Po długich dniach siedzenia jak na szpilkach w moje ręce trafiła wreszcie kolejna z książek Anny Herbich, poświęcona wyjątkowym polskim kobietom. O "Dziewczynach z Wołynia" pisałam tutaj. Tym razem padło na tom "Dziewczyn z Syberii" i, tak jak poprzednim razem, nie zawiodłam się.
Jak stwierdziła jedna z bohaterek, Stefania Szantyr-Powolna: "Syberia była miejscem, w którym ludzka życzliwość niemal nie występowała. Była to kraina powszechnej brutalności, w której przetrwać mógł tylko najsilniejszy".
To właśnie w niej bolszewicy, chcąc nie chcąc, testowali teorię ewolucji Karola Darwina. I na szczęście dla nas wszystkich ci najsilniejsi i ci, do których uśmiechnął się los, przetrwali, by opowiedzieć przyszłym pokoleniom o tym, jak człowiek człowiekowi wilkiem jest.
Pod względem estetycznym książka jest tak samo urodziwa jak poprzednia: porządna gruba oprawa, a treść nadal bogata w piękne, historyczne i archiwalne zdjęcia. Wiadomo, że każdy ma swój indywidualny poziom wrażliwości, nie uważam jednak, że spisane w niej wspomnienia są wyjątkowo wstrząsające czy makabryczne. Nie wywołała we mnie PTSD, czytałam ją z dużą przyjemnością, spokojnie spałam po nocach i nie zrywałam z łóżka z przeraźliwym krzykiem (a jeśli już, to dlatego, że ponownie zaspałam, bądź mój kot znów z impetem na mnie wskoczył!).
Od treści książki bardziej zasmucił mnie fakt, że wiele bohaterek, tych dzielnych kobiet ‒ naszego żywego skarbu narodowego, już prawdopodobnie nie ma, jako że "Dziewczyny z Syberii" ukazały się w 2015 roku, czyli dekadę temu. Już w tamtym momencie wiele z nich było mocno posuniętych w latach.
Dacie wiarę, że ta niesamowita kobieta, którą cytowałam nieco wyżej, Stefania Szantyr-Powolna, lekarka, hrabianka i bioterapeutka, nadal żyje? Parę miesięcy temu, 30 VII 2024 roku, obchodziła swoje setne urodziny!
W czasie czytania tej książki zrodziło się w mojej głowie pewne pytanie: czy dziś byłoby komu walczyć na wojennym froncie? Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nasi przodkowie zdecydowanie bardziej niż my doceniali swoją ziemię ojczystą. Wielu z nich przecież do upadłego walczyło o niepodległą Polskę. Nam było to dane. Za nic nie musieliśmy walczyć, ani przelewać krwi. Nie od dziś wiadomo, że najbardziej ceni się to, co się samemu wypracuje w pocie czoła, zaś to, co przyszło łatwo, traktuje się po macoszemu.
Pod koniec książki natrafiłam na słowa Zdzisławy Wójcik, nad którymi trochę dłużej się pochyliłam (o II Rzeczpospolitej): "Może to zabrzmi jak banał, ale to był naprawdę inny świat. Ludzie byli ulepieni z innej gliny. Harcerstwo, szkoła, patriotyczne domy. Świeże jeszcze opowieści o powstaniach i bojach o niepodległość. Zależało nam na czymś więcej niż tylko na osobistym powodzeniu. Byliśmy zahartowani, gotowi do poświęceń."
W 1960 roku padły słynne słowa pewnego amerykańskiego absolwenta Harvarda, irlandzkiego pochodzenia, znanego szerszemu gronu jak prezydent John F. Kennedy: "Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie. Pytaj, co ty możesz zrobić dla twego kraju."
Czy tylko ja mam wrażenie, że już od dawna nikt o to nie pyta, a co za tym idzie, coraz słabiej utożsamia się ze swoją ojczyzną, tak bardzo poniewieraną, niszczoną i osłabianą przez polityków?
Zakończę bardzo wymownym cytatem Aliny Chodkowskiej:
"W Związku Sowieckim kradli wszyscy. Bez tego nie byliby w stanie przeżyć. Najbardziej opłacało się zostać przewodniczącym kołchozu. Kadencja trwała pięć lat i taki człowiek mógł przez ten czas tyle nakraść, że ustawiał rodzinę. Nawet jeżeli kilka lat musiał potem przesiedzieć w kryminale za malwersacje, jego bliskim już niczego nie brakowało. Ich los był zabezpieczony."
Tej pani już od ponad dwóch lat z nami nie ma. Jej słowa brzmią jednak dziwnie znajomo, nie sądzicie?
A skoro niechcący zeszłam na temat polityki, to wspomnę tu także o innej interesującej pozycji z kategorii literatury faktu, choć dla mnie opisane w niej wydarzenia podchodzą bardziej pod horror albo co najmniej dramat.
Mowa tutaj o "Szaleństwie tłumów" Douglasa Murraya, brytyjskiego dziennikarza, pisarza i komentatora politycznego, wydanym w 2019 roku. Książka zawiera tylko cztery rozdziały, za to o dość gorącej tematyce, bo poświęconym kwestiom, które w bardzo krótkim czasie potrafią mocno spolaryzować opinie rozmówców (geje, kobiety, rasa, trans).
Autor odważnie obnaża hipokryzję i absurdy naszego świata. Przede wszystkim jednak jest powiewem świeżości w tej naszej nieciekawej rzeczywistości ‒ zachęca do chwili zadumy nad poruszonymi tematami i opisanymi zjawiskami.
Murray wydał też "Przedziwną śmierć Europy", którą przeczytałam na początku minionego roku i która bardzo mi się podobała. W obydwu pozycjach głośno mówi o tym, o czym wielu z nas boi się napomknąć z obawy, że dostanie parszywą łatkę skrajnego prawicowca bądź paskudnego rasisty.
Z zupełnie innej beczki - "This is My Sea" to jedna z lepszych książek, które czytałam, poświęconych tematyce żałoby. Tematyka nie należy do najłatwiejszych, warto jednak o tym mówić, bo choć żyjemy w XXI wieku, to mam wrażenie, że czasami nadal nie wypada poruszać pewnych tematów, aby ‒ broń Boże! ‒ ktoś nie poczuł się niekomfortowo. Tymczasem śmierć i żałoba to coś, co spotka każdego z nas. Jedynie na innym etapie i w innym stopniu dotknie.
Autorka, Miriam Mulcahy, w dość krótkim czasie (bo czymże jest to 7 lat? Mrugnięciem oka, tak naprawdę) straciła znaczną część swojej rodziny: rodziców i siostrę. Ból po stracie był niczym zdradziecki prąd, który grozi utonięciem. Ona jednak okiełznała go, uczyniła swoim, oswoiła. Książka bardzo ładna pod względem językowym, poetycka, i przyjemna w odbiorze.
Na
sam koniec coś zdecydowanie najlżejszego ‒ słodka jak landrynka książka Malwiny
Bakalarz, która zaintrygowała mnie swoim tytułem: "Jak zmieniłam życie w
rok?", toteż w ciemno wypożyczyłam ją z biblioteki. Co poradzić, lubię
inspirujących ludzi, lubię czytać o tych, którzy dostali od losu beznadziejne
karty, a mimo to chwycili życie mocno za rogi, niczym rasowy matador, i
stanowczo powiedzieli: "nie ze mną te numery, Brunner!".
Jak odkryłam niedługo później, Malwina jest moją koleżanką "po fachu" i prowadziła bardzo popularny blog. Przejrzałam go z ciekawości, raczej nie zostanę tam na dłużej, bo jednak autorka właśnie tym trudni się zawodowo, co oznacza, że na stronie jest sporo produktów i współprac reklamowych, a tych jednak nie lubię u innych. Taki już niewierny Tomasz ze mnie ‒ nie kupuję (dosłownie i w przenośni) towarów zachwalanych przez tzw. influencerów.
Pod względem wizualnym książka bardzo mi się podobała, może dlatego, że sama mam słabość do pudrowego odcienia różu, a tu go całkiem sporo. Pięknie wydana i ozdobiona w środku. Zaryzykuję stwierdzenie, że tak uroczej książki jeszcze nigdy nie czytałam. Jest w niej trochę przydatnych informacji, trików i podpowiedzi, które mogą przydać się niektórym osobom, jednak nie jest to nic szczególnie odkrywczego.
Jestem jednak pewna, że Malwinie nie zależało na wynalezieniu koła, to już za nami, chciała jedynie w jednym miejscu zebrać wszystkie wskazówki i sposoby, które pomogły jej dokonać prywatnej rewolucji. Mimo wszystko całkiem fajna lektura.
Na uwagę zasługuje forma ‒ autorka bezpośrednio zwraca się w niej do czytelniczek, i używa przy tym niewyszukanego, prostego języka ‒ takiego, jakim posługujemy się na co dzień w naturalnej rozmowie. Jej książka pełni przez to funkcję takiej życzliwej przyjaciółki, której wiele z nas nie miało.










