Zawsze starałam się ukazywać Wam piękno Irlandii. Dziś zrobię coś zupełnie przeciwnego – pokażę Wam Zieloną Wyspę od najgorszej strony. Brudną, odpychającą, zaniedbaną – taką, jaką sukcesywnie czynią ją pewni Polacy. Tak bardzo brak im swojskich klimatów, że postanowili zrobić w Irlandii drugą Polskę…
Dzisiaj miałam wątpliwą przyjemność zapoznać się z dziełem rodaków. Wybrałam się na spacer, powiedzmy „leśną” wiejską dróżką. Pogoda super, można odnieść wrażenie, że to lato, a nie zima. Widoki całkiem sympatyczne by były, gdyby nie dziesiątki czarnych, porozwalanych worków z odpadami, które znalazły się w rowach, bo jakiemuś cholernemu skąpcowi i cwaniakowi z Polski żal było wydać 30 euro za wywóz śmieci. Lepiej przecież podrzucić do lasu, po co się trudzić, niech inni się tym zajmą – jakie to polskie. Iść na łatwiznę, kombinować, robić przekręty, szukać oszczędności na siłę, zachowywać się jak cham - jak ja tego nienawidzę! Tak, nienawidzę – w pełnym tego słowa znaczeniu.
Żałosny to obraz. Tak żałosny, jak ci, którzy do tego się przyczynili. Cała fosa udekorowana jest kolorowymi puszkami, butelkami plastikowymi, a wśród całej tej stery syfu dumnie wystaje plastikowe opakowanie po śmietanie. Napis rzecz jasna po polsku – czemu mnie to nie dziwi? Obraz typowo polski. Tak patrząc na te odpady przypomniał mi się widok polskich lasów – równie zaśmieconych, jak ten tutaj w Irlandii. Jak widać nabytych w młodości nawyków nie da się tak łatwo wykorzenić…
I nieważne, że kilkaset metrów wcześniej widnieje tablica zakazująca porzucania śmieci. Nieważne, że można dostać za to niezłą karę- cwany Polak niczego się nie boi. On pokaże tym głupim Irolom, że można obejść ich przepisy i bezkarnie łamać wszelkie zasady. Polak-cwaniak nie z takim przypadkami miał do czynienia. Ma już wprawę. Lata praktyki czynią przecież mistrzem.
Ten pojemnik po polskiej śmietanie to dla mnie wystarczający dowód na to, że sprawcami są Polacy. Jakoś nie podejrzewam Irlandczyków o kupno wyżej wspomnianego produktu. Zresztą Irlandczycy, na ogół, nie zapychają się badziewiem za kilka(naście) centów, które tak sobie umiłowali przedsiębiorczy Polacy. Wiele razy już jadłam wspólne posiłki z mieszkańcami Zielonej Wyspy i NIGDY nie widziałam na ich stole najtańszych i najgorszych produktów z Tesco, czy innego Lidla. Oni nawet nie spojrzą na masło, chlebo i mięsopodobne produkty. Kupują jedzenie o dobrej jakości: masło o przepysznym, prawdziwym smaku, smaczny chleb z prawdziwego zdarzenia, świeżutką i soczystą szynkę… To tu, w Irlandii jadłam jeden z najlepszych chlebów w życiu – domowej roboty mojego znajomego Irlandczyka. Za ten chleb zdobył już wiele nagród. Wiem, że zasłużył. Jego smaku nigdy nie zapomnę. Ten chleb w połączeniu z prawdziwym, typowym masłem irlandzkim (lekko słony smak) to prawdziwa uczta dla podniebienia… Polak-cwaniak wie jednak lepiej: w Irlandii żarcie jest okropne, ohydne wręcz. Cóż. Za jakość się płaci. Jeśli zapycha się żarciem na które nawet wygłodniały pies by nie spojrzał, to niech nie oczekuje niezapomnianych wrażeń smakowych. Ma to, za co zapłacił…
Nieopodal pojemnika po śmietanie leżała jednorazowa torba z Kaunasa, a w niej kolejna porcja śmieci. Kaunas to sklep z żywnością wschodnioeuropejską, a w nim nawet duży wybór polskich produktów. Irlandczyków jakoś nie spotyka się w tego typu sklepach. Wiadomo dla jakiego rodzaju klienteli powstały te sklepy… Chyba nic więcej nie muszę dodawać….
Irlandia naprawdę nie robi żadnych problemów z wywozem śmieci. Nie kosztuje to majątku. W naszym przypadku sprawa wygląda następująco. Za dwa kubły na śmieci (jeden na rzeczy przeznaczone do recyklingu, drugi na powiedzmy „wszystkie” odpadki) płacimy miesięcznie 35 euro. Czy to tak dużo? W wielu przypadkach suma ta odpowiada 3h pracy. Płacę tę sumę i mam problem z głowy – nie muszę się martwić, gdzie tym razem podrzucić śmieci i czy ktoś mnie czasem nie przyłapie na tym. Moim „problemem” jest tylko wystawianie odpowiedniego kubła przed dom w odpowiednim dniu.
Kiedy patrzyłam na ten smutny widok, na zaśmiecony las, doszłam do wniosku, że chamstwo niektórych osób nie zna granic. Cham zawsze pozostanie chamem. Nieważne czy zmieni się jego miejsce zamieszkania, status majątkowy, wygląd… Nawet jeśli opakowanie będzie atrakcyjne, to wewnątrz ciągle będzie ta sama zgnilizna.
Szczęśliwie dla Polaka-cwaniaka - nie znam go. Bo gdybym znała i wiedziała, że praktykuje takie rzeczy, to nie zawahałabym się nad doniesieniem tego do County Council. Nie miałabym skrupułów. I nie z zawiści, czy chęci sprawienia mu kłopotu. Z poczucia obowiązku. Nie ma tolerancji dla chamstwa i cwaniactwa – przynajmniej z mojej strony. Nie mam szacunku dla takich osób. Nie zasłużyli sobie na niego. A gadki typu „Polakowi trzeba pomóc, bo to rodak”, „kto ma pomóc, jak nie Polak?” zwyczajnie na mnie nie działają. Nie będę się solidaryzować i utożsamiać z Polakiem-cwaniakiem. Nie będę też współwinna niszczeniu świata, tylko dlatego, że dokonuje tego mój rodak. Gdyby to był Japończyk, Francuz, Włoch, czy Arab – zrobiłabym to samo. Przymykanie oka na takie występki i udawanie, że wszystko gra jest tak samo podłe, jak zaśmiecanie.
A pomóc mogę rodakowi – ale nie każdemu. Nie Polakowi-cwaniakowi.