Naprawdę nie potrafię znaleźć powodu, dla którego nie warto byłoby się wybrać do Parke's Castle leżącego w hrabstwie Leitrim. Symboliczna opłata wstępu, malownicze położenie nad Lough Gill - jeziorem opiewanym przez Yeatsa, narodowego wieszcza Irlandii - mury skrywające bogatą przeszłość i przeróżne ciekawostki. To wszystko czeka tam na turystę.
Zamek położony jest przy drodze, ciężko byłoby go zatem przegapić. Ta trzykondygnacyjna rezydencja z XVII wieku to jeszcze jedna pozostałość po okresie kolonizacji tutejszych ziem przez osadników przybywających głównie ze Szkocji i Anglii.
Historia zamku to losy głównie dwóch zupełnie różnych rodzin: irlandzkiej i angielskiej. Pierwotnie w XVI wieku wewnątrz pięciokątnego muru obronnego stała wysoka, ufortyfikowana wieża należąca do potężnego irlandzkiego klanu O'Rourke.
Z tamtego okresu pozostał głównie tylko mur obronny i północno-wschodnia wieża. A także pamięć o gościnności i szczodrości Briana, przywódcy klanu, który w 1588 roku udzielił schronienia oficerowi z roztrzaskanej o irlandzkie brzegi, hiszpańskiej Armady płynącej na Anglię. Szlachetności Briana nie doceniła królowa Elżbieta I. Irlandczyka sprowadzono przed jej oblicze, ale wódz nie uląkł się królewskiego majestatu. Zlekceważył Elżbietę, odmówił oddania jej hołdu, a tym samym podpisał na siebie wyrok śmierci. Został powieszony.
Tym sposobem z fabuły zniknął Brian, a w jego miejsce pojawił się Robert. Kiedy zamek został odebrany klanowi O'Rourke, nowy pan na włościach, Anglik Robert Parke, postanowił urządzić się po swojemu. Bezpardonowo zburzył wieżę swego poprzednika, a pozyskane kamienie wykorzystał do wzniesienia nowego budynku - wygodnego, ale zarazem ufortyfikowanego dworku.
Były to czasy nadal niezbyt stabilne politycznie - Irlandczycy często próbowali odzyskać ziemie zawładnięte przez intruzów, Anglik nie mógł zatem oczekiwać, że tutejsza ludność przyjmie go z otwartymi ramionami. Jeśli Parke myślał, że irlandzka ziemia będzie dla niego rajem, to się mylił. Dwójka jego dzieci, Robert i Mary, utopiła się w jeziorze. Pozostała mu tylko jedna córka - Anne. I to ona odziedziczyła zamek, który później przeszedł na jej syna, Roberta Gore. To on był najprawdopodobniej ostatnim mieszkańcem Parke's Castle.
To tyle jeśli chodzi o historię zamku. Pozostałe ciekawostki odkryjcie sami, a najlepiej w towarzystwie przewodnika. My wybraliśmy właśnie tę opcję i było to doskonałe rozwiązanie. Anna, pani przewodnik, kobieta w średnim wieku w interesujący sposób oprowadziła naszą dwójkę, pokazała tajne przejście prowadzące z zamku do jeziora, opowiedziała o irlandzkich tradycjach i ciekawostkach, a Połówka udało jej się nawet namówić do wczołgania swych stu osiemdziesięciu kilku centymetrów ciała do niewielkiego otworu "sweat-house", prymitywnej sauny.
Całe oprowadzanie wydłużyło się o dobre 10 minut, bo nasza rozmowa zeszła niespodziewanie na tematy Polski, sytuacji ekonomicznej wyspy, emigrantów i naszych podróży po Irlandii. Było sympatycznie i ciekawie. Z zamku wyszłam z dużym uśmiechem na twarzy i z nowymi wiadomościami. Połączyłam przyjemne z pożytecznym i o to chodziło.
Przyjedźcie tu. Zobaczcie na własne oczy nietypowe schody - wijące się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, dostosowane do leworęcznego Roberta Parke'a, pięknie zrekonstruowane w ciągu 12 miesięcy przez jednego rzemieślnika. Oglądnijcie dwie urocze wieżyczki w szkockim stylu i dajcie się ochłodzić bryzie znad jeziora. A jeśli będziecie mieć ochotę na więcej atrakcji, możecie udać się na rejs łodzią po Lough Gill. Zdecydowanie polecam.