środa, 17 czerwca 2026

Bardziej współczuć czy podziwiać?


David Goggins.

Dwa słowa, które jeszcze do niedawna nic dla mnie nie znaczyły. Jedna osoba, o której nie wiedziałam nic. Przyparta do muru, albo nawet do elektrycznego pastucha, nie byłabym w stanie pisnąć ani jednego słówka na jego temat. Nic poza "ała!!!" i "nie znam go, daj mi spokój, człowieku!".

Dziś, kiedy patrzę na Gogginsa, widzę w nim mieszankę superbohaterów. Ma coś z Batmana, który wyłania się z mroków, trochę z Aquamana (niekoniecznie mówię tu o jego muskulaturze, bardziej o swobodzie w wodzie), jeszcze trochę z Supermana, bo powietrzu też sobie świetnie radzi, a nie tylko na lądzie i w wodzie. Ale też coś z szaleńca i fanatyka. A także z... bezdusznej maszyny i bezkompromisowego Ultrona, gotowego po trupach dążyć do celu. Po swoim na pewno!

Każdy, kto zna Gogginsa, wie bowiem, że ból to jego specjalność. A on sam nigdy nie oszczędza swojego ciała. To ten typ człowieka, którego prędzej zobaczycie chłoszczącego się kańczugiem o piątej rano niż w gabinecie SPA na relaksującym masażu.

Dla niewtajemniczonych (żeby nikt nie musiał przyciskać Was do elektrycznego pastucha) – David Goggins jest byłym komandosem Navy SEALS, elitarnych sił specjalnych Marynarki Wojennej USA, a ponadto jedynym amerykańskim żołnierzem, który ukończył także mordercze szkolenie w The Ranger School (nikogo tam nie mordowali, morderczy to synonim "cholernie ciężkiego"), jak również to w siłach Air Force Tactical Air Control Party (nie przejmujcie się, ja też nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy).

A jakby tego było mało, dodam, że zapisał się też w Księdze Rekordów Guinnessa – w 17 godzin wykonał 4030 podciągnięć na drążku. Słownie: cztery tysiące trzydzieści! To zero na końcu nie wcisnęło mi się przez przypadek. No, mówiłam maszyna, nie człowiek! 


Hurtowe czytanie ma pewne minusy. Czasami jestem jak ta kasjerka, która kończy obsługę jednego klienta i woła "next!". Od razu zapomina o tym poprzednim, całą swoją uwagę poświęca nowemu. Mam tak z książkami. Z tą było jednak inaczej. Długo o niej myślałam, bardzo długo, a nawet poczułam potrzebę, aby zapisać te moje refleksje.

Czytam "taśmowo", ale rzadko na dłużej pochylam się nad przeczytaną pozycją literacką. Niemal natychmiast zapominam o niej w momencie, w którym zamykam ostatnią stronę.

W pewien sposób jest to dość wymowne i... smutne. Świat literatury już dawno zalało tsunami książek. Nawet bez mikroskopu i analizy biologicznej widać, że w tej fali znajduje się szlam, ale też perełki i kamienie szlachetne zmyte gdzieś po drodze.

Człowiek versus tsunami? To nie może się udać. Wielu perełek nigdy nie uda nam się wyłowić z tego nadmiaru wody. Ale – niektóre wyłowią dla nas inni. I to jest ta dobra wiadomość.

I tak właśnie było w przypadku "Nic mnie nie złamie" Gogginsa. Ktoś w mediach społecznościowych, które mają w obecnych czasach raczej czarny pijar, zachwalał ją jako najbardziej inspirującą książkę, jaką kiedykolwiek przeczytał.

To jedno hasło wystarczyło, by mnie kupić. A przynajmniej moją uwagę. Jako że uwielbiam fascynujących i ciekawych ludzi, szybko zanotowałam sobie ten tytuł, aby niedługo później udać się z nim do mojej irlandzkiej biblioteki AKA książkowego Sezamu. Sezam, nie tylko otworzył przede mną swoje wrota, ale też ukazał obiekt, którego tak pożądałam. 


Któregoś dnia usiadłam (bez jakichś większych oczekiwań) i zaczęłam czytać. Nim się obejrzałam, byłam już zaangażowana w treść czytanej przeze mnie autobiografii.

Zafascynował mnie ten nietuzinkowy człowiek, który skutecznie przeprogramował swój umysł i znalazł kreatywne ujście dla całego zła, które go w życiu spotkało. Dla tych wszystkich negatywnych emocji, które tak wielu ludzi hojnie gromadzi długimi latami i pieczołowicie przechowuje w łatwopalnym miejscu, aż w końcu staje się nieuniknione – natrafiają one na iskrę zapalną i robią z człowieka płonącą pochodnię. Spodobało mi się to, że Goggins zrobił wszystko, by nie pozostało po nim smutne pogorzelisko.

Przewracałam kartkę za kartką. Musiałam wiedzieć co dalej.

Książka jest w moim odczuciu trochę nierówna. Pierwsza część była dla mnie zdecydowanie ciekawsza. W drugiej autor praktycznie cały czas skupia się na sporcie i swoich wyczynach. 


Bez wątpienia jest bardzo inspirująca i wierzę, że dla wielu stała się pokrzepiającym światełkiem w tunelu, które nie tylko dało im potrzebną nadzieję, ale też narzędzia do tego, by wzięli życie w swoje ręce i zaczęli spełniać swoje marzenia.

Jest w niej bardzo mało informacji o jego życiu prywatnym (sprawach sercowych) i samych misjach wojskowych – to drugie akurat zrozumiałe. Moja wewnętrzna plotkara, o której istnieniu nie miałam pojęcia, nie poczuła się zaspokojona. Ze szczątkowych informacji, przemycanych tu i ówdzie, czytelnik nagle dowiaduje się, że Goggins ma drugą żonę, dziecko albo że był na misji w Iraku. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Z niechęci do "zaśmiecania" książki niepotrzebnymi wątkami, czy może z braku sukcesów na tym polu? Co niektórzy mogliby bowiem uznać jego życie osobiste za pasmo porażek (rozwód, kolejna żona, trudne relacje z córką, według której nie był wystarczająco obecny w jej życiu, ani odpowiednio zaangażowany).

Z mojego punktu widzenia David jest szalenie inspirującą osobą – przeżyć to, co on przeżył i tyle osiągnąć... To doprawdy ogromny sukces zarezerwowany tylko dla wybitnych jednostek. Imponuje mi jego samodyscyplina, ambicja, wytrwałość w dążeniu do celów, a także jego niezgoda na posiadanie mentalności ofiary. Jako kobieta uważam ten zestaw cech u mężczyzn za bardzo atrakcyjny, seksowny wręcz.

Z drugiej strony zaś, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie z kimś takim jak on zwyczajnie musi być okropnie trudne i przypominać jazdę na rodeo z wyjątkowo dzikim i wierzgającym bykiem.  Z pewnością nie jest to rozrywka dla każdego.

Mam też wątpliwości, czy Goggins, pomimo tych wszystkich sukcesów zawodowych i pobitych rekordów, potrafi tak naprawdę osiągnąć poczucie szczęścia i zadowolenia. Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć terminatora, który może doskonale radzić sobie na wojskowych misjach, ale niekoniecznie w zwyczajnym, prywatnym życiu. I to jego spojrzenie... Jakby martwe, wyzute z jakichkolwiek emocji. 


Mam więc mieszane uczucia. Bo z jednej strony podziwiam go, jest niewątpliwą inspiracją i wzorem do naśladowania, z drugiej strony zaś trochę mu współczuję tego, że nie potrafi tak po prostu spocząć na laurach. Poprzestać na tym, co już ma. Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. Tak jakby to jego wewnętrzne dziecko (a może ojciec patus?) ciągle powtarzało mu, że jednak nie jest wystarczająco dobry.  

Trochę przypomina mi takiego wyścigowego konia albo charta, wiecznie w pogoni za zwycięstwem. Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna. Ale to jego życie i trudno mi winić go za to, że chce je przeżyć na pełnej petardzie zgodnie z maksymą "lepiej jest przeżyć rok życiem tygrysa niż dwadzieścia lat życiem żółwia".

Jeśli znacie Gogginsa i czytaliście jego autobiografię, podzielcie się, proszę, swoimi przemyśleniami, bo jestem bardzo ciekawa, do którego obozu się zaliczacie: jego zwolenników czy przeciwników. 


Ten wpis jest już wystarczająco długi, nie będę go zatem przedłużać. Wspomnę tylko, że z książek, które ostatnio przeczytałam bardzo podobała mi się "Go As A River" Shelley Read. 


Początek nie był obiecujący – nie mogłam się w nią wgryźć. Utknęłam na trzydziestej stronie, rozczarowana i zawiedziona, że mi z nią nie wyszło (a od Rose słyszałam dużo dobrego o tej powieści). Na szczęście pewnej niedzieli nastąpił przełom. Postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę – usiadłam, wznowiłam czytanie od strony numer 30, i... przepadłam! Jak kamień rzucony w wodę. Im dalej w las, tym ciekawiej – nie mogłam się od niej oderwać, bo koniecznie MUSIAŁAM wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterki. Gdyby nie to, że trzeba było zrobić kotlety schabowe na obiad, nie ruszyłabym się z miejsca przed dotarciem do końca książki. Skończyłam ją jeszcze tego samego dnia, po obiedzie.


49 komentarzy:

  1. Hej Taito, zajrzalam, ale na temat kaiazek nie wypowiem sie, bo zwyczajnie nie mam juz ani czasu ani sil czytac czegos poza krotkimi wiadomosciami na necie. Czytanie ksiazek to luksus, na ktory kiedys moze pozwole sobie na emeryturze, a moze i nie:)) Mysle, ze tn Goggins to swietny wzor i motywacja dla mlodych zagubionych ludzi, osobiscie mnie on przeraza :) Nie aspiruje do tego typu morderczych wysilkow. Natomiastbte druga ksiazke chetnie bym przeczytala , tylko kiedy? Nasze zycie moze faktycznie zmienic bieg w kazdej chwili, jedno wydarzenie pociaga caly lancuch wydarzen... wiem cos tym. Usciski Kitty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dbaj tam o siebie, Kitty, bo praca pracą, ale ważne, żebyś się nie wykończyła nadmiarem obowiązków i brakiem równowagi pomiędzy przyjemnościami a pracą.
      Ja nawet nie myślę o emeryturze i nie odkładam żadnych planów na nią, bo i tak nie dożyję ;) Korzystajmy z życia tu i teraz, bo tylko to mamy. Przyszłość jest jedną wielką niewiadomą, a i nie przedstawia się kolorowo. Książki są dla mnie na wagę złota i nie wyobrażam sobie bez nich życia.

      Jest w nim coś przerażającego, to prawda, ale mimo wszystko myślę, że mógłby być bardzo dobrym mentorem, bo opanował techniki skutecznego radzenia sobie z życiowymi trudnościami i własnymi słabościami. Nie chciałabym być z nim w związku, ale jako trener albo wyżej wspomniany mentor, dobry kolega, na pewno mógłby świetnie motywować, ciągnąć za uszy w górę i dodawać powera do działania :)

      Skoro "Go As A River" Cię zainteresowała, to może zacznij powolutku czytać – w wolnych chwilach, w przerwie na lunch (najlepiej gdzieś na świeżym powietrzu), przed snem, u siebie w ogródku... :) Moja polonistka z liceum bardzo polecała nam przeznaczanie godziny dziennie na czytanie literatury. To nie jest aż tak wielki wysiłek, można tę godzinę wykroić (albo nawet pół), a systematyczność w działaniu prowadzi do wielu przeczytanych książek. Musisz tylko wiedzieć, że ta powieść jest słodko-gorzka. Chyba nawet łzę uroniłam, albo dwie. A Ty raczej nie przepadasz za "smutnymi" książkami.

      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i mam nadzieję, że humor Ci dopisuje.

      Usuń
  2. Nie znam człowieka. Z Twojego opisu wnoszę, że go nie polubię. Źle znoszę takie osoby wiecznie się ścigające same ze sobą, chcące coś udowodnić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Goggins ma swoje wady, jak każdy z nas, ale na pewno ma też fajne zalety i mógłby zaoferować wiele cennych lekcji. Jedno jest pewne – wzbudza kontrowersje, nie jest bezpłciowy i nijaki. Takich ludzi albo się lubi, albo nienawidzi.

      Usuń
  3. Fascynująco piszesz o swoich lekturach, to ten rodzaj recenzji, które są lepsze od samych lektur.
    Nic odkrywczego nie napiszę , bo choć nie znam człowieka ani książki, to refleksje mam podobne.
    Poza tym, nigdy nie wiemy, co może nas w pewnym momencie złamać, rekordowe pompki, to nie dowód mocy!
    Wspaniałych lektur!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale miłe słowa, Jotko – bardzo Ci za nie dziękuję! :)) Tę recenzję akurat łatwo, miło i przyjemnie mi się pisało, może dlatego masz takie odczucie, ale z innymi różnie bywa. Cieszę się jednak, że przypadła Ci do gustu i nie poddałaś się gdzieś w połowie czytania, bo to jednak długaśny post, a wiem, że wiele osób takich nie lubi.
      Bardzo dobrze to ujęłaś. W języku angielskim jest takie fajne powiedzenie: "the straw that broke the camel's back", czyli w dosłownym tłumaczeniu "słomka, która złamała wielbłądzi grzbiet" (naszym odpowiednikiem jest chyba "kropla, która przelała czarę goryczy") i to świetnie pokazuje, że człowieka może złamać nawet pozornie małe i nieistotne wydarzenie.
      Dziękuję i wzajemnie, bo wiem, że też otaczasz się książkami! :) Do mnie dziś trafiły trzy kolejne z biblioteki :)

      Usuń
  4. Zaciekawiłaś mnie tą pozycją.

    I tak sobie pomyślałam gdybym miała go do kogokolwiek porównać, aczkolwiek nie wiem czy to porównanie jest trafne, w każdym razie byłaby to Martyna Wojciechowska.

    Z wyjątkowymi jednostkami, które mają opisane przez Ciebie cechy trudno wytrzymać. Z wielu względów.
    Każda regularność i osiągnięcia zawsze odbywa się kosztem czegoś, jak widać w jego przypadku była to rodzina.

    Wszak nie od dziś wiadomo, że nie da się być dobrym we wszystkim.

    Cieszę się, że się odwdzięczyłam „polecajką” i się spodobało 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TAK, bardzo słuszne spostrzeżenie, mam identyczne przekonanie, tylko zapomniałam napisać o tym w poście. Otóż to – te osiągnięcia nie spadają jak kasza manna z nieba, tylko okupione są ogromnymi wyrzeczeniami. Zawsze ktoś albo coś na tym ucierpi.

      To prawda. Genialność w jednej dziedzinie nie oznacza automatycznie genialności we wszystkich. A ci sławni, znani i lubiani są często dość trudnymi osobami w prywatnym życiu, tylko fani ich idealizują i wybielają.

      Spodobało, ale na początku zwątpiłam, bo te pierwsze rozdziały były jakieś takie nudne i powolne, nie mogłam wgryźć się w tę historię, ale kiedy już to się stało, nie mogłam odłożyć książki, szaleńczo przewracałam kartkę za kartką i całość skończyłam w jeden dzień! Trochę smutna historia, ale pięknie opisana. Lubię taką literaturę.

      Usuń
    2. Jak to mawiają nie da się mieć ciastko i zjeść ciastko. Bycie wojskowym zawsze też oznacza w sumie brak bezpieczeństwa rodziny bo to rodzina może być kartą przetargową.

      Myślę, że geniusze są zawsze trudni i niezrozumiali dla społeczeństwa. Gdzieś tam jest taka zasada, że te jednostki, które tak bardzo są skoncentrowane na sobie, na swoich zdolnościach budzą jednocześnie kontrowersje i niezrozumienie wśród społeczeństwa, a czasami i bliskich.

      Cieszę się wobec tego.

      Usuń
    3. Myślę, że my, jako społeczeństwo, ogólnie nie lubimy tych, którzy w jakiś sposób odstają od normy. Często uważamy ich za mniej lub bardziej groźnych dziwaków i nawet nie próbujemy zrozumieć.

      Usuń
    4. Prawda to. Udanego poniedziałku i nieśmiało się dopominam o nowy pościk. Bardzo nieśmiało, purpurowo wręcz na mej buźce. Chociaż purpurowe mam obecnie ramiona bo nie doceniłam słońca przy 20 stopniach.

      Usuń
    5. Haha, rozbawiłaś mnie, purpurowa różo ;) No właśnie myślałam wczoraj, że pasowałoby już coś wrzucić na bloga, ale nie mam nic ciekawego do opisania, jedynie zwykłe, nudne sprawy z codzienności. Jakoś nie mam weny do pisania relacji z podróży, i w ogóle ostatnio mało mnie w sieci. Zanurzyłam się w książkowym świecie, i o tym ewentualnie też mogłabym napisać, ale ostatni wpis był książkowy i nie wiem, czy to dobry pomysł, aby nowe też był o tej samej tematyce ;)

      Współczuję – poparzyło mnie kiedyś słońce, którego nawet nie było na niebie ;) Wiem więc, co to znaczy. A słońce bywa mocno zdradliwe, niestety.

      Usuń
  5. Bardzo ciekawy wpis i niezmiernie wnikliwe i cenne obserwacje!

    Jedna z grup organizacji www.meetup.com, do której należę, to klub książkowy i co jakiś czas są organizowane spotkania na temat wybranej książki (na żadnym jeszcze jednak nie byłem). Ponad rok temu mieliśmy omawiać „Can't Hurt Me: Master Your Mind and Defy the Odds” Davida Gogginsa (szczerze mówiąc, nie pamiętałem obecnie ani jego nazwiska, ani tytułu książki i pewnie nie skojarzyłbym z polskim tytułem gdyby nie taka sama strona graficzna, co w wydaniu angielskojęzycznym). Doś długo przez spotkaniem książkę zdobyłem i pobieżnie się z nią zapoznałem — jednakże miałem w planach ją przeczytać dopiero kilka dni przed dyskusją. Niestety, ‘event’ został skasowany przez organizatora i od tamtego czasu grupa nie jest aktywna. Tak więc trudno mi wypowiedzieć się na temat samej książki — którą być może w przyszłości przeczytam.

    „Jest w nim coś takiego, co nasuwa mi na myśl... cyborga. Pozbawionego empatii i uczuć (…) Że zawsze musi być szybszy, sprawniejszy, lepszy. (…) Ta jego pasja do przekraczania kolejnych granic może być niebezpieczna, albo nawet śmiertelna”.

    Absolutnie zgadzam się z tymi stwierdzeniami. Nieraz spotkałem ludzi, których dążenie do pewnych celów, czy też ich zaangażowanie się w hobby i pasjach, staje się rzeczywiście chorobliwe i alienuje ich od innych osób, które nie podzielają tak głęboko ich pasji. Jednakże uważam, że jeżeli alternatywą życia Gogginsa miałoby być życie na ścieżce przestępstw i konfliktów z prawem lub pasmem depresji, to na pewno obecne życie jest o niebo lepsze. Ale oczywiście, może warto byłoby, aby spojrzał na niego z pewnej perspektywy i go zmodyfikował.

    Niebawem po przyjeździe do Kanady odkryłem książki motywacyjne, „self-help” i „self-improvement”, które ukazały mi podejście do wielu spraw w życiu diametralnie odmienne się od tego propagowanego w PRL. Wielokrotnie kupowałem kasety z nagraniami takich książek, potem CD, a obecnie nadal je słucham na moim malutkim MP3 player, bo warto od czasu do czasu „naładować” swoje baterie!

    Chociaż część takich książek czy programów jest raczej mało wartościowa lub wprost szkodliwa, to jednak są też dobre pozycje, w których można znaleźć wiele bardzo użytecznych technik i wybrać te, które najbardziej nam odpowiadają. No i najważniejsze to je stosować, bo samo czytanie dużo nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo, a także za długi i ciekawy komentarz – od razu widać, że się solidnie do niego przyłożyłeś, a nie napisałeś na kolanie, oby tylko był. I za to jestem wdzięczna, bo z punktu widzenia autora takie wpisy czytelników są najcenniejsze.

      Tak, szata graficzna jest identyczna. Początkowo miałam przeczytać tę książkę w oryginale, ale zauważyłam, że jest dostępna też w polskim przekładzie i nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności. Nie mam problemów z czytaniem angielskojęzycznej literatury, ale polski to mój ukochany język i zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu. Jako że zewsząd jestem otoczona angielskim i to nim muszę się tutaj posługiwać, polski stanowi miłą, i jakże pożądaną odmianę :)

      Wielka szkoda, że jednak nie udało się Wam omówić autobiografii Gogginsa, bo jestem ciekawa, jakie opinie królowałyby w Waszym klubie.

      Całkowicie zgadzam się z tym, co napisałeś. Autor miał bardzo trudny i przykry start w życie, gdyby nie otrząsnął się w porę, gdyby uległ panującym w jego środowisku tendencjom, dziś być może by nie żył, albo siedział za kratami. A tymczasem może pochwalić się niesamowitymi osiągnięciami, godną pozazdroszczenia karierą. Jest w tym jego zachowaniu jakaś chorobliwa obsesja, ale z dwojga złego lepsze to, niż to, co mogło być. Z pewnością może być wzorem do naśladowania dla wielu osób, zwłaszcza czarnoskórych młodzieńców, którym wydaje się, że są "skazani" na przestępczą drogę, bo alternatywy nie ma. Jest. Ale wymaga ogromu pracy i samodyscypliny.

      Jestem pozytywnie zaskoczona Twoim wyznaniem – chyba jesteś pierwszą znaną mi osobą, która nie dyskryminuje tego typu książek, lecz dostrzega w nich prawdziwą wartość. Nie wszystkie są dobre i pomocne, jak słusznie zauważyłeś, ale wiele z nich oferuje drogocenne wskazówki i lekcje. Uważam, że przeciętny zjadacz chleba nie ma odpowiedniej i potrzebnej wiedzy na temat swojej psychiki, zachodzących w niej procesach i ogólnie pojętej psychologii. Nie uczą nas tego w szkołach. Wielu z nas powinno wylądować na terapii, ale jednak nie wyląduje. Wielu nawet nie ma zdrowego poziomu samokrytyki i nie widzi swoich przywar, a jedynie dostrzega problemy w innych, nie u siebie. Goggins słusznie zauważył, że "większość ludzi woli żyć urojeniami. Obwiniają innych ludzi, pecha lub niekorzystne okoliczności". W moich oczach ludzie, którzy dążą do samodoskonalenia są godni podziwu. Zdecydowanie wolę ich niż takich, którzy twierdzą "jestem, jaki jestem i już się nie zmienię". Bullshit! Nie zmienisz się, bo nie chcesz, bo nie masz zamiaru nad sobą pracować, a nie dlatego, że nie możesz.

      Cieszę się, że znalazłeś wówczas cenne pozycje – być może to również dzięki nim jesteś dziś tym, kim jesteś, a nie typowym "Polakiem-cebulakiem" spod budki z piwem.

      Usuń
    2. „...ale polski to mój ukochany język i zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu.”

      Nawet gdyby człowiek uczył się nowego języka przez całe życie, i tak nigdy nie opanuje w pełni „kolorytu” wielu słów, zwrotów czy niuansów językowych. Tego trzeba było nauczyć się (a raczej „czuć) w dzieciństwie, słyszeć od najmłodszych lat i używać na co dzień. Czasami czytałem tę samą książkę po polsku i po angielsku i zauważałem, że moje wyobrażenie niektórych scen bywało zupełnie inne, zwłaszcza gdy autor bardzo szczegółowo opisywał miejsca, ludzi czy emocje. Język wpływa przecież na sposób postrzegania świata.

      „...która nie dyskryminuje tego typu książek, lecz dostrzega w nich prawdziwą wartość.”

      Wiele tego rodzaju książek jest naprawdę bardzo wartościowych. Ale są też takie, które potrafią człowieka przyprawić o kompleksy, a nawet wyrządzić pewne szkody. Znałem kiedyś rodaka, który po raz pierwszy zetknął się z tego rodzaju literaturą i, mówiąc wprost, zupełnie zgłupiał. Wmawiał sobie i innym, że może zostać dosłownie wszystkim — adwokatem, kosmonautą, aktorem, sportowcem — bo „wszystko jest możliwe”. Ostatecznie został jednak wyrzucony z mieszkania za niepłacenie czynszu. W jego pokoju stało krzesło ustawione naprzeciw ściany, a na ścianie wisiała kartka z wielkim napisem: „$1,000,000”. Według przeczytanej przez niego „mądrości”, codzienne wpatrywanie się w tę kwotę miało przeprogramować jego mózg i naprowadzić go na drogę do bogactwa i prosperity... Cóż, samo patrzenie na milion dolarów najwyraźniej nie wystarczyło. 😁

      „Nie uczą nas tego w szkołach.”

      W PRL często uczono wręcz czegoś przeciwnego. Zabijano w ludziach inicjatywę, przedsiębiorczość, motywację i indywidualizm. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich nauczycieli, ale cały system raczej nie zachęcał do samodzielnego myślenia czy wychodzenia poza utarte schematy.

      „Wielu z nas powinno wylądować na terapii…”

      Być może. Ale sądzę też, że WIELU nauczycieli powinno było przynajmniej trafić na terapię za swoje podejście do uczniów i nieustanne wmawianie im, że nadają się co najwyżej „na pocztę” albo „do łopaty”. Sam słyszałem podobne teksty i wiem, jak bardzo potrafią one podciąć skrzydła młodemu człowiekowi. Na szczęście niektórzy potrafią później udowodnić, że ich nauczyciele byli w błędzie.

      „Jestem, jaki jestem i już się nie zmienię.”

      Istnieje takie powiedzenie: ktoś, kto twierdzi, że jest za stary na naukę, zawsze był na nią za stary. 😁 Oczywiście z wiekiem pewne zmiany przychodzą trudniej, ale człowiek uczy się przez całe życie. Dopóki żyjemy, możemy się rozwijać, zmieniać i pracować nad sobą — pod warunkiem, że naprawdę tego chcemy.

      „...a nie typowym »Polakiem-cebulakiem« spod budki z piwem.”

      Zimnego piwa bardzo lubiłem napić się latem, podczas upałów na biwaku, ale zdecydowanie nie pod budką z piwem—a zresztą takowych w Kanadzie nie ma. 😁 Ba, ja nawet w życiu nie wpadłem do pubu na szybkiego drinka — omijam te miejsca szerokim łukiem i o stokroć preferuję kawiarenki.

      Niestety (a może na szczęście) pod koniec 2024 roku całkowicie zrezygnowałem z alkoholu. I co ciekawe, przestało mi również smakować piwo — nawet bezalkoholowe. Powodem absolutnie NIE był alkoholizm (jak niemal każdy od razu przypuszcza), lecz względy zdrowotne. W związku z tym była to dla mnie zaskakująco łatwa decyzja i nie odczuwałem z tego powodu żadnych problemów — zresztą przy moim stole komputerowym znajduje się regał na wino załadowany kilkudziesięcioma butelkami wina oraz kilkunastoma wódki — no bo grzech jest nie przywieźć butelki z USA, gdzie cena wynosi jedynie 22% tej w Kanadzie, a zresztą celnicy mogliby by uznać, że jestem podejrzany, wracając bez tradycyjnej butelczyny… toteż się kolekcja rośnie.

      Usuń
    3. Dokładnie takie samo zdanie mam na temat znajomości języka obcego. Zastanawiał się nawet nie raz i nie dwa, czy inni też mają podobne odczucia, czy może to ze mną jest coś nie tak, bo wielokrotnie np. czułam, że angielski nie oferuje mi takiej swobody w wyrażaniu myśli jak robi to polski. Może inaczej jest w przypadku dzieci emigrantów, które urodziły się na obczyźnie i to tu obcowały z nowym językiem. Ja natomiast uczyłam się go w Polsce i nigdy nie osiągnęłam tam biegłego poziomu, bo to zawsze był tylko mój dodatkowy/wspomagający przedmiot. Uczyłam się innych języków, w tym łaciny, którą akurat bardzo lubiłam jako przedmiot szkolny, i z której to zdawałam maturę :)

      O mój Boże! Ależ historia z tym znajomym! Zwariował facet. Zdecydowanie źle wykorzystał nabytą wiedzę.

      Zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami na temat szkolnictwa. Myślę nawet, że nie tylko w czasach PRL-u tak było. Chyba nadal jest. Przeciętna szkoła raczej nigdy nie sprzyjała indywidualistom – wystający gwóźdź zawsze musiał być wbity. Nie było tam miejsca na oryginalność. Trzeba było wpasować się w sztywne ramy. Choć oczywiście zdarzali się też wspaniali nauczyciele, którzy starali się kultywować nadprogramową kreatywność dziecka i nie próbowali zabijać jego oryginalności.

      Zachowania nauczycieli, które opisujesz są iście bulwersujące, tu nie ma miejsca na niezgodę. Karygodne zachowanie. Najgorzej, jeśli dziecko faktycznie uwierzyło w te bolesne słowa.

      Kawiarenki są bardzo fajne, ale i puby takie bywają. Szczególnie te irlandzkie! Toż to ośrodek życia dla wielu mieszkańców ;)

      I bardzo fajnie, że zrezygnowałeś z alkoholu – jak najbardziej popieram Twoją decyzję!

      Wielkie dzięki za długi komentarz pełen jakże trafnych przemyśleń.
      Przepraszam, że dopiero teraz na niego odpowiadam.

      Usuń
  6. Nigdy nie słyszałam o tej postaci. Wygląda na to, że jego droga do sukcesu była naznaczona licznymi bolesnymi wydarzeniami. Inspirujący człowiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że takich osób jak my jest więcej. Ja poznałam go dopiero niedawno. Nie wiem, jak się uchowałam, bo widzę, że to bardzo popularna postać! No ale nie można znać każdego "celebryty" przecież.

      Usuń
  7. David Goggins - przyznaję się bez bicia, że nigdy o nim nie słyszałam. No muszę przyznać, że Twoja recenzja tej książki jak i przybliżenie sylwetki pan Gogginsa bardzo mnie zaciekawiły. Cieplutko pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja do niedawna też zaliczałam się do tych nieświadomych jego istnienia, a teraz planuję zapoznać się z jego drugą książką ;) Dzięki za wizytę i komentarz :)

      Usuń
  8. Nigdy nie słyszałam o tym tym panu. Brzmi jakby był niesamowitym bohaterem. Swoją drogą słowa jak "bohater" czy "odwaga" powinny być zarezerwowane własnie dla odważnych i bohaterów, czyli strażaków, ryzykujących życiem dla innych itp.
    Zawsze mnie śmieszy jak w sporcie mówi się, że jest bohaterem lub że zagrał odważnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie zerknęłam sobie na definicję słowa bohater, aby zobaczyć, co internety mówią na ten temat, i znalazłam coś, co mi się spodobało: "wyróżniająca się jednostka: ktoś, kto skupia na sobie całą uwagę w danym momencie", więc w tym kontekście faktycznie każdy może być bohaterem, nawet sportowiec :) Z pewnością zgodziliby się z tym kibice przegrywającej drużyny, która jednak zwyciężyła, bo w ostatnich minutach jej napastnik strzelił dwa gole, albo nawet zdobył hat-tricka ;) Sami byliśmy kiedyś na takim meczu – wynik drastycznie się zmienił w ostatnich minutach drugiej połowy :) Na szczęście na naszą korzyść :)

      Usuń
  9. Oczywiscie ze podziwiam, zawsze podziwialam komandosow. Dla mnie to niesamowici ludzie, odwazni, oddani temu co robia, silne osobowosci, psychicznie i fizycznie. Nie jest latwo zostac takim komandosem, niesamowity wysilek fizyczny i odpornosc psychiczna, nie wiem ale raczej malo jest takich ludzi, ogolnie jestesmy slabowitymi leniwymi mieczakami. Zdecydowanie podziwiam komandosow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie to ujęłaś i ze wszystkim się zgadzam. Oglądałam kiedyś filmik uchylający nieco rąbka tajemnicy i pokazujący, jak mordercze szkolenia przechodzą kandydaci aspirujący do elitarnej jednostki wojskowej Formoza (nasz polski odpowiednik amerykańskiego SEALS) i byłam pełna podziwu dla tych mężczyzn! Wielu ludzi uważa ich za zwykłych mięśniaków i przygłupów, ale to bardzo krzywdzący stereotyp, bo żeby się do nich dostać nie wystarczy być wysportowanym, trzeba mieć jeszcze inteligencję, siłę charakteru, odwagę, być twardym jak stal. A my, co tu ukrywać, żyjemy w społeczeństwie mięczaków. Cieszę się bardzo, że zwróciłaś na to uwagę. Goggins też pisał o tym zjawisku, zapisałam sobie te poniższe cytaty (i wiele innych) w kajeciku, bo bardzo mi się spodobały:

      "Nasz umysły są cholernie silne, są naszą najpotężniejszą bronią, ale przestaliśmy ich używać. Obecnie mamy dostęp do tak wielu zasobów jak nigdy wcześniej w historii ludzkości, a mimo to jesteśmy o wiele mniej sprawni niż ci, którzy żyli na tej planecie przed nami. Jeśli chcesz być jednym z nielicznych, którzy przeciwstawia się tym trendom panującym w naszym coraz bardziej wydelikaconym społeczeństwie, musisz zrobić coś, co wymaga otwartego umysłu: być gotowym, by wyruszyć na wojnę z samym sobą i stworzyć zupełnie nową tożsamość".

      "W pracy, w szkole, w naszych związkach, na boisku czy na trasie zawodów – w każdym z tych miejsc notorycznie zadowalamy się czymś, co leży poniżej naszych możliwości. Nie tylko robimy to jako jednostka, ale i uczymy tego samego nasze dzieci, przez co wypracowana w ten sposób mentalność rozprzestrzenia się, łączy i powiela w naszych społecznościach i społeczeństwie jako całości".

      Usuń
    2. No i ja zgadzam sie ze wszystkim co tutaj piszesz. Tez dawno temu widzialam film jak sprawdzaja kandydatow, niesamowita selekcja, tylko najlepsi osiagaja ten zaszczyt, niektorzy juz w przedbiegach sami rezygnuja, bo po prostu nie nadaja sie. Tak, to sa nie tylko fizycznie i psychicznie silni mezczyzny, ale niesamowicie inteligentni, wartosciowi ludzie.
      Cytaty madre i prawdziwe, oczywiscie dzisiaj wszystko znajdziemy w internecie 'Google wszystko ci powie' nie ma potrzeby natezac sie i uzywac mozgu, no coz mozgi kurcza sie (podobno).

      Usuń
    3. Otóż to – sedno problemu. To ja tu zostawię jeszcze jeden wymowny przykład z "Diuny" Herberta: "Kiedyś ludzie scedowali myślenie na maszyny z nadzieją, że dzięki temu będą wolni, ale umożliwili tylko innym ludziom i ich maszynom ujarzmienie siebie".

      Usuń
  10. I haven't read Goggins' book, but I enjoyed reading your thoughts on it. I can see why you have mixed feelings, it's hard not to admire that level of determination while also wondering what it costs a person in their private life. Your comparison of him to a machine chasing the next challenge really stood out to me.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you for your kind words, Melody. I admire him – he had an incredibly difficult start in life, and yet he emerged unscathed (although some people might doubt it). It requires immense resilience, it takes a special kind of person to do it. Fighting for a better future is hard. Giving up is easy.

      Usuń
  11. O kochana, pewno Cię to nie zdziwi (a może jednak?), ale zdecydowanie wybieram obóz przeciwników. Ten pan zupełnie mi nie imponuje, bije od niego sztuczna i... toksyczna twardość, a ta jego rzekoma 'niezniszczalność' brzmi potwornie nieludzko. Już sam tytuł książki 'Nic mnie nie złamie' bardzo mi się nie podoba, a nawet wręcz odrzuca. Pokazuje podejście, z którym zupełnie się nie zgadzam. Moim zdaniem ten facet ma po prostu wielki problem ze sobą, a ta jego mordercza dyscyplina to nie żaden sukces, tylko ucieczka przed trudną przeszłością. Patrząc na jego postawę, aż strach pomyśleć, gdzie leży granica tego wyparcia emocji? Czy taka ludzka tragedia jak śmierć dziecka (ponoć jest ojcem) też by go nie obeszła, bo przecież 'nic go nie złamie? Do tej pory o nim nie słyszałam, niczego mi w życiu nie brakowało i po Twojej recenzji widzę, że nic nie straciłam. Nie tak wyobrażam sobie mężczyznę. Wolę człowieka, a nie cyborga. Nie mam ochoty go poznawać, ani czytać tej książki. Dla mnie to nie jest inspiracja, to ślepa uliczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z powyższą oceną, ale nie zapisuję się do obozu przeciwników.
      D.G. wycierpiał wiele i znalazł swoją indywidualną drogę wyjścia.
      Podobnie jak Pani i Puszek uważam, że jego droga jest nieludzka i nikomu bym takiego wyjścia nie sugerował.
      Autorce wpisu dziękuję za bardzo ciekawą recenzję.

      Usuń
    2. Na wstępie od razu serdecznie przepraszam za opóźnienie w odpowiedzi – nie wyrabiam na zakrętach, uciekają mi te dni strasznie!

      Troszeczkę jednak zdziwił mnie Twój surowy osąd, ale nie mam zamiaru robić focha z tego powodu – przecież nie we wszystkim musimy się zgadzać, a ja nie jestem osobą, która zrywa kontakty z innymi tylko dlatego, że mają inne poglądy polityczne, religijne czy po prostu odmienne zdanie na temat książek :) Co więcej, fajnie, że nie boisz się wyrazić swojej opinii. Zdecydowanie wolę to, niż udawanie, że masz takie samo zdanie, skoro ewidentnie nie masz :)
      W zasadzie to zgadzam się tylko z jedną rzeczą, którą napisałaś o nim – jest to ucieczka przed trudną przeszłością. Ba, dodałabym tu nawet, że jednocześnie ucieczka przed alternatywną przyszłością, która by go czekała, gdyby nie narzucił sobie tej kontrowersyjnej dyscypliny.
      Odniosę się tutaj do Perry'ego, na którego razem naskakiwałyśmy te parę miesięcy temu :) Mając do wyboru taką jęczybułę, która użala się cały czas nad sobą (jak to on ma najgorzej na świecie, gorzej od cukrzyków i bezdomnych) a Gogginsa, mocno zafiksowanego na obranych celach, zdecydowanie wolę tego drugiego, bo on bierze odpowiedzialność za swoje życie, a ten pierwszy patologicznie jej unikał.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    3. Bardzo fajne zdanie napisałeś, Lechu: "D.G. wycierpiał wiele i znalazł swoją indywidualną drogę wyjścia." Zawalczył o lepsze jutro zamiast pójść w bylejakość. O ile łatwiej byłoby przecież pójść po linie najmniejszego oporu, co też czyni tak wiele osób wokół nas. Dla mnie jest inspiracją. Nikt nie musi kopiować jego zachowania w 100%, ale co by nie mówić, David Goggins jest świetnym przykładem człowieka, który "wyszedł na ludzi". Nikt mu nic nie dał za darmo. Na wszystko sam musiał ciężko zapracować. I to dosłownie. Szanuję takich ludzi.

      Usuń
    4. Widzisz... obaj działają na mnie jak płachta na byka. A paradoks polega na tym, że chociaz Goggins i Perry to skrajnie przeciwne bieguny zachowań (jeden ucieka w morderczy sport, drugi uciekał w substancje psychoaktywne) to, wg mnie, napędza/-ał ich ten samym 'demon'.
      Perry gonił za sławą i poklaskiem, wierząc, że to uleczy jego ból. Goggins goni za mianem 'najtwardszego człowieka na ziemi' za wszelką cenę, biegając na połamanych(!) nogach oraz ryzykując niewydolność nerek (i dializy-to już mój dopisek). Dla mnie to dwie strony tego samego medalu. W obu przypadkach to po prostu nałóg.
      Prawdziwa siła i dojrzałość polega na tym, by okiełznać swoje demony i zacząć wnosić realną wartość do życia innych. Zamknięcie się w swoim świecie i biczowanie do nieprzytomności to żadne osiągnięcie i żaden wzór do naśladowania. Mnie taki sposób życia nie inspiruje. Widzę w nim nieustanną walkę ze samym sobą, a nie wzór do naśladowania. Nie podoba mi się droga, którą wybrał. To jest ryzykanctwo, igranie ze swoim zdrowiem i życiem, a nie odpowiedzialność. Ale taką wybrał i jest przekonany o jej słuszności, więc niech nią podąża.
      Zastanawiam się jednak co będzie, jeśli któregoś dnia jego ciało powie 'dość'? Biologii nie da się oszukać. Jeśli nie będzie już mógł być najszybszy, najtwardszy i najsilniejszy albo pojawi się ktoś lepszy od niego, na czym wtedy oprze poczucie własnej wartości? Mam nadzieję, że naprawdę to go nie złamie i znajdzie odpowiedź, zanim życie postawi go przed tym pytaniem. Może wtedy... zacznie malować obrazy, hodować róże, pisać wiersze albo otworzy małą księgarnię;-)

      Usuń
  12. szczerze mówiąc nie słyszałam o nim

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz już wiesz, kto zacz :) No chyba, że nie przeczytałaś wpisu do końca ;)

      Usuń
    2. tak teraz wiem ale nie słyszałam o nim wcześniej

      Usuń
    3. Wcale mnie to nie dziwi :)

      Usuń
  13. Uwielbiam czytać biografie ponieważ pozwalają mi nie tylko poznać fascynujące losy wybitnych postaci, ale też zrozumieć realia epoki, w której żyły. Rok temu przeczytałam biografię Davida. Byłam pełna podziwu, że pomimo koszmarnego dzieciństwa stał się niezwykłym wśród niezwykłych. Jestem pod wielkim wrażeniem jego udziałów w ultramaratonach (200km), triathlonach, tego dokonać może człowiek niezwykle mocny psychicznie i fizycznie. Myślę, ze fundamentalna determinacja oraz ekstremalna dyscyplina stoją za wszystkimi jego dokonaniami. A przecież służba w elitarnych jednostkach US Navy SEALs, to też nie jest bułka z masłem.
    Ściskam Cię mocno i serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak miło, że znalazła się chociaż jedna osoba, która przeczytała tę książkę! :) Dzięki za podzielenie się Twoją opinią :) Pięknie podsumowałaś jego dokonania i postawę – zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś, i cieszę się, że doceniasz jego hart ducha.
      W czasach bylejakości i mięczaków David Goggins wyróżnia się swoją samodyscypliną i żelazną wolą. O ile łatwiej byłoby poddać się i zejść na psy – spokojnie mógł usprawiedliwiać się i utwierdzać w przekonaniu, że urodził się pod pechową gwiazdą i jego los jest już przesądzony (jak robi wielu ludzi), a jednak postanowił zawalczyć o lepsze życie i nie powielać patologii. Jeśli to nie zasługuje na szacunek, to ja już nie wiem co!
      Pozdrawiam Cię bardzo ciepło z (niestety) upalnej Irlandii.

      Usuń
  14. "Nic mnie nie złamie" brzmi zachęcająco. Może kiedyś gdzieś na tę książkę trafię. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak zawsze – nikogo nie namawiam, tylko sygnalizuję i dzielę się swoją opinią. Jeśli czujesz, że to coś dla Ciebie, to jasne, sięgnij po nią. Może akurat trafi ziarno na podatny grunt?

      Usuń
  15. Widzę że człowiek z biografii którą nam pokazałaś wydaje się dość kontrowersyjnym człowiekiem. Ale fajnie dowiedzieć się o istnieniu takiej osoby. Dziękuje za propozycje ciekawych książek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, kontrowersyjny to jego drugie imię ;) Nawet po komentarzach widać, że czytelnicy są spolaryzowani, co w sumie nie dziwi. Jeszcze się taki nie urodził, coby wszystkim dogodził ;)

      Usuń
  16. Nie znam tego jegomościa i nie czytałam tej książki. Mogę podziwiać jego determinację i pewność siebie, ale chyba tylko podziwiać na odległość i jednak bez osobistych emocji, bo sama nie chciałabym być takim człowiekiem, ani też być z takim człowiekiem. Jego cechy charakteru wydają mi się, lekko mówiąc, nienaturalne i myślę, że jednak nie stanowią dla mnie powodu do podziwu. Bezustanna gonitwa za byciem najdoskonalszym prawie w każdej dziedzinie, musi skutkować "skrzywieniem" tych zwyczajnych i ludzkich cech charakteru. Kogo zatem może podziwiać taki najlepszy z najlepszych? Jestem na nie... a bycie z takim człowiekiem męczyłoby mnie ogromnie. Stres, strach, ciągłe obawy o jego bezpieczeństwo... nieeeee!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe kwestie poruszyłaś, i tak sobie teraz myślę, że nie chciałabym być dokładnie taką samą osobą, ale imponuje mi wiele jego cech i chętnie bym je przygarnęła, gdyby tylko było to możliwe :) Nie chciałabym takiego męża, bo mam wrażenie, że u niego na pierwszym miejscu jest jednak dyscyplina, nie rodzina, no i wiecznie umierałabym ze strachu o niego (a to skraca życie ;)), ale nie pogardziłabym takim kolegą/trenerem. Lubię otaczać się ludźmi, którzy ciągną w górę, a nie ściągają w dół. Kto bardziej potrafiłby człowieka zmotywować do wysiłku i samodoskonalenia się, jeśli nie ktoś tak zasłużony jak on?

      Usuń
  17. Takiego człowieka chętnie bym widziała w roli strażaka, ratownika, lekarza, kogoś komu powierzono moje życie, bo wiedziałabym, że zrobi wszystko najlepiej jak to możliwe, ale żyć z takim panem bym nie chciała, zawsze byłabym na dalszym planie. To trochę, jak oglądać film o lekarzach, podoba nam się ich zaangażowanie i empatia, ale życie z taką osobą byłoby nie do zniesienia, bo w codziennym życiu (nie w ekstremalnych sytuacjach) to nasze słabości są naszą siłą. Pozwólmy sobie na niedoskonałość:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, ciekawy aspekt poruszyłaś – ciekawa jestem, czy on sam widziałby siebie w którejś z tych ról? :) Tego właśnie się obawiam, że życie z kimś takim jak on oznaczałoby notoryczne bycie na dalszym planie, co w efekcie rodziłoby sporą frustrację i byłoby iskrą zapalną do nieustannych kłótni. Chyba można by było porównać to do życia z pracoholikiem, który nie potrafi odpoczywać i chorobliwie ucieka w pracę. To też jest męczące i bardzo niezdrowe dla związku.

      Usuń
  18. Parece un libro interesante. Te mando un beso y te deseo una buena semana.

    OdpowiedzUsuń

Be real. Be yourself. No AI-generated comments, please!
Nie czytam blogów tworzonych przez sztuczną inteligencję, a komentarze przez nią wygenerowane usuwam.