niedziela, 20 maja 2012

"Father Ted", czyli Drink! Feck! Arse! Girls!

Pewnego niepozornego dnia Połówek wrócił z pracy i stwierdził, że już najwyższy czas wyjść z mroku niewiedzy i zapoznać się z „Father Tedem”, do którego często nawiązuje się w słuchanej przez niego stacji radiowej. O „Ojcu Tedzie” słyszałam już wcześniej, jednak nigdy nie domyślałam się, że serial szybko zdetronizuje inne moje ulubione produkcje i bezceremonialnie utoruje sobie drogę na podium, gdzie - słusznie zresztą - sama wręczę mu główną nagrodę i tytuł kultowego. Przyczyna takiego stanu była prosta. Śmiech jest doskonałym lekarstwem na wszystkie bolączki, a źródła śmiechu – szczerego, niewymuszonego, głośnego i gwałtownego -  są w tym serialu wyjątkowo bogate.




  




„Father Teda” obdarzyłam uczuciem gwałtownym i niewinnym. Już po kilkunastu minutach oglądania pierwszego odcinka wiedziałam, że nie poprzestanę na tym jednym. Moja przygoda z nietuzinkowym Ojcem Tedem i jego dwoma równie oryginalnymi kompanami dopiero się zaczynała. Od tamtego momentu zaczęłam hołdować zasadzie dzień bez Ojca Teda to dzień stracony.




Tyle jednak o moich odczuciach, teraz może nieco więcej na temat samego serialu. Otóż „Father Ted” jest niesamowicie zabawnym serialem komediowym produkcji irlandzko-brytyjskiej emitowanym w latach 95-98. Serialem, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem przez krytyków, jak również zwykłych szarych zjadaczy chleba, dla których telewizja powinna przede wszystkim pełnić funkcję rozrywkową. Na Wyspach jest to dość popularna i kultowa produkcja, w Polsce jednak niezbyt znana. A szkoda.


Serial zdecydowanie zapewnia dobrą i zdrową zabawę. Chcesz na chwilę przenieść się do innego świata, gdzie często gości absurdalny humor? Napoje wyskokowe i narkotyki nie będą Ci tu potrzebne. Przepis jest prosty, a składniki można lekko modyfikować. Ja potrzebuję tylko trzech rzeczy: telewizora, DVD z Father Tedem i wygodnej sofy. Śmiech przychodzi sam, a dobra zabawa dołącza się szybko i niepostrzeżenie.


Akcja serialu toczy się na irlandzkiej wysepce Craggy Island, leżącej gdzieś u zachodnich wybrzeży Zielonej Wyspy. Wyspa jest fikcyjna, a ta, którą widzimy w czołówce serialu to Inisheer, najmniejsza z Wysp Aran. Craggy Island jest miejscem zesłania trzech księży: tytułowego Ojca Teda, emerytowanego Jacka i młodziutkiego Dougala. Każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny, łączy ich jedna wspólna cecha: żaden nie jest duszpasterzem z prawdziwego powołania.


Ojciec Ted – choć pozornie ułożony i grzeczny – ma duszę hazardzisty i dość duże parcie na szkło. Ojciec Jack posługuje się bardzo limitowanym słownictwem ograniczającym się w zasadzie do haseł: Drink! Feck! Arse! Girls! Praktycznie nigdy nie trzeźwieje, a jego życiowe potrzeby sprowadzają się głównie do spania i picia – także tych nietypowych substancji, jak środek do czyszczenia podłóg lub toalety. Jest też Ojciec Dougal – rozbrajający w swoim dziecinnym postrzeganiu świata i zachowaniu, praktycznie nigdy nie nadążający za tokiem myślenia Teda. Cała trójka mieszka pod tym samym dachem wraz z gospodynią, Panią Doyle, której życiowym powołaniem jest parzenie i serwowanie herbaty. Jest zawsze w gotowości do podania stosu kanapek i przyniesienia filiżanki gorącej herbaty – nawet jeśli ktoś jest na nią śmiertelnie uczulony. Tak oryginalny zestaw bohaterów gwarantuje mieszankę iście wybuchową. Dzięki nim życie na Craggy Island nie jest absolutnie nudne, choć z pozoru wydaje się być właśnie takie.


Serial ma jedną poważną wadę – jest zdecydowanie za krótki. Jest tylko 25 odcinków podzielonych na trzy sezony. Każdy z nich trwa około 25 minut. Kreacje aktorskie są fantastyczne. Aktorzy spisali się mistrzowsko – każdemu z nich przyznałabym Oscara. Za genialne wcielenie się w swoje role, za naturalność wykonania. Kiedy na nich patrzę, odnoszę wrażenie, że jestem świadkiem scen rozgrywających się na żywo. Nie mam wrażenia oglądania telewizji, a raczej podglądania tego, co dzieje się obok mnie. Ubolewam także nad jednym – przedwczesną śmiercią Dermota Morgana, tytułowego Ojca Teda. Dermot stwierdził, że nie chce zostać zaszufladkowany i przypisywany tylko jednej roli. Jak na ironię tak właśnie się stało. Aktor zmarł na atak serca tuż po zakończeniu prac nad trzecim sezonem. Czwartego i tak by nie było – nawet, gdyby „Ojciec Ted” żył. Miał tylko 46 lat.


Co jeszcze mogę powiedzieć na temat tego serialu? To wspaniała satyra z nietuzinkowymi dialogami i bardzo fajnym irlandzkim klimatem. Polecam każdemu, kto ma dystans do siebie i otaczającego go świata. „Father Ted” nie jest dla osób ślepo zapatrzonych w kościół katolicki. Do oglądania na własną odpowiedzialność: bo zawarta w nim dawka śmiechu kilkukrotnie przekracza dopuszczalny dzienny limit.