiedy chcę ściągnąć coś ze sklepowej półki, zdarzyło mi się też ściągać z niej coś dla jakieś maleńkiej babci, kiedy nie mogła dosięgnąć produktu, który chciała.

      Wygląda na to, że mamy to samo zboczenie ;) Dorzuciłabym do tego także niedbalstwo w piśmie.

      Usuń
    6. Jak byłam krnąbrną frelką to miałam duże kompleksy, z wiekiem polubiłam mój wzrost. Jasne, bywa to kłopotliwe, kiedy musisz iść i kupić kobiecą rzecz, a nie dosięgasz albo ubrania w sklepie są zbyt wysoko...Najbardziej w życiu dorosłym wkurzył mnie instruktor nauki jazdy, który mi powiedział, że dla mnie w samochodzie wszystko jest za duże i nie powinnam jeździć. Kolejny, w moim rodzinnym mieście zrobił to inaczej. Któregoś razu niczym Archimedes wykrzyknął: ja już wiem dlaczego Ty jeździsz po krawężnikach! Ty ich nie widzisz! I nakazał od następnej lekcji mieć ze sobą poduszkę pod tyłek. Ta poduszka poddupna została już ze mną na zawsze ;-) Kiedy kupowałam swój samochód założyłam, że siedzenia muszą się podnosić. Na parkingu u rodziców okazało się, że jednak się nie podnoszą, mój tata wówczas z przerażeniem w głosie zapytał: ale do pedałów dosięgasz? :D Szczęśliwie dosięgałam, ale wiem, że nie we wszystkich markach samochodów dosięgam ;-) Za poplucie monitora nie odpowiadam, wybacz :D

      Mogli to kiedyś zmienić moi rodzice. Lekarze zalecali podanie hormonów wzrostu, ale w tamtych czasach dużo było przypadków, że ktoś nie przestawał rosnąć po hormonach i wiadomo jaki był koniec...Nie zdecydowali się.

      Z pismem to ja mam gorzej, bo sama piszę jak kura pazurem, w czasach szkolnych miało to swoje korzyści, kiedy wiedziałam po kartkówce co źle napisałam, a nauczyciel mnie wołał do biurka, abym mu odczytała swoje bazgroły :D

      Usuń
    7. Haha :) Ja tam specjalistką nie jestem, ale w Twoim modelu chyba się nie podnoszą - wynajęliśmy kiedyś takie auto na pobyt w Szwajcarii i nie było opcji podnoszenia/obniżania foteli, jedynie standard: przybliżanie i odsuwanie. Jeśli kiedyś zdecydujesz się zmienić auto, to zerknij na audi A4 - tam masz podnoszone fotele niemal pod sam sufit ;) Byłabyś wniebowzięta! :)

      No i dobrze, że Cię nie nafaszerowali tymi hormonami - małe jest piękne! Kto wie, co by z Ciebie wyrosło? Jeszcze zamieniłabyś się w Frankensteina albo Hulka ;)

      Twoje wcale nie jest znowu takie złe, wierz mi! Widziałam gorsze. Mój brat to w ogóle miał takiego kolegę-agenta, który tak bazgrał, że sam nie był w stanie odczytać, co napisał. True story! A tak w ogóle, to nie chodziło mi o charakter pisma tylko o błędy ortograficzne i brak interpunkcji. Nie jestem w stanie czytać długich wypowiedzi osób, które nie stosują interpunkcji.

      Aż mnie język świerzbi, by Ci powiedzieć, że mam nadzieję, iż dopadła Cię karma i sama musiałaś kiedyś rozszyfrowywać wypracowania bazgrzących uczniów! ;P Niechlujne pismo to ZŁO ;) Już miałam kiedyś przypadek, kiedy musiałam tłumaczyć pewnej osobie, że źle odczytała liczby zapisane przez mojego szefa, stąd różnica w naszych dokumentach.

      Usuń
    8. Dokładnie, tylko zbliżanie się i oddalanie, ale ile gracji a takie małe autko! W najlepszych czasach wcisłam się nim wszędzie! O nie, nigdy w życiu. K. by chyba zerwał zaręczyny, gdybym mu powiedziała, że kupuję audi :P W samochodzie, który właśnie sprzedał siedzenie też się wysoko podnosiło, ale dużo gorzej i mniej zwinnie się autko prowadziło. Moje działa na dotyk, delikatnie, zwinnie ( w końcu to auto typowo miejskie).

      Albo Quasimodo ;)

      Bywają i tacy, co zrobisz. Kiedyś brałam udział w konkursach ortograficznych, ale zdarza mi się z interpunkcją mieć problemy, także nie bij please.

      A mi się wydaje, że wszyscy ludzie z wielką inteligencją i charaterem bazgrzą, ot co!

      Usuń
    9. No co Ty! Nie zrobiłby tego! Nie przy zdrowych zmysłach! I co jest nie tak z audi? Nie lubi niemieckich samochodów czy za drogie w eksploatacji? Jaka jest w ogóle jego ulubiona marka? Mój brat, wielki miłośnik motoryzacji, zdecydowanie lubi takie jak ja - duże, piękne i niemieckie. Przez długi czas był wierny volkswagenowi, jakiś czas temu przerzucił się na mercedesa i też sobie chwali.

      Albo Quasimodo :) Powiem Ci jednak, że Quasimodo miał w sobie jakiś urok i był na swój sposób słodki, czego nie można powiedzieć o Frankensteinie albo wkurzonym Hulku ;)

      A komu się nie zdarza? Miałam na myśli takie osoby, które w ogóle nie stosują się do zasad interpunkcji. Ty do nich zdecydowanie nie należysz.

      Nie przychylam się do tej dyskryminującej tezy wyssanej z palca ;)

      Usuń
    10. Rose, nakręciłaś temat z tym wyznaniem wzrostu. ;) I dziękuję za życzenia.
      Zgadzam się z Taitą, że małe jest piękne, choć tak, duży (czasem) może więcej. Ja z kolei z racji wzrostu, a może krótkich nóg, skazany jestem na niskie motocykle. ;)
      Ale jeśli chodzi o widoczność z fotela kierowcy, to jak dotąd żaden inny samochód nie przebił, w mojej ocenie, toyoty Yaris pierwszej generacji. A w kilkudziesięciu modelach miałem okazję siedzieć za kierownicą z racji wykonywanej pracy. Podobnie do brata Taity, także przez dłuższy czas byłem fanem niemieckiej motoryzacji. Kolega mnie ostrzegał, że po przesiadce do "japończyka" nie będę chciał wrócić do europejskich samochodów i miał rację.
      Taito, coś może być na rzeczy z tym bazgraniem. Skoro Ty, Rose, mój kolega (lekarz) i ja także, nie jesteśmy mistrzami kaligrafii... À propos odczytywania pisemnych prac, to mój rzeczony kolega stosował tę samą metodę w liceum. A w podstawówce polonistka powiedziała mu, że z takim pismem to się tylko na lekarza nadaje. I tak mu zostało. ;)
      Kiedyś mi nawet pracę domową, na przerwie przed lekcją polskiego napisał, a że nie byłem w stanie jej przeczytać, to zakończyło się oceną taką jak zawsze. ;) Były czasy...

      Usuń
    11. Taito: Kto wie, kto wie ;-) Nie lubi niemieckich samochodów i nie tylko samochodów. Jeśli jest miłośnikiem Japonii to...jaka jest ulubiona marka, no zgadnij? ;-) Od rozwiązania zagadki już blisko do zgadnięcia od czego zaczęliśmy naszą rozmowę na słynnym weselu :D Także, zgaduj!

      To ja mam zupełnie inaczej. Wolę takie pyci pyci. Zastanawiałam się nad Toyotą, Mini i Beetle.

      Mówisz? To chyba brzmi jak komplement, także dziękuję Taito ;)

      Zielaku: ;-) Myślę, że z tym więcej działa w obie strony. Miałam wysoką koleżankę kiedyś i wiem, że jej to nie służyło, ogromne problemy z kręgosłupem. Yaris pierwszej generacji dobrze się prowadzi, drugiej również, trzeciej najgorzej ;)

      Czyli opłacało się bazgrać! Ah te szkolne czasy kiedy człowiek był piękny i młody ;-)

      Usuń
  2. Bryczór!
    To na początek życzę wszystkim odwiedzającym tego zacnego bloga Zdrowego Nowego Roku!!! I nie mam tu na myśli jedynie zdrowia psychicznego. ;)
    Zamek, jak i poprzednie, opisany ładnie i zwizualizowny ślicznymi fotkami. Jednak początek wpisu zwiastuje nowy, jakże przyjemny trend. Mam nadzieję, że trend. Uwielbiam historie zaczynające się "Za górami, za lasami...". I przyznaję, że zaczytałem się w tym wpisie. Być może nie wszyscy poprą moje zdanie, jednak jeśli którymś z kolejnych wpisów będziesz miała ochotę Taito ucieszyć moją skromną osobę, to już wiesz jaki styl wybrać. :)
    149?! Droga Rose, toż to marzenie zdecydowanej większości brzydszej połowy ludzkości. Może nie żeby taki wzrost posiadać, ale już związanie się z partnerką o takim wzroście na pewno. Toż to nawet gość o moim wzroście może poczuć się przy Tobie jak prawdziwy mężczyzna. Taki Franek Kimono co to zna parę chwytów i ciałem zasłoni. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, Zielaku, że w pierwszy dzień nowego roku zniszczę Twoje ciche "marzenia", ale... to tak nie działa. Kiedy pisałam Ci w przeszłości, że nie mam w planach pisania książki (ani nawet żadnych artykułów), to tak właśnie było. "I meant it" - jakby to powiedzieli tubylcy. Wiesz, całe piękno prowadzenia bloga polega na tym, że robię to całkowicie po swojemu. Nikt mi nie wyznacza terminów, nie każe do tego i tego dnia "wyprodukować" 100 stron czy ileś tam rozdziałów. Nikt nie ingeruje w mój styl, nie próbuje go zmienić pod swój gust czy pod publikę. Miałam kilka propozycji wydania przewodnika po Irlandii, ale każdą z nich odrzucałam, bo nie mogłam zaakceptować pewnych punktów w kontrakcie. Jeśli chodzi o pisane, to moje podejście jest proste: albo robię to po swojemu, albo nie robię tego wcale. Tutaj nie idę na żadne kompromisy. Dlatego też nie piszę na zamówienie - nie potrafię, ale też nie chcę. Czasy szkolne, kiedy musiałam dostosowywać się do pożądanej formy rozprawek, esejów, wypracowań, na szczęście minęły.

      Jesteś jednym z moich nielicznych wiernych czytelników, wiesz zapewne doskonale, że mam w swojej historii różne wpisy: jedne lepsze, drugie gorsze. Kiedy siadam do komputera, to często wiem, co chcę przekazać, ale nie do końca wiem, w jaki sposób to zrobię: czy będzie to Twój ulubiony styl, czy wręcz przeciwnie - ten, którego nie znosisz. Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale to zależy od mojego natchnienia, nie ode mnie. Poza tym naprawdę chciałbyś, aby każdy mój wpis (albo nawet co drugi) zaczynał się od "za górami, za lasami..."? ;)

      Podsumowując ten przydługi wywód - nie jest to zatem żaden trend, wybacz, że Cię rozczarowałam. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że uda mi się ucieszyć Cię w inny sposób (jakością, fotkami, częstotliwością, irlandzkimi wpisami...)

      Wszystkiego dobrego na ten nowy rok, Zielaku. Wielkie dzięki za długie lata komentowania i wszystkie uwagi.

      Usuń
    2. Zaczynając od końca, you'r welcome, jak mawiają lokalsi. I dziękuję za życzenia. :)
      Jestem niezmiernie wdzięczny, za wszystkie wpisy jakie miałem możliwość przeczytać na Twoim blogu i to, że mam jakieś tam ulubione formy, nie powinno mieć ŻADNEGO znaczenia ani wpływu na to jak i kiedy piszesz. :) To tylko taka, żartobliwa w zamyśle, uwaga była, à propos "baśniowości". No, ale nie wyszło. Może następnym razem wyjdzie mi lepiej. Całkiem niedawno przejeżdżałem w okolicach Cahir i rzucił mi się w oczy drogowskaz do szwajcarskiej chatki. Mam przeczucie, że wrócę do Twojego opisu tego miejsca, zanim je odwiedzę osobiście. :)

      Usuń
    3. Szczęśliwego Nowego Roku Zielaku ;-)

      Wybaczcie, że się wtrącam, ale ja Taitę rozumiem. Chętnie dawno dawno temu poszłabym na polonistykę, ale pomijając fakt, iż jest to kierunek wysoce niepraktyczny, zniechęcił mnie przymus czytania narzuconych z góry lektur. Wolna dusza nie lubi, kiedy coś jej się narzuca.

      Co do "1,49" cóż, zapewne tak jest, wszak nie wszyscy przedstawiciele "płci brzydkiej" są wysokiego wzrostu a okropne stereotypy robią swoje.

      Miłego wieczoru dla Was :-)

      Usuń
  3. Szwajcarska chatka jest urocza! Że też pamiętałeś wpis o niej! Niesamowite - od tamtego momentu minęło TYLE lat, a ja nadal doskonale pamiętam, jak wielkie wrażenie na mnie zrobiła. Z lekkim rozrzewnieniem wspominam też tamte czasy, kiedy Irlandia to była dla mnie taka "terra incognita". Brałam do ręki przewodnik i mogłam wybierać spośród kilkudziesięciu atrakcji - teraz zaś muszę się niejednokrotnie mocno namęczyć, żeby znaleźć zabytek albo zakątek, w którym jeszcze nie byłam.

    Jako wolny ptak bardzo nie lubię, kiedy ktoś mi coś narzuca - ot, taka luźna uwaga skoro jesteśmy w tematyce :) Widzę, Rose, że doskonale mnie rozumiesz :*

    Nie martw się jednak, Zielaku, nie odebrałam Twojego komentarza jako próby wymuszenia czegokolwiek. Zależało mi po prostu, żebyś wiedział, że w tym przypadku chęci nie zawsze są jednoznaczne z możliwościami. Lubię po prostu poddawać się wenie, a nie obmyślać styl, w jakim coś napiszę. To samo przychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj, wspaniale się z Tobą podróżuje, ciekawie piszesz.
    Cieszę się, że tu trafilam.
    Pozdrawiam z www.ogrodwarzywny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny i dobre słowo, Małgorzato :) Wspaniałego nowego roku - aby wszystko pięknie Ci rosło w tym Twoim imponującym ogrodzie warzywnym!

      Usuń
    2. Pytałaś, jak się tu znalazlam. Otóż sama nie wiem :-)
      Wierze, ze nie ma przypadków, bo lubię Cie czytać i z ekscytacją czekam na kolejne Twoje opowieści.

      Usuń
  5. zdecydowanie wypadałoby bo zamek niczego sobie i nawet świetnie zachowany nie jakaś tam ruina ale po kolei.

    1. Czy William a Wilhelm to jest to samo imię ? bo używasz zamiennie a sądziłam dotąd, że to nie to samo.

    2. Robert II Krótkoudy ciekawe ile miał wzrostu i czy te uda miał jakieś takie nieforemne tylko czy cały był kurduplem

    3. Matylda alias MB ciekawe jak wyglądała bo w sumie matkę Boską to różnie się przedstawia i szczerze mówiąc nie zawsze jej uroda do mnie przemawia. Czasem zwyczajnie jest brzydka lub pospolita zależy od wizji artysty.

    4. Zajebista ławka !!! że o tych super drzwiach nie wspomnę bo to w ogóle wisienka na torcie.

    5. Okno z bluszczem też mi się podobuje oraz pogoda taka nie angielska no i ludzie na krótko poubierani ... na Twoich fotach to oznacza upał nieziemski :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to mówiłam ja Sokole Oko ... dopiero wpadłam teraz bo tydzień mi zajęło ogarnianie blogu niejakiego Dariusza

      Usuń
    2. Bardzo fajny zameczek, pod pewnymi względami nawet wyjątkowy. Nie przypominam sobie, bym kiedyś miała okazję oglądać na żywo tak wiekowe i oryginalne drzwi! Lokalizacja też fajna, tylko kolor rzeki mógłby być lepszy ;)

      1. Używałam zamiennie, bo tak właśnie tłumaczy się Williama the Conquerora na język polski (Wilhelm I Zdobywca)

      2. Nie mam pojęcia, ile miał wzrostu, ale jego przydomki (Krótkonogi, Krótkoudy i Krótka Opończa) sugerują raczej, że był Liliputem a nie Gulliverem ;) Tym bardziej, że w dawnych czasach ludzie raczej nie grzeszyli wzrostem.

      3. Prawda - Matka Boska przeróżnie jest obrazowana, podobnie zresztą jak sam Jezus. Jak jesteś ciekawa, to wyszukaj sobie Matyldę Flandryjską.

      4. Prawda? :) Na pewno oryginalna i pomysłowa, fajnie, że zwróciłaś na nią uwagę. Miałam nadzieję, że ktoś ją skomentuje. Podobnie zresztą jak ptaki, ale chyba nie ma tu żadnych ich wielbicieli :)

      5. To był gorrrący dzień. Jakieś 26 stopni. I wierz mi, u nas 26 stopni, to naprawdę dużo! Czasem przy dwudziestu można się spalić. Ba! My kiedyś pojechaliśmy w pochmurny dzień na plażę, spędziliśmy na niej (i w wodzie) prawie cały dzień, a na drugi dzień miałam pęcherze na dekolcie, ramionach i plecach, co nigdy mi się nie zdarzyło w Polsce przy znacznie wyższych temperaturach. A "najlepsze" jest to, że tego feralnego dnia słońce było schowane za chmurami, a ja doszłam do wniosku, że nie ma sensu smarować się kremem do opalania (czego nie lubię). No cóż, boleśnie zapłaciłam za swoją głupotę.

      Usuń
    3. Haha, no Dariusz jest zdecydowanie bardziej płodny ode mnie! ;)

      Usuń
    4. Sokole oko

      No właśnie dlatego u Dariusza zabawiłam dłużej. To kara za nieregularne czytanie.

      1. Acha czyli wygląda na to, że to jest to samo, ciekawe. Sądziłam, że to dwa różne imiona.

      2. Tu z kolei ciekawa byłam czy miał defekt nóg czy ogólnie był skarlały ale chyba ogólnie niski jak na faceta i stąd przydomki tak niechlubne.

      3. Wygooglowałam ... zdecydowanie można ją przyrównać do MB .... no ładna była przyznaję !

      4. Świetna z tymi wieżyczkami :) takie rzeczy fajnie się komponują na zamkach. Ptaki mnie nie ruszają niestety.

      5. Ulala ... to my się tak a raczej moja połowa spaliliśmy w San Francisco. Zimno było, wiało jak cholera a słońce cały dzień za chmurami ale tam tubylcy wiedzą, że taki klimat i trzeba się mimo to smarować. Dlatego w restauracji wieczorem moja połowa miała czerwone czoło a potem można było skórę zdejmować płatami ... kelner nie omieszkał zapytać czy mamy jakiś problem ze słońcem ...

      Usuń
    5. Szanuję, że zdecydowałaś się jednak nadrobić wszystkie zaległości, a do tego jeszcze sumiennie skomentować każdy zaległy wpis! Nie chcę być niewdzięczna, ale przyznam, że wolę, kiedy robisz to na bieżąco a nie hurtowo, bo wtedy nie nadążam z odpowiedziami ;) Niemniej - wielkie dzięki za każdy komentarz i poświęcony na nie czas :)

      3. Też mi się spodobała!

      4. A ja je lubię, choć zdarza mi się na jakiegoś rzucić klątwę, kiedy zafajda mi świeżo umyte okno!

      5. Nie no, Ty to masz karnację do pozazdroszczenia i opalasz się niemal na heban. Ja to trochę jak ten Twój małżonek udający bezdomnego na plaży (do dziś się śmieję, jak sobie go przypomnę!) :)) Czerwone czoło to mój rekwizyt wakacyjny ;) Możesz sobie wyobrazić, jak "pięknie" nieraz wyglądam po zdjęciu moich wielkich przeciwsłonecznych okularów a la Jackie Onassis: biała skóra pod oczami i nad brwiami, cała reszta czerwona jak pomidor!

      Usuń
  6. W samej rzeczy foremny i cieszacy oko zameczek - cytujac klasyka. Podoba mi się ławeczka, to bardzo ładna ławeczka.

    Nie wiedziałem, że jesteś fanka Wikingów. Też ogladałem łapczywie, póki tempo akcji drastycznie nie siadło, mniej więcej gdy Rollo przeszedł na ciemna stronę mocy. Porzuciłem wówczas serial, bowiem mnie nudził.

    Co ciekawe ponoć dzikus Ragnar, też nie jest w rzeczywistości dzikusem Ragnarem, a dokonania, które mu się przypisuję, sa naprawdę dokonaniami kilku różnych osób.

    Jeśli jeszcze nie widziałaś, polecam "Last Kingdom", gdzie pojawiaja sie synowie Ragnara - Ivarr i Ubba. W mojej opinii znacznie lepszy serial niż "Wikingowie", a tematyka bardzo podobna. Czytałem ksiażki, na podstawie których został nakręcony i jestem ogromnym fanem autora. Nadchodzacy sezon Last Kingdom ma być ostatni, po cichu liczę, że wówczas Netflix zabierze się za inne dzieło tego samego skryby - trylogię arturiańska. Wiekopomne dzieło, oprócz sagi o wiedźminie nic lepszego w życiu nie czytałem.

    Pozdrawiam goraco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MiSzA :)

      Jako osoba, która ma dwie lewe ręce do rękodzieła, jestem pełna podziwu dla wszystkich tych, którzy potrafią "z niczego" wyczarować różne takie cudeńka. Nie wiem, gdzie ja byłam, kiedy Bozia rozdawała talenty! Na pewno nie stałam wtedy w kolejce ani po urodę ani po rozum ;) Chyba po prostu przespałam ten moment! A może Stwórcy już się skończyły gratisy do rozdania :)

      Tak! TAK! TAAAK!!! Chyba jeszcze nigdy tak bardzo się z Tobą nie zgadzałam! Przyzwyczajona jestem do tego, że mamy lekko odmienny gust - to say the least ;) Ja również z wielkim zaangażowaniem oglądałam pierwsze sezony "Wikingów" - porywający i dynamiczny serial z klimatyczną muzyką Fever Ray :) Aż sobie odpaliłam "If I Had A Heart" i "Keep The Streets Empty For Me" z sentymentu (dzięki, że niechcący mi o nich przypomniałeś). Ja również go nie dokończyłam, bo przestał mnie interesować. A stało się to właśnie w podobnym momencie, po śmierci Ragnara. Zaczęłam oglądać piąty sezon, ale to już nie było to samo.

      Co się zaś tyczy "Last Kingdom", to właśnie przechyliłeś szalę wagi - wielokrotnie mignął mi na Netfliksie i parę razy już byłam bardzo bliska odpalenia go, ale zawsze rezygnowałam w ostatnim momencie. Skoro tak rekomendujesz, to już nie mam wątpliwości :)

      A właśnie! Widział już drugi sezon "Wiedźmina" z boskim Henrykiem Cavillem? :) Coś czuję, że świetnie dogadałbyś się z Połówkiem, bo on jest wielkim fanem Sapkowskiego (już zdążył kupić w przedsprzedaży planszówkę "Wiedźmin: Stary świat"!, a ja czuję, że będzie do niej potrzebował łosia, któremu będzie można dać łupnia) i to właśnie za jego namową przeczytałam cykl wiedźmiński, trylogię husycką, a nawet "Żmiję", która z nich wszystkich była zdecydowania najgorsza. Niestety nie podzielam Waszego zachwytu Sapkowskim, tak samo jak nie przepadam za Pratchettem (wybacz!) i Pilipiukiem - not my cup of tea :( Ale jak masz ochotę pograć z kimś w gwinta (eyeroll), to mogę Ci dać namiary na chętnego ;)



      Usuń
  7. Ja nawet do śmierci Ragnara nie dotarłem. Ledwie minąłem tą udawaną, zainscenizowaną, by zdobyć Paryż. Potem to już była równia pochyła, Ragnar zaczął świrować i oglądać się tego nie dało.

    Last Kingdom wręcz odwrotnie. Im dalej w las, tym więcej prawdziwków. Co sezon to lepszy. Najsłabsze są pierwsze odcinki, miej to na uwadze, jeśli przejdzie Ci przez myśl, na tym poprzestać. Chronologicznie to niemal sequel Wikingów. Tylko tym razem Sasi są ci dobrzy, a Wikingowie ci źli. Ach, aż Ci zazdroszczę, że będziesz oglądać to pierwszy raz :)

    Widziałem Wiedźmina. Zgodzę się, że Henry był boski, choć w innych pewnie kategoriach, niż Ty to postrzegasz. Kolejne sezony też obejrzę, ale po drugim wrażenia mam takie, jakby mi ktoś za przeproszeniem nasrał do serca. Ja wiem, że teraz trend jest taki, że cały świat jest zachwycony Wiedźminem, tylko polscy fani książki kręcą nosem. Uważam, że obsada jest bardzo trafiona, a wszelkie zarzuty o kolorze skóry postaci, które czytelnicy wyobrażali sobie jako przedstawicieli czystej rasy aryjskiej, postrzegam jako żenujące. Ale fabuła jest nędzna. Rozumiem znaczenie słowa adaptacja, ale nie rozumiem po co zastępować doskonałą historię taką papką dla gimbazy, która z sagą niewiele ma wspólnego.

    Cóż, do trzech razy sztuka. Może dożyję kolejnej adaptacji, która odda dziełu należyty szacunek. Na marne pocieszenie kawałek Burn Butcher Burn jest kapitalny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś ewidentnie "nie pykło" w tym serialu, bo i ja w pewnym momencie doszłam do takiego wniosku. Zapowiadał się obiecująco, niestety skończył jak wiele innych - pod szyldem "zmarnowany potencjał".

      Twórcy "Last Kingdom" powinni Ci sypnąć nieco groszem za taką wyśmienitą reklamę serialu, której nie powstydziłby się nawet najlepszy marketingowiec ;) Gdyby nie to, że właśnie skończyłam oglądać "Eternals" i już mam serdecznie dość gapienia się w szklany ekran, to pewnie jeszcze dzisiaj zabrałabym się za pierwszy odcinek! Ale co się odwlecze... :)

      Miałam okazję oglądać Henry'ego w "The Tudors" dobrych kilka lat temu, ale jakoś nie urzekł mnie swoją grą. Nie byłam jego fanką i nadal nie jestem, ale niesamowicie podoba mi się w roli Wiedźmina - nie wiem, czy jest ktoś, kto mógłby lepiej go zagrać. I nawet barwę głosu ma jakby podobną do Żebrowskiego :) Jako że nie jestem miłośniczką wiedźmińskiej sagi i nie jestem zżyta z jej bohaterami, to nie przechodzę mini zawałów, kiedy oglądam serial, moje serce też nie krwawi z tego powodu. A argumenty co do koloru skóry akurat rozumiem, bo już zaczyna mnie drażnić ta przesadna poprawność polityczna i wciskanie na siłę "kolorowych" i związków homoseksualnych do niemal każdego współczesnego serialu i filmu. Nie lubię takiej nachalności. Jak tak dalej pójdzie, to w kolejnym filmie poświęconym "Lincolnowi" Abrahama zagra czarnoskóry aktor.

      Tak, kawałek "Burn, Butcher, Burn" to czyste złoto - uśmiałam się :) Było tam jeszcze kilka innych perełek. Generalnie to chyba lepiej oglądało mi się ten drugi sezon. Czy ewentualny trzeci raz bardziej Cię usatysfakcjonuje niż dwa pozostałe? Nie sądzę. Dla prawdziwych fanów każda adaptacja bądź ekranizacja ich ukochanego dzieła ociera się o świętokradztwo ;) Wiesz, ktoś mądry kiedyś powiedział: "You should never meet your heroes, you'll only be disappointed". Aż chciałoby się sparafrazować to zdanie (nie powinno się ekranizować pewnych klasyków), a twórcom niektórych filmów i seriali powiedzieć: "Zostawcie Titanica, nie wyciągajcie go!" ;) Znam tylko jedną ekranizację lepszą od materiału źródłowego - "Dextera". "Papierowy" Dexter wykreowany przez Jeffa Lindsaya w ogóle mnie nie porwał, podobnie zresztą jak cały cykl o nim. Serial za to rządził!

      Usuń
  8. Z niejakim zaskoczeniem odkrywam, że o ile w kwestii produkcji pełnometrażowych gust nam się raczej rozmija, odnośnie seriali mamy już o czym pogadać. Gdy po raz pierwszy usłyszałem, że Cavill zagra Geralta, w pierwszej kolejności bynajmniej nie o Supermenie pomyślałem, tylko "o, to ten koleżka z Tudorów". Dexter był tak znakomity, że gdybym złapał złotą rybkę, w pierwszej kolejności zażyczyłbym sobie go od-obejrzeć, by kolejny raz obejrzeć go po raz pierwszy.

    Natomiast w kwestii poprawności politycznej absolutnie się z Tobą nie zgodzę. Ludzie na świecie są czarni, biali, żółci, homoseksualni, heteroseksualni, aseksualni. Nie ma powodu, by w filmach udawać, że tak nie jest. To nie poprawność polityczna, to fakty.

    Z ciekawości przed momentem wszedłem w sekcję komentarzy pod nową wersją Siedmiu Wspaniałych, gdzie w główną rolę wcielił się Dzyndzel Washington. Myślałem, że Dzyndzla nikt nie ruszy, ale na pierwsze pięć komentarzy, cztery wyszły spod pióra oburzonych widzów, że jak to główny bohater jest czarny, przecież w pierwowzorze był biały, a poza tym w czasach Dzikiego Zachodu czarny jegomość pracował co najwyżej na polu bawełny. I w dodatku przywiązany. Po pierwsze primo, pierwowzorem dla Siedmiu Wspaniałych było Siedmiu Samurajów, którzy - jak można się domyślić - biali nie byli, ale to oczywiście nikomu nie przeszkadza. Po drugie to nie jest film dokumentalny, nie musi się zgadzać z faktami historycznymi. Jezus pochodził z bliskiego wschodu, a jakoś nikogo nie boli, że w każdym filmie jest niebieskookim białasem.

    Pozwolę sobie również stwierdzić, że w teatrze antycznym postacie kobiece, przedstawiane były przez mężczyzn za niewiastę przebranych. No bo jak to? Kobieta, na scenie!? Jeszcze w połowie poprzedniego wieku kobieta na studiach wyższych była niemile widzianym ewenementem. A do niedawna role żeńskie w większości filmów (nie twierdzę, że wszystkich) sprowadzały się wypłakiwania oczu za głównym bohaterem. Świat się zmienia - na szczęście. Inna płeć, inna rasa, inna orientacja seksualna powoli zdobywa równa prawa. Jeśli już, to film powinien to promować, a może kolejne pokolenie weźmie to za normę.

    W netfliksowym Wiedźminie Nenneke jest czarna i w moim przekonaniu wypada w tej roli doskonale. Gorzej Fringilla, ale w tym przypadku nie kolor jej skóry mi przeszkadza, acz wspomnienie mistrzowsko opisanej sceny erotycznej z udziałem Geralta i jej samej. Jakoś nie wydaje mi się, by wiedźmin miał ochotę na podobne harce z netfliksową Fringillą. Może dla kolejnego pokolenia normą będzie, że nie każdy człowiek jest atrakcyjny, ja jestem na to za mało liberalny ;)

    Acz szczerze polecam wywód Trevora Noah, który jest czarnoskórym komikiem i dowodzi, że Idris Elba nie powinien wcielić się w rolę Bonda. Absolutnie bezcenne :)

    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, trochę nie na temat, ale właśnie skończyłam trzeci odcinek "The Last Kingdom"! :) Chciałoby się więcej, ale rozum podpowiada, że tak nie można! Już nie mogę się doczekać czwartego!

      Usuń
    2. A ja myślę, że mocno zdziwiłbyś się rzeczywistą liczbą filmów, które podobały się zarówno Tobie jak i mnie, ciągle mam bowiem nieodparte wrażenie, że trochę masz mnie za nawiedzoną fankę ambitnych produkcji filmowych i sztuk teatralnych, która to prycha z pogardą na kino/literaturę niskich lotów :) A ja po prostu nie jestem zero-jedynkowa - nie ograniczam się tylko do jednego gatunku rozrywki. No, ale może sama jestem sobie winna za wykreowanie takiego wizerunku - może już czas zatrudnić profesjonalistę od PR? ;)

      Pogadać, tak przynajmniej myślę, zawsze będziemy mieć o czym :) A to że nie mamy identycznego gustu uważam za normalne. Spotkałeś w ogóle kiedykolwiek kogoś, kto byłby - toczka w toczkę - taki sam jak Ty? Od A do Z?

      Fakt, ci ludzie istnieją, a ja tego nie neguję. Ale faktem jest też to, że Netflix specjalizuje się w poprawności politycznej (i nawet nie robi tego ze szlachetnych pobudek). Dla Ciebie to może przykład dobrej zmiany, dla mnie to zwykła - a w dodatku nachalna - propaganda.

      Nie chodzi o to, by udawać, że ludzi odmiennych nie ma - sęk w tym, by nie wciskać ich na siłę do niemal każdej produkcji w imię wyżej wspomnianej poprawności. Nie mam nic przeciwko czarnoskórym bohaterom, co więcej, byłabym zniesmaczona, gdyby w rolę "Czarnej Pantery" bądź Martina Luthera Kinga wcielił się bladolicy aktor, dla mnie jednak słowem kluczem jest tu UMIAR - nic na siłę. Kolorowi aktorzy - jak najbardziej, ale tam, gdzie jest to naturalne i konieczne np. w "Squid Game". Nie dla czarnoskórego Bonda, nachalnej politycznej poprawności ("Anne with an E") i cenzury ("Father Ted", "Little Britain", czy nawet Twoi ulubieni "Przyjaciele").

      Świat się zmienia, ale nie wszystkie zmiany są dobre. Żadne ekstremum nie jest dobre, każde z nich na swój sposób jest szkodliwe. Szacunku do ludzi o odmiennej orientacji i kolorze skóry powinniśmy w pierwszej kolejności uczyć się w swoim domu rodzinnym, środowisku i szkole. W drugiej ze szklanego ekranu. Nie łudź się, że jakiekolwiek eksponowanie ludności o wypaczonych i ekstremalnych poglądach na netfliksowe "miłość, równość i braterstwo" sprawi, że na świecie zmaleje liczba zabójstw honorowych, a społeczeństwo przejdzie cudowną przemianę. Jeśli już coś wzrośnie, to na pewno nie będzie to szacunek do kobiet, ani tolerancja dla "odmieńców", co najwyżej przekonanie o zgniliźnie Zachodu i słuszności swoich racji.

      Ubolewam nad tym faktem, ale niestety nie pamiętam tej "mistrzowsko opisanej sceny erotycznej"! No i zdziwiona jestem, że taki liberał jak Ty nie jest w stanie pojąć, że ktoś inny mógłby mieć chętkę na osobę, która nie wpisuje się w Twój typ filigranowej drobnej blondynki :P Poza tym pamiętaj, że na bezrybiu i rak ryba, więc każdy orze, jak może - nawet wyposzczony wiedźmin ;)

      Usuń
  9. Wielcem rad, że znajduje Twoje uznanie 😀. A najlepsze jeszcze przed sobą, bo główny bohater prezentował będzie nagie pośladki. Nawet na mnie zrobiły wrażenie 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, wielkie dzięki! Ale mnie "zachęciłeś" - nie podobają mi się męskie tyłki! Najgorsza część ciała jaka może być!

      Usuń
    2. Mi zwykle też nie 😄

      Usuń
    3. Już bardziej zachęciłbyś mnie, gdybyś wspomniał, że będą tam nagie i kształtne pośladki Bridy ;) Już teraz zaryzykuję stwierdzenie, że od kupra Uhtreda bardziej będzie mi się podobać tors Alfreda :) No, ale tylko krowa nie zmienia zdania - jestem w stanie to wszystko publicznie odszczekać, jeśli tylko wspomniane pośladki zrobią na mnie ogromne wrażenie :)

      Usuń
  10. Przykro mi, spoiler alert - nagie pośladki Bridy w Last Kingdom nie wystapiły. Ale nie tak, że nie ma światełka na końcu tunelu. Jak już Aethelfaed podrośnie, to pewnymi wdziękami się ze smakiem pochwali. Ale to gratka dla wytrwałych, bo dopiero w dalszych sezonach.

    Tymczasem czekam na relacje z wrażeń wywołanych tyłkiem Uthreda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wiem, o jakich wdziękach mowa - czyżby scena otwierająca czwarty sezon? :) Tam też Uhtred świeci tyłkiem, ale jak się domyślałam, wrażenia na mnie nim nie zrobił - ja po prostu nie jestem fanką tej części ciała. Klatę ma za to piękną i fajnych kumpli - Finan jest kochanym słodziakiem! W ogóle to uwielbiam poczucie humoru w tym serialu i to jak sobie chłopaki fajnie docinają :) Szkoda tylko, że nie ma już z nimi Leofrica (miał super relację z Wypierdkiem)! A tak w ogóle, to nie mogę wybaczyć twórcom końca Ragnara! Jak tak można było?! I to jeszcze taki gnojek jak Aethelwold!!!

      Serial to czyste złoto :) Oglądam go z wielką przyjemnością i już ubolewam nad tym, że zostało mi jedynie parę odcinków. Planuję wrócić po nim do nieobejrzanych odcinków "Vikings", żeby mieć porównanie.

      Usuń
    2. A tak w ogóle to wczoraj mignął mi trailer "The Northman" - planujesz obejrzeć? Bo ja tak - ale świetna obsada! :) Zabawne, że występuje w nim Alexander Skarsgard, który wcielił się w rolę Erica Northmana (mojego ulubionego wampira!) w "True Blood".

      Usuń
  11. W ogóle, ale to wogole nie znam tamtych miejsc, a bardzo chce je poznać :) i nie wiem kiedy dotrę na te ziemię to tym bardziej teraz chłone to co piszesz i pokazujesz ;)
    Nie wiem co jest w tych zamczyskach, ale bardzo mi się podobają takie miejsca.

    W zeszłym roku zwiedzaliśmy południowa Polskę a głównym planem były zamki... Co
    my tam mamy za cuda i cudeńka. Cieszyłam się jak dziecko, ze tam dotarliśmy. Szkoda tylko że byliśmy tak krótko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam zamki, to zdecydowanie mój ulubiony typ zabytków, a w Walii jest ich zatrzęsienie. Tęsknię za tym krajem, bardzo przypomina mi Irlandię pod względem klimatu i krajobrazów. Tylko taką "nieznaną" Irlandię, gdzie mam mnóstwo zakątków do odkrycia.

      O tak, południe Polski też ma swoje imponujące zamczyska :) Inne pod względem architektonicznym, ale też piękne, malownicze i ciekawe.

      Usuń