czwartek, 20 sierpnia 2026

Jak dobrze być ignorantem!

Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że ignorancja jest błogosławieństwem, a ja dość często jestem skłonna przyznać mu rację.

Tęsknię za czasem, kiedy byłam naiwna i niewinna zarazem. Tego właśnie zazdroszczę młodym. Jeszcze nie wiedzą, jak zły jest świat. Żyją w swojej bańce, widzą tylko czubek swojego nosa, mają zawężone horyzonty i głębokie przekonanie, że nic złego im się nie przytrafi.

Też kiedyś taka byłam.

A potem przyszła dorosłość i stopniowo odzierała mnie z tej niewinności, niczym kucharz cebulę z kolejnych jej warstw. Nie jest to miły proces, a dodatkowo niekiedy obfituje w łzy.

Im dłużej człowiek żyje na świecie, tym ten świat więcej mu zabiera.

Najpierw naiwność i niewinność.

Potem młodość. Beztroskę. Kolejne złudzenia. Urodę. Figurę. Zdrowie. Bystrość umysłu. Wigor. Bliskich. A na samym końcu – życie.

Siedzieliśmy niedawno w pokoju dziennym szumnie zwanym salonem. Okno było otwarte dla naszej i kociej wygody – oglądaliśmy najnowszy sezon "1670" i nie chcieliśmy co chwilę podrywać się, aby wpuścić/wypuścić futrzane towarzystwo (nie tylko ludzie nie mogą się zdecydować – koty też same nie wiedzą, czego chcą).

A zatem siedzimy sobie, oglądamy, brzuchy trzęsą się nam ze śmiechu. Jednak w pewnym momencie do tych znajomych dźwięków dochodzi nowy. Najpierw próbuję go ignorować, myśląc sobie, że to pewnie któryś z kotów. Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Nie daje mi to jednak spokoju, bo okno znajduje się bezpośrednio za moimi plecami.

Roleta opuszczona jest na 3/4 długości, podnoszę ją – nic nie widać. Wracam do oglądania, a po chwili znów to samo. Znów ten dziwny dźwięk! Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Patrzę w prawo (nic), patrzę w lewo...

A tam jakiś cień! Coś jest po drugiej stronie rolety!

"Co to jest, do jasnej anielki?!" – zaczynam zastanawiać się na głos. "Ćma?", "Motyl?"

To N I E T O P E R Z!" – Połówek identyfikuje ten niezidentyfikowany do niedawna obiekt latający.

Wystrzeliwuję z sofy niczym rakieta i odskakuję od okna jak oparzona.

Idę na zewnątrz, żeby potwierdzić przypuszczenia Połówka i z bezpiecznej odległości przyjrzeć się temu niespodziewanemu gościowi. Niestety, nie dane mi to było, bo jak tylko wyszłam przed dom, nietoperz wyfrunął przez okno i poleciał w sobie tylko znanym kierunku!

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że zaledwie parę tygodni wcześniej natrafiłam na kuriozalny artykuł, który przykuł moją uwagę. Był o kanadyjskim chłopcu, który obudził się w środku nocy z... nietoperzem siedzącym na jego nosie i ustach! I nie, nie jest to miejska legenda, a najprawdziwsza prawda.

Chłopiec odgonił go, nietoperz został wypuszczony na zewnątrz, tam, gdzie jego miejsce, a rodzina jedenastolatka przeszła nad tym do porządku dziennego – dziecko nie miało żadnych widocznych obrażeń, zadrapań ani ukąszeń, toteż obyło się bez wizyty u lekarza.

Pewnie ta historia stałaby się z czasem niewinną rodzinną anegdotką, gdyby nie to, że niecałe trzy tygodnie później u chłopca wystąpiły nagle "tajemnicze" objawy chorobowe. Zdrętwiała mu twarz, dostał gorączki, dreszczy, zaczął wymiotować...

Tym razem nie obyło się bez pomocy lekarskiej. Zanim jednak lekarzom udało się trafnie go zdiagnozować, na ratunek było już za późno. Po kilkunastu dniach w szpitalu chłopiec zmarł.

Taką podstępną chorobą jest właśnie wścieklizna, a do tego jest praktycznie w 100% śmiertelna. Kiedy zaatakuje układ nerwowy i mózg, medycyna pozostaje bezbronna.

Niesamowicie ważna jest tutaj profilaktyka poekspozycyjna – podanie szczepionki i surowicy ZANIM pojawią się objawy. Dlatego lepiej dmuchać na zimne i, w takich przypadkach jak ten wyżej opisany, od razu udać się do lekarza po ratunek.

Ten wieczór zmienił wszystko. Do listy moich obaw i strachów dopisałam nowy: obawa przed nietoperzem!

Ale to jeszcze nic!

Zaledwie dwa dni później sytuacja znów się powtórzyła.

Połówek poszedł się myć. Wziął prysznic, wyszedł z łazienki, poszedł do sypialni. Za chwilę do tej samej łazienki wchodzę ja. Włączam światło, otwieram drzwi, a tam NIETOPERZ! Lecący prosto na mnie!!!

Narobiłam wrzasku, który zbudziłby nieboszczyka, odruchowo zakryłam się, walnęłam drzwiami i uciekłam.

W pierwszej chwili nie byłam w stanie powiedzieć, z tych emocji i nerwów, czy ten nietoperz zdołał wylecieć przez drzwi, które otworzyłam (i znajduje się teraz gdzieś w domu), czy może jednak został w łazience. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że zawrócił i wyleciał przez uchylony lufcik, bo chyba wystraszył się mnie tak samo jak ja jego.

Po tym wieczorze byłam już poważnie obfajdana. Na szczęście niedosłownie. Przeżyłam całe swoje życie bez ani jednego takiego przypadku, a tu nagle dwa w przeciągu kilku dni? Jakie są na to szanse?! Naprawdę trzeba mieć zezowate szczęście!

Od razu pozamykaliśmy wszystkie okna. Nie przyszło mi to łatwo, bo uwielbiam rześkie powietrze i widok otwartych okien był u nas zawsze czymś normalnym.

Pech chciał, że zaraz po tym niefortunnym wydarzeniu znów mieliśmy wysokie temperatury – przez dwie noce męczyliśmy się przy zamkniętych oknach i czuliśmy jak w piekarniku. No ale przynajmniej byliśmy poza zasięgiem nietoperza!

A jakby tego było mało, jednej nocy obudziłam się z wrzaskiem "NIETOPERZ!", bo przecież mój wspaniały mózg musiał odtworzyć we śnie całą tę niefortunną sytuację z nietoperzem. Nie dość, że prześladował mnie w prawdziwym życiu, to jeszcze w nocy musiałam przed nim uciekać!

I tak sobie myślę, jak cudownie żyło mi się, kiedy byłam ignorantką. Zanim natrafiłam na ten artykuł, zanim dowiedziałam się o nietoperzach i wściekliźnie, zanim musiałam zamykać wszystkie okna na noc.

Myślę sobie też, że to swego rodzaju "cud", że przeżyłam swoje dzieciństwo na wsi. Byłam bowiem tym niewinnym i naiwnym dzieckiem, które chciało ratować każde istnienie. Kiedy więc któregoś dnia znalazłam gacka z uszkodzonym skrzydłem, zabrałam go do domu, aby w domowym zaciszu wracał do zdrowia. Nie jestem nawet pewna, czy poinformowałam o tym mamę. Historia nie skończyła się pomyślnie dla wszystkich, ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.

29 komentarzy:

  1. Świetny post! Trochę śmieszno i trochę straszno :)
    Na szczęście mnie takie straszne historie omijają. No, może spotkanie dwóch dzików w Toruniu było niebezpieczne. Życie mignęło mi przed oczami :)
    Coś w tym jest, że nasz mózg tak osobliwie przetwarza nasze doświadczenia. Kiedyś nigdy nie śniłam o wojnie ale od czasu wojny na Ukrainie śni mi się ona przynajmniej raz na miesiąc.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim straszno! Zdecydowanie odblokowałam kolejny strach i teraz już nic nie jest takie samo, jak było!
      O kurczę, też nieciekawie z tymi dzikami! Uciekałabym, gdzie pieprz rośnie – szybciej niż Struś Pędziwiatr!
      Współczuję snów i łączę się w bólu – moje sny najczęściej odzwierciedlają moje najgłębsze obawy, rzadziej pragnienia. Sporadycznie zdarzają się jakieś wyjątkowo absurdalne, od czapy, będące pomieszaniem z poplątaniem ;)
      Spokojnych i bezpiecznych spacerów życzę :)
      PS. Przeczytałam "Dziewczynę z konbini" – całkiem fajna lektura poruszająca ważną tematykę. Dzięki za rekomendację! :)

      Usuń
  2. Ojoj, historia tego chłopca, aż stawia włosy na głowie. Niby lepiej nie wiedzieć, ale jednak można dmuchać na zimne...My mamy w oknach siatki, bo jak nie owady, to ptaki, ze dwa razy wróbel nam wleciał, o komarach, muchach i ćmach nie wspomnę.
    My cały rok mamy otwarte okna, więc siatki konieczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo przykra historia :( Współczuję rodzicom tej ogromnej straty. Tym bardziej, że pewnie żyją też z wyrzutami sumienia.
      Bardzo zaciekawiłaś mnie tymi siatkami. Mogłabyś coś więcej napisać na ich temat? Zadowolona z nich jesteś? Jaka to konkretnie firma? Mieliśmy kiedyś moskitiery, ale nie bardzo się sprawdziły – nasze okna otwierają się na zewnątrz, a nie do wewnątrz, jak to jest w Polsce (a przynajmniej było, kiedy mieszkałam w ojczyźnie).
      Ptaki nam nie wlatują do domu, ale np. ćmy i inne owady już są uciążliwe, bo lubię czytać przed snem przy otwartym oknie, a światło działa jak wabik.
      Otwarte okna są wybawieniem, szczególnie latem, ale teraz przez tę historię z nietoperzem już nie czuję się komfortowo i nie spałabym przy otwartych! O nie!

      Usuń
    2. My mamy siatki założone na stałe, ale bywają w postaci rolet, które w razie potrzeby ściągasz w dół sznureczkiem, na przykład na oknie balkonowym.
      Znalazłam takie coś:
      https://familyrollo.pl/moskitiera-rolowana-antracyt

      Usuń
    3. Dziękuję za linka. Genialna ta rolowana moskitiera! Jak dożyję następnego lata, to się nią zainteresuję! ;) Wspaniałe rozwiązanie.

      Usuń
  3. Podpisuję się obiema łapkami pod tym, że życie nas powoli odziera ze wszystkiego. Czy też świat. Tęsknię za młodzieńczą naiwnością i niewinnością.

    Pytanie dlaczego tak nagle gacki zaczęły do Was wpadać? Ja czasami je widzę na wieczornych spacerach z psem, przelatujące lotem błyskawicy i powiem szczerze jakoś nie chciałabym ich spotkać twarzą w twarz. Nie jestem zdumiona Twoim lękiem i nową fobią.

    Tak jak Ty wyczytałaś historię o chłopcu i nietoperzu tak ja kiedyś przeczytałam historię kobiety, która odwiedziła koleżankę z kotem. Kot ją podrapał i kobieta umarła. Dlatego zawsze zachowuję dystans od napotkanych kotów.

    Wracając do wścieklizny u nas po osiedlu krąży lis. Jak go widzimy spitalamy gdzie się da. Lisek sprawia wrażenie obłąkanego, a ja wiem, że lisy czy jeże też przenoszą wściekliznę.

    Wyobraźnia podpowiedziała mi dziwne obrazy jak napisałaś o swoim obfajdaniu 😉

    Czasami się zastanawiam jak to jest. Za dziecka jadło się niemyte truskawki, jagody z krzaka i jakimś cudem żyję. Głaskało się każde napotkane zwierzę. Dziś boimy się wszystkiego bo wszędzie czai się zło.

    Może to kwestia internetów. Kiedyś nie czytaliśmy takich historii. Byliśmy mniej świadomi i może dzięki temu jednak deczko szczęśliwsi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również. Bardzo! Życie jest znacznie łatwiejsze, kiedy człowiek jest ignorantem, a w dodatku optymistą święcie przekonanym, że złe rzeczy przydarzają się wyłącznie innym ludziom ;) A propos Twojego ostatniego akapitu, to na pewno – niegdyś nie mieliśmy okna na świat i nie byliśmy tak mocno bombardowani przeróżnymi nieszczęściami. A teraz? Jesteśmy zdecydowanie przebodźcowani. Gdzie nie zerkniesz, tam hiobowe wieści. Nawet jeśli niespecjalnie ich szukasz, one i tak jakiś sposobem znajdą Ciebie. Wchodzisz na YT – złe wieści. Otwierasz internetową prasę: tu kierowca TIR-a zasnął na autostradzie, tam napruty Ukrainiec staranował samochody i ludzi, pięciu zamaskowanych idiotów wjechało nocą pod prąd i doprowadziło do nieszczęścia... Długo by wymieniać.

      Sama się nad tym zastanawiałam. Szukałam odpowiedzi w Internecie, bo nie mogłam zrozumieć, dlaczego przez całe życie ani razu mi się to nie przydarzyło, a tu nagle aż dwa razy w przeciągu paru dni! Dowiedziałam się, że młodym nietoperzom często zdarza się błądzić pod koniec lata i szukać kryjówki. Czasami też wpadają do domu przez przypadek, bo akurat gonią ofiarę. Otwarte okno wabi ćmy i komary, a te z kolei są pożywieniem gacków. Kto wie? Nietoperza wypadałoby zapytać, ale i tak by nie odpowiedział ;)

      I bardzo dobrze robisz. Nie tylko do obcych i bezdomnych kotów należy podchodzić z ostrożnością, ogólnie do wszystkich innych zwierząt. Nie tylko tych dzikich. W zeszłym roku był też przypadek kobiety, która pojechała na wakacje do Maroka, tam podrapał ją szczeniak (nawet nie jakoś mocno, delikatnie, nie krwawiła, a zadrapanie zdezynfekowała), a skończyło się tak samo jak w opisanej przeze mnie historii – zmarła na wściekliznę. Zgony spowodowane tą chorobą niby nie są jakieś częste, a mimo to nadal się o nich słyszy.

      Lisy są popularnymi roznosicielami wścieklizny, jeżyki – nie. Często za to mają pchły, bo nawet widzę to po tych naszych ogródkowych (nigdy ich nie podnosimy, nie dotykamy, ograniczamy się do dokarmiania), że drapią się zawzięcie. Jak byłam mała, to mi mama opowiadała historię o tym, jak ciotka chciała ratować jeża przed pchłami i popstrykała go muchozolem... Tak więc problem stary jak świat.
      Kurczę, przykra sprawa z tym lisem, ale może ktoś powinien zgłosić to odpowiednim służbom?

      Wypraszam sobie takie obrazy – nie możesz wyobrażać mnie sobie w przyjemniejszych sytuacjach? ;)

      Myślę sobie, że głupi ma szczęście ;) To chyba dlatego nie zaraziłam się wścieklizną od tego nietoperza z mojego dzieciństwa, ani nie umarłam od zjadania owoców podniesionych z ziemi (i wytartych w koszulkę, haha) albo utytłanych w błocie truskawek ;)
      Otóż to. Teraz zło czyha wszędzie. Robię jagodzianki, a z tyłu głowy mam myśl o bąblowicy! Ech. Chcę na nowo być ignorantką ;) Życie było wtedy piękniejsze, o!

      Usuń
  4. To jest jednocześnie zabawne, ciepłe i trochę przewrotnie smutne. 😊 Najbardziej podoba mi się to, jak osobista historia o nietoperzu staje się pretekstem do refleksji nad dorosłością i utratą niewinności. Ten kontrast między „gackiem do ratowania” z dzieciństwa a dzisiejszym „NIETOPERZ!!!” jest naprawdę uroczy.

    I chyba właśnie dlatego końcówka tak dobrze działa — człowiek zaczyna się śmiać z całej tej nietoperzowej paranoi, a potem nagle pojawia się myśl: może rzeczywiście niewiedza czasem była błogosławieństwem? Ale z drugiej strony ta dawna naiwność nie była pozbawiona czegoś pięknego: wiary, że każde stworzenie zasługuje na pomoc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Czerwona Filiżanko,
      lubię Cię i Twojego bloga, ale, proszę, nie zostawiaj mi komentarzy wygenerowanych przez sztuczną inteligencję. Dziękuję.

      Usuń
  5. Historia z nietoperzem to jakby zemsta z książki Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych.
    Miałam podobną przygode z kleszczem. Dziabnął mnie 20 sierpnia dwa lata temu, nic się nie działo, dezynfekcja, wyjełyśmy go z uda. Odezwał się pod koniec listopada dużą czerwoną otoczką. Przeraziłam się, bo za tydzień jechałam do Islandii na miesiąc. Szybko do przychodni i dostałam skierowanie na cito. Uprosiłam ludzi w kolejce, żeby mnie puścili. Dostałam 1- jedną dużą tabletkę, która miała zadziałać i tak też się stało.
    Mnie natura przeraża, powtarzam to często. Też mam siatki w oknach tu na wsi. W mieście nie.
    Ja jednak uważam, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam tej wspomnianej książki, więc nie bardzo wiem, o czym mowa.
      Ojejku, współczuję! Dobrze, że wszystko pomyślnie się zakończyło. Ja też miałam kiedyś przygodę z kleszczami, po tym jak buszowaliśmy w irlandzkich trawach, aby dotrzeć do pewnego dolmenu. Na szczęście (chyba) nie nabawiłam się boreliozy, bo od tamtego wydarzenia minęło już chyba z 10 lat.

      Usuń
  6. Jerzy, krzyczę tam z Tobą w tej łazience! Bardzo nie lubię jak coś skrzydlate się do mnie zbliża. Raz wleciała nam jaskółka do pokoju syna, to darłam się jak opętana. Tak, masz rację, im człowiek starszy i teoretycznie mądrzejszy, tym więcej powodów do strachu, obaw i w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, dzięki za wsparcie. Co dwa głosy to nie jeden! :)
      Jaskółek (i innych ptaków) się nie boję. Kiedyś mieliśmy trzy, które wypadły z gniazda i trzeba było je odchować, bo nie było możliwości włożenia ich tam z powrotem. To była fajna przygoda :)

      Usuń
  7. Jak jechaliśmy w nasza pierwsza podróż do Azji, to lekarz medycyny podróży kazał nam się zaszczepi własnie na wściekliznę i wtedy własnie dostałam wykład na temat jakie to jest ważne. Kilka zastrzyków, a może uratować życie, to w Azji nie szczepi się ani psów, ani kotów, tym bardziej dzikich stworzeń, a otrzymać tam własciwą pomoc, zwłaszcza dalej od dużych miast też może być trudno. Dlatego ja jestem zwolenniczka szczepień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie – lepiej dmuchać na zimne, no i przezorny zawsze ubezpieczony. Licho nie śpi ;)
      Jako dziecko miałam dużego psa i mama zawsze pilnowała szczepień.

      Usuń
  8. Uśmiecham się, bo... wiedza wcale nie czyni życia łatwiejszym, a im człowiek starszy, tym strachliwszy;-) I chyba na tym polega przewrotność „ignorancji”, że czasem lepiej czegoś nie wiedzieć, ale czasem wiedza naprawdę może uratować nam życie. Wiesz, zdrowy, dziki nietoperz nie ma żadnego interesu w tym, żeby zbliżać się do człowieka (i siadać mu na twarzy:-)), ale jeśli zwierzę zachowuje się inaczej, podchodzi, nie ucieka, łasi się, to zdecydowanie powinna nam zapalić się czerwona lampka.
    Ale też nie dajmy się zwariować! Sama obecność nietoperza w pobliżu nie oznacza od razu zarażenia się chorobą. To wcale nie takie łatwe;-) Sama przeżyłam bliskie spotkanie z takim gackiem, który zaplątał mi się we włosy. Było to dawno temu, jak widzisz wciąż żyję i nie zamierzam schodzić z tego swiata przynajmniej na żadną odnietoperzową chorobę:-) No to się powymądrzałam, ale właśnie dało o sobie znać moje medyczne wykształcenie;-)
    Więc moja droga, nie wpadaj w panikę, bo nie każda ćma (czy nietoperz) za oknem to potencjalny zwiastun końca świata;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam wcześniejsze komentarze i ktoś napisał, że przeraża go natura... Mnie przerazają ludzie. Do natury mam ogromny szacunek, gdyby mnie przerażała, chyba nie byłabym w stanie żyć...

      Usuń
    2. Ludzie faktycznie są przerażający, ale i natura taka bywa. Myślę, że wiem, co miała na myśli Ardiola. Chyba chodziło jej o straszną część fauny, te wszystkie węże, robale, pajęczaki. Mnie one też przerażają. Wolę trzymać się od nich z daleka :)

      Usuń
    3. Tak, zdecydowanie coś w tym jest i wraz z kolejnymi latami przybywa człowiekowi także nowych strachów ;) Im dłużej żyję, tym bardziej moja lista się wydłuża!
      Wiedza faktycznie w wielu wypadkach ratuje życie, bo jak mówi łacińska mądrość: ignorancja prawa szkodzi. Myślę, że można zastosować ją nie tylko do prawa, ale też do innych dziedzin życia.
      Wolę nie zastanawiać się, który nietoperz jest zdrowy, a który chory i trzymać się od nich tak daleko, jak to tylko możliwe :) Nie mam wpływu na to, który z nich usiądzie mi na twarzy ;)
      A Twoja historia z nietoperzem we włosach jest przerażająca – to już drugi taki przypadek, bo Teresa poniżej również o tym pisała!
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  9. Taito, tez czytalam ten artykul o tym chlopcu z Kanady, nie pamietam juz czy to bylo na polskich czy na angielskich mediach , ale utkwil mi bardzo mocno w pamieci ! Ugryzienie nietoperza jest praktycznie niewidoczne dla oka, jak uklucie szpilka, lekarze obejrzeli tego chlopca, ale ze nie znalezli zadnego sladu po ugryzieniu, odeslali go wiec do domu. I chlopiec zmarl pare tygodni pozniej. Powiem ci, ze przerazilas mnie ta bliskoscia nietoperzy u was - to ze znalazl sie w lazience jest bardzo dziwne. Sprawdziliscie, czy nie dostal sie przez jakies przewody kominowe? Okazuje sie, ze to , co kiedys bralam wieczorami za jaskolki , smigajace w lewo i w prawo nad naszym i okolicznymi domami - to sa nietoperze! Sasiadka mnie uswiadomila juz lata temu. Do tej pory nie mielismy bliskiej stycznosci z nimi, ale po opisanym przez Ciebie przypadku tez zaczynam sie bac. Najbardziej boje sie tego, ze kiedys wchodzac na stryszek moge sie z nimi zetknac, choc stryszek zostal obity izolacja pare lat temu. Wystarczy jednak jedna obluzowana dachowka...Jest mnostwo zwierzat , ktore same nie choruja, ale sa nosicielami okropnych , smiertelnych chorob, lisy, nietoperze i ...np. golebie! To jest u nas prawdziwa zmora, mamy ze trzy pary golebi, ktore nie opuszczaja pobliskich drzew od lat, a w ciagu dnia przylatuja na nasz daszek od wiaty. Nie wspome juz okropnego pohukiwania, zaczynajacego sie od 5-tej rano i trwajacego godzinami : uhuhu, uhuhu, uhuhu - i odzew : uhu, uhu, uhu - odzew : uhuhu, uhuhu, uhuhu - uhu, uhu, uhu, koszmar. Nie pozwala to rano spac, ale to jest pikus, najgorsze jest to , ze golebie i ich suche, pylace odchody sa zrodlem strasznych chorob. Gdyby rodzice patrzacy na swoje dzieci, karmiace i glaskajace golabki na placach miast wiedzieli , czym te dzieci moga sie zarazic , uciekliby w poplochu. To tylko te glowne : Ornitoza (Papuzica) Aspergiloza – Grzybicza Infekcja Płuc
    Salmonelloza – Infekcja Żołądka i Jelit
    Kryptosporydioza – ryzyko odwodnienia
    Listerioza – zagrożenie dla ciężarnych
    Toksoplazmoza – Mit czy realne zagrożenie?
    Borelioza – Obrzeżek Gołębi
    Kleszczowe Zapalenie Mózgu (KZM) – Ptasi kleszcz
    Gorączka Q – rzadka, ale poważna
    Obrzeżek Gołębi – Objawy skórne

    Przenosza one okropne bakterie, wirusy i pasozyty - a pislas kiedys o golabkach tez... Wiec cie przestrzegam... Ich odchody, szegolnie te suche, sa zrodlem tych chorob , rozpylane z wiatrem, przenosza sie drocha oddechowa, jak rowniez dotykanie golebi jest bardzo ryzykowne. No to cie postraszylam.
    Co rano chodze z rozpylaczem z octem i psikam na te posrane laweczki czy nawet chodnik... Bo ich cecha jest to , ze sraja wszedzie i po wszystkim. Nienawidze golebi z calego serca, naprawde nienawidze, bo sa to zwierzeta inwazyjne i niebezpieczne. Hawk ! To sobie pogadalam. Uwzajcie na siebie ! Kitty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polskich gazet raczej nie czytam, a ten artykuł, o którym wspominałam, na pewno był w anglojęzycznej prasie. Tytułu nie pamiętam. Mnie również głęboko zapadł w pamięć, bo historia była w pewien sposób szokująca, a nawet wstrząsająca. Słyszałam wcześniej o jakichś fatalnych w skutkach zadrapaniach lub ukąszeniach kota/psa, ale nie o nietoperzu siadającym komuś na twarz! Scenariusz jak z jakiegoś horroru!
      No ja tym bardziej się przeraziłam, bo nikt mi nie powie, że dwie wizyty nietoperzy w przeciągu paru dni to coś zupełnie normalnego! Ten pierwszy na pewno dostał się do salonu przez uchylone okno, ten drugi również, bo do łazienki prowadzą tylko dwie drogi: jedna to drzwi wejściowe, a druga to okno, a konkretnie to lufcik, który jest praktycznie cały czas otwarty, żeby był przepływ powietrza. Nie mógł tam trafić żadnym kominem.
      Powiem Ci, że u nas pojawiają się sporadycznie chyba dwie pary: jedna to synogarlice, a druga to gołębie skalne. W ogóle mi jednak nie przeszkadzają, bo zachowują się kulturalnie ;) Grzecznie lądują w ogródku, żeby skorzystać z wodopoju, albo patrolują trawnik w poszukiwaniu czegoś, co bardzo lubią, jak znajdą, to sobie tę trawkę wydziobują, a później odlatują :) Widzę je niekiedy na dachach sąsiednich domów, czasami też słyszę, bo faktycznie mają krzepę do gruchania jak Pavarotti do śpiewania ;)
      Dają się za to nieźle we znaki naszej rodzinie w Polsce, bo tam uwielbiają przesiadywać na balkonach (wiadomo, że nie kończy się na samym przesiadywaniu), no i jest ich cała chmara.
      U nas najwięcej jest szpaków, ale one też mi nie przeszkadzają. Stołują się, a potem odlatują na drzewa rosnące na osiedlu. Mamy też wróbelki, pliszki, rudziki, sikorki, drozdy, gawrony i sroki.
      Trzymaj się ciepło i zdrowo, i jak najdalej od gołębich odchodów ;)

      Usuń
  10. Tez mialam przygode z nietoperzem kiedy bylam nastolatka, Spalam zawsze przy otwartym balkonie i w nocy wlecial nietoperz i krecil mi sie we wlosy, mialam dlugie zawsze rozpuszczone. Oczywiscie krzyczalam jakby to byla koniec swiata, tato, mama przybiegli i tato uratowal nietoperza i mnie. No przezylismy to, nawet nikomu nie przyszlo do glowy myslec ze taki kontakt z nietoperzem jest niebezpieczny. Ale to bylo dawno temu, ze tak powiem inne nietoperze byly.
    Teraz mam we wszystkich oknach siatki, tak tutaj buduja domy, a raczej takie okna robia, siatki sa w ramach, do mycia latwo zdejmuje sie,. okna tez sa inaczej otwierane u mnie, no i drzwi do ogrodu tez podwojne, ze jedne to siatka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toż to najprawdziwsza historia grozy, Tereso! Umarłabym tam na miejscu razem z tym nietoperzem wplątanym we włosy!
      Te siatki w oknach to wspaniałe rozwiązanie – zazdroszczę każdemu, kto ma!

      Usuń
  11. Czytając Twoją historię o nietoperzu, chciałem właśnie przytoczyć to makabryczne zdarzenie o kanadyjskim chłopcu, ale Ty mnie wyprzedziłaś… Pamiętam, to było straszne. Czytałem o podobnych przypadkach, gdy bliscy mogli się tylko przyglądać i nikt nie był w stanie pomóc. Właściwie bez leczenia 100% osób umiera, chociaż jest jeden udokumentowany przypadek przeżycie wścieklizny bez szczepionki, Jeanny Giese z Wisconsin.

    W Toronto, na przystanku autobusowym, czekająca kobieta była zaatakowana przez nietoperza i okazało się, że miał wściekliznę. Na szczęście otrzymała szczepionkę i przeżyła.

    Moja daleka kuzynka, pracująca w służbie zdrowia, w latach 60. XX w. została zaatakowana (!) przez faceta, który zgłosił się do kliniki/szpitala w późnym stadium wścieklizny. Już nie panował nad sobą i był agresywny. Musiała wówczas przyjąć długą i bolesną serię zastrzyków i coś mi się przypomina, że później cierpiała na skutki uboczne.

    Będąc w Missouri, jak też na Kubie, weszliśmy do jaskiń i dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że ich ściany były pokryte nietoperzami! Szybko się z nich wycofaliśmy.

    W lato, a nawet w zimę, staram się trzymać okna otwarte. U mnie wszystkie mają siatki i nie obawiam się nietoperzy, ale czasem w środku nocy budzę się i zamykam je z powodu… mocnego zapachu skunksa! Jest on tak mdlący, że nie da się spać i… dalej nie chcę już opowiadać 🤢...

    „..ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.”

    Faktycznie, mogło się skończyć gorzej. Gdybym był Homerem Simpsonem, to zapytałbym się, „kto przeżył?” 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże kochany, ależ budzące grozę historie! Teraz to już na pewno nie zasnę w spokoju, a nawet jeśli mi się uda, to pewnie znów obudzę z krzykiem ;)
      No właśnie ja też lubię wietrzyć dom (nawet zimą) i mieć otwarte okna, teraz jednak się boję! Plus taki, że u mnie chociaż nie ma skunksów ;)
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  12. Też czytałam o tym chłopcu... Ale miał pecha...
    Wcale Ci się nie dziwię, że się tak wystraszyłaś, że aż o tym śniłaś...
    Na mnie tez tak rozmaite rzeczy działają... Zaraz mi się śnią!
    No i to prawda co napisałaś na początku... To życie po troszku wszystko nam odbiera...
    Ale co zrobić... Wolę juz je przeżyć w miarę dobrym humorze niż smutku...
    Trzymaj się jakoś! 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj miał, straszliwego! Biedne dziecko i biedni rodzice.
      Poczułam się personalnie atakowana ;) Bo całe życie przeżyłam bez choćby jednego ataku, a tu nagle dwa w przeciągu paru dni! Teraz grzecznie zamykam wszystkie okna – nie chcę wywoływać wilka z lasu! Albo nietoperza z kryjówki ;)
      Jasne, że lepiej przeżyć życie w dobrym humorze niż smutku. Tobie to ostatnie chyba jednak nie grozi, bo jesteś chodzącą radością. Optymizmem na dwóch nogach ;)

      Usuń
  13. zgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Wprawdzie nietoperze mnie nie prześladują ale jako małolata karmiłam trawką nutrie w klatce zupełnie nie myśląc, że jak mi ciachną palec to odetną jak piłą bo takie mają silne zęby ....

    OdpowiedzUsuń

Be real. Be yourself. No AI-generated comments, please!
Nie czytam blogów tworzonych przez sztuczną inteligencję, a komentarze przez nią wygenerowane usuwam.