środa, 29 lipca 2026

Z opowieści latarnika – heroiczny ratunek i przebiegłe intrygi, czyli życie na irlandzkiej wyspie Arranmore w XIX wieku

 


"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu", pisał Hemingway w "Komu bije dzwon", rozsławiając w ten sposób słowa angielskiego poety, Johna Donne'a. 


W miejscach takich jak Arranmore, wyspach obmywanych wodami kapryśnego oceanu, te słowa zawsze wybrzmiewały donośniej. Tu zawsze mocniej czuło się to zespolenie z ludzkością. Nikt sam nie skrobał swojej rzepki. Skrobano ją razem. Niekoniecznie dlatego, że mieszkańcy wyspy byli nadzwyczajnie dobrymi ludźmi. Jako "więźniowie" Atlantyku, "więźniowie" Arranmore, swojej małej ojczyzny, byli niejako do tego zmuszeni. Życie ich zmuszało. Ówczesne warunki tego wymagały. 


Dziewiętnasty wiek na wyspie to nie była era indywidualistów. Raczej przedsiębiorczych ludzi – lokalnych McGyverów, którzy potrafili wyczarować coś z niczego. Każdy orał, jak mógł. 


Bardzo dobrym przykładem tej wymuszonej zaradności był sąsiad latarników – Sprytny Szkot, który mieszkał niecałe dwa kilometry od latarni Arranmore. Nie wiem, za jakie grzechy zesłano go na tę surową irlandzką wyspę, by na górze bezlitośnie smaganej wiatrem wypasał szkockie bydło i owce. 


Jak twierdził młodszy latarnik, Edward McCarron, jego dwuletni pobyt tutaj był w miarę przyjemny. Życie jednak monotonne i samotne. Za to dzięki sąsiedztwu Sprytnego Szkota nabierało koloru i smaku. Smaku w dosłownym znaczeniu, bo mężczyzna dostarczał latarnikom świeże mleko, masło, czasem też baraninę. 


Nie wiem, kto powiedział, że "gdy nie ma kota, myszy harcują". Może główny bohater bajki "Tom & Jerry", a może jakiś antyczny myśliciel. Miał jednak rację, wszak Szkot w tańcu się nie certolił. Jego "pan" był nieobecnym landlordem –właścicielem ziemskim, jakich w dawnych czasach nie brakowało. Przebywał w Wielkiej Brytanii, a jego irlandzkiej ziemi i stada doglądał wspomniany szkocki wysłannik. Ten zaś uznał, że skoro już tutaj być musi, to zrobi wszystko, by ten pobyt był jak najbardziej znośny. 


Kombinował jak koń pod górkę. Jak jego wierzchowiec – a może nawet bardziej! – na którym jeździł i doglądał powierzonych mu zwierząt. Mimo że nie powinien był doić krów, wszak jego pan życzył sobie, by cielaki żywiły się mlekiem, Szkot podbierał połowę mleka, przerabiał na masło i sprzedawał. 


Jednym z jego zadań na zesłaniu było również prowadzenie rejestru martwych zwierząt. Miał wpisywać na listę każdą sztukę, która padła, spadła albo została zdmuchnięta z klifów w czasie sztormu, co sporadycznie się zdarzało. 


Wówczas organizował akcję ratunkową – najmował jakiegoś śmiałka, który schodził po linie albo wypływał łodzią, by uratować zwierzę. Wszystkie wydatki rekompensował landlord, który raz do roku przypływał na Arranmore w ramach kontroli. Przeglądał księgi i wyznaczał określoną liczbę zwierząt, które miały popłynąć specjalnie wyczarterowanym parowcem na targ w Glasgow.  


Oczywiście na listę "pechowo straconych zwierząt" trafiały też te, które Sprytny Szkot sam postanowił uśmiercić, a mięso opylić latarnikom. Landlord oczywiście nie miał o tym pojęcia. Tak samo jak do głowy mu nawet nie przyszło, że Sprytny Szkot rozkręcił pod jego nieobecność mały biznes. Mężczyzna skupował cielaki od irlandzkich farmerów na Arranmore, a następnie tuczył je na mleku od krów swojego landlorda (a ponoć kradzione nie tuczy!). Kiedy ten ostatni miał przyjechać z wizytacją, Szkot chował swoje "nielegalne" stadko w jakimś ustronnym miejscu w odległej części wyspy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal! 


W czasie jednej z takich wizyt landlord z zainteresowaniem przyglądał się życiu mieszkańców wyspy – jakże odmiennemu od żywota, który sam prowadził.  Sporządził opisy Arranmore i nieopatrznie pochwalił się Szkotowi planem publikacji artykułu w prasie w Zjednoczonym Królestwie. Tutaj naszemu Pomysłowemu Dobromirowi szybko zapaliła się gwiazdka! Błyskawicznie skonstruował intrygę, której mógłby pozazdrościć mu sam Machiavelli! Naopowiadał mu przeróżnych głupot o zwyczajach tutejszych ludzi, a potem zasiadł wygodnie z kubełkiem popcornu, aby poczekać na rozwój sytuacji (no dobra, to ostatnie sama wymyśliłam).


Kiedy obiecany artykuł został opublikowany w angielskiej gazecie w Newcastle, Szkot otrzymał kilka kopii do dystrybucji. Z radością rozpowszechnił je wśród mieszkańców Arranmore, dobrze wiedząc, że zawierają one steki bzdur i wywołają oburzenie lokalnej społeczności. Stosunki łączące Irlandczyków z Anglikami od dawna były napięte, a artykuł okazał się zapałką wrzuconą do beczki prochu – urażeni mieszkańcy wyspy zgodnie poprzysięgli, że landlord nie wyjedzie żywcem z Arranmore, jeśli jeszcze kiedyś się tutaj pojawi. 


Cwany Szkot, mistrz intrygi, oczywiście chętnie przekazał te informacje swojemu panu – istniało prawdziwe ryzyko, że niewinny landlord podzieli los Machiavelliego, nieoficjalnego mistrza Sprytnego Szkota, i zostanie aresztowany, skuty, a następnie torturowany przez rozwścieczony tłum. 


Jeśli myślicie teraz: "nie, to nie może  się udać!", to... mylicie się. Landlord najwyraźniej uznał, że jego życie jest ważniejsze od stada baranów. Bał się zlinczowania i już nie wrócił na wyspę! Sprytny Szkot dopiął swego. 


Karma jednak nie gubi adresu. Przez kilka lat powodziło mu się naprawdę dobrze. Jednak po tłustych latach nastały te chude. Zubożał, a w efekcie opuścił Arranmore i Irlandię. Ale, ale... wszystko dobre, co się dobrze kończy! Góra, na której Szkot wypasał bydło i owce ostatecznie trafiła w ręce mieszkańców wyspy i stała się ich własnością. To wszystko zaś dzięki uprzejmości księdza, któremu udało się  namówić landlorda do oddania jej prawowitym właścicielom.  


O samych dziewiętnastowiecznych mieszkańcach wyspy młody latarnik wypowiadał się nad wyraz pochlebnie. Miał ich za inteligentnych (mimo że nie byli zbytnio wykształceni), pracowitych, zaradnych, powściągliwych i trzeźwych. Nie pili na umór, a jedynie sporadycznie korzystali z alkoholu – w chwilach smutku i radości. 


Nawozili swoje poletka wodorostami, przekopywali szpadlami (z braku pługów) i uprawiali ziemniaki, owies, żyto i jęczmień. Był też pod ogromnym wrażeniem pracowitości kobiet – ich talentu do dziergania i wyczarowywania kolejnych fatałaszków. Nigdy nie były bezczynne. Tak bardzo były wyspecjalizowane w szydełkowaniu, że robiły to nawet spacerując wzdłuż drogi! Swoje rękodzieło sprzedawały, a tym samym podreperowywały rodzinny budżet dodatkowymi szylingami. 


Ale i sam Edward nie odstawał niczym od dzielnych mieszkańców Arranmore. Dał temu wyraz w 1871 roku, kiedy dobitnie udowodnił, jak niesamowicie ważną rolę pełnili latarnicy w tych "ciemnych, zacofanych czasach". 


W czasie jednej ze swoich wart wypatrzył na oceanie łódź wiosłową z jej "krzykliwą zawartością". Początkowo nie wzbudziła w nim większych podejrzeń – mieszkańcy wyspy często wypływali na ocean do przepływającego tutaj parowca z Glasgow, aby dokonać handlu wymiennego i zaopatrzyć załogę w świeże ryby. 


Tym razem jednak było inaczej. Te wrzaski jakby bardziej dramatyczne niż zwykle. Bardziej przeraźliwe i przejmujące. Jakby życie załogi miało od nich zależeć. I tak też było. Jak się wkrótce okazało, to nie była zwykła łódź, lecz szalupa ratunkowa z barki Tropic, która 11.04.1871 roku wypłynęła ze Szkocji do Hiszpanii. Po drodze coś jednak poszło nie tak i załoga musiała się ewakuować, bo statek zaczął tonąć. 


Nie mieli czasu na dokładne przygotowanie się na gehennę, która na nich czekała. Złapali to, co najważniejsze: dokumenty statku, butelkę brandy, trochę suchego prowiantu i peklowany boczek. Wsiedli do szalupy ratunkowej i odpłynęli w poszukiwaniu suchego lądu. Ratunek przyszedł po długich pięciu dniach wiosłowania, kiedy byli już u kresu sił. 


Wyspa Arranmore zamajaczyła im przed oczami ze swoją latarnią i zapewne był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie widzieli. Dla jednego z nich widok lądu był też ostatnim widokiem – wyzionął ducha, kiedy go zobaczył. Widok zabrał ze sobą do grobu i nie udało mu się niestety postawić nogi na suchym lądzie. Był stolarzem i nazywał się Alfred Jackson. 


Kiedy Edward upewnił się, że są rozbitkami, natychmiast ruszył z pomocą. Zaalarmował swojego zwierzchnika, głównego latarnika, przyniósł gruby sznur, a potem – niczym nieśmiertelny superbohater z kreskówki – zszedł po klifie w dół, aby ratować ludzkie życie. Różnica polegała jednak na tym, że nie był nieśmiertelny. Na każdym etapie akcji ratunkowej ryzykował swoim życiem. Tutejsza latarnia znajduje się na ostrym, pionowym urwisku – klifie, który nie wybacza błędów. 


Szczęśliwie obyło się bez dodatkowych zgonów, choć ta chałupnicza akcja ratunkowa była bardzo dramatyczna – ocean był wzburzony, a rozbitkowie skostniali, ledwo zipiący, pozbawieni sił, choć nie woli życia. I chyba ta ostatnia sprawiła, że resztkami sił współpracowali, a kiedy już wydostali się na ląd, poruszali się na czworaka i dramatycznie szukali wody do picia. Przez kilka kolejnych dni nie mogli ugasić pragnienia, bez względu na to, ile pili. 


Nogi i stopy mieli potwornie opuchnięte – trzeba było rozciąć im buty. Po tylu dniach i nocach na otwartym morzu żaden z nich nie potrafił normalnie chodzić. Przejmujący to był widok – dziesięciu mężczyzn poruszających się na kolanach albo na czworakach po nierównej, ostrej nawierzchni prowadzącej do domków latarnika. Niczym pielgrzymi do celu swojej bolesnej wędrówki.  


Pięciu zostało umieszczonych w domku głównego latarnika i jego rodziny, a druga połowa rozbitków w domu Edwarda. Pod troskliwą opieką latarników odzyskali wigor i w przeciągu tygodnia byli w stanie swobodnie chodzić. Następnie zaś wsiedli na pokład szkockiego parostatku i odpłynęli do swojej ojczyzny. 



Za swój bohaterski czyn Edward dostał 2£, a główny latarnik i cała jego rodzina (żona i córki, które również brały udział w akcji ratunkowej i holowały rozbitków) po jednym funcie. 


Czasy się zmieniły i ponoć jako ludzkość zrobiliśmy ogromny postęp, choć mój wewnętrzny cynik bardziej wierzy w to, że dziś ludzie chętniej wyciągaliby smartfony niż opuszczali się po linie z klifu, by ratować nieznajomych. 



Część rzeczy się zmieniła. Żegluga morska niesamowicie unowocześniła, a latarnicy przeminęli z wiatrem. Druga część pozostała taka sama, jak latarnia Arranmore na skalnym urwisku. Każdy nadal orze, jak może i wspina się na wyżyny kreatywności, by przetrwać swoje życie – śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową. 


 

czwartek, 16 lipca 2026

Summertime Sadness

W kultowej piosence Maanam Kora śpiewa:

"A słońce wysoko wysoko
Świeci pilotom w oczy
Rozgrzewa niestrudzenie
Zimne niebieskie przestrzenie

 

Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz"

 

Ja z kolei czekam na wiatr, co przygoni ciemne, ciężkie i ołowiane chmury, by móc stanąć z deszczem twarzą w twarz.

Z zazdrością spoglądałam na niedawne doniesienia znad polskiego wybrzeża – z chęcią znalazłabym się nad Bałtykiem w czasie tego niedawnego sztormu. W Irlandii w tym czasie szalał nieznośny upał.

Mamy upiorne lato. Praktycznie cały lipiec, dzień w dzień, intensywne słońce i wysokie temperatury. Pewnie gdybym mieszkała nad morzem, bardziej by mnie to cieszyło, ale tu, w głębi lądu, jest zwyczajnie za gorąco. Trawa już częściowo wypalona tymi trzydziestoma stopniami i przedłużającą się suszą.

We wtorek wieczorem wybuchł potworny pożar w parku narodowym w Killarney – prawdopodobnie spowodowany głupotą ludzką i jednorazowym grillem, którego jakiś lekkoduch nie utylizował w odpowiedni sposób...

Zawsze miałam się za kaczkę-dziwaczkę. Kiedy inni zachwycali się pełnią lata i prażącym słońcem, mnie roztkliwiała myśl o romantycznej, melancholijnej i kolorowej jesieni.

Parę dni temu odkryłam, że takich dziwaków jak ja jest na świecie znacznie więcej. Przypadkowo natrafiłam na rolkę na Instagramie – czy lato smutno cię nastraja? Miała ponad 7500 lajków i poruszała temat przypadłości zwanej często jako "reverse SAD", czyli letniej depresji sezonowej.

Zazwyczaj ludzi dotykają Sezonowe Zaburzenia Afektywne związane z jesienią i zimą, są jednak też tacy, z których to lato wysysa życiowe soki. I choć może nie jestem książkową ofiarą SAD, to jednak widzę u siebie kilka typowych objawów.

Irytuje mnie nadmiar ostrego światła. Budzę się, odsuwam rolety i dostaję stuwatową jarzeniówką po oczach. Od razu mam ochotę skulić się i popełznąć do krypty Nosferatu, żeby się z nim spoufalić. Nie przez przypadek na przesłuchaniach torturuje się ludzi świecąc im prosto w gały. Niektórzy może to lubią, wszak masochiści są wśród nas, ale ja od razu sięgam po okulary przeciwsłoneczne. Kiedy u mnie wieczorami ciemne kąty rozjaśnia miękka, ciepła i bursztynowa poświata, u sąsiadów z naprzeciwka oczy wypala prosektoryjne zimne i ostre światło.

A na co narzekali ludzie w komentarzach? Okazuje się, że lato nasila u wielu osób objawy depresji i lęków. Sprawia, że nie mogą się skoncentrować, wyspać, są bardziej drażliwi. Czują się w potrzasku, bo nie mogą uniknąć nadmiernego światła i uciążliwych temperatur. Wszechobecne tłumy ludzi doprowadzają do szału, tak samo jak niemożliwość schłodzenia się. A do tego jeszcze dochodzą oczekiwania innych – powszechnie uważa się bowiem, że "ładna i słoneczna pogoda" każdemu poprawia humor. Oczekuje się więc, że ludzie będą zadowoleni i  szczęśliwi, a do tego aktywni. Jesień i zima dają niejako przyzwolenie na relaks, koc, kanapę i Netflix. Lato z kolei narzuca na ludzi presję robienia ciekawych rzeczy, wyciskania dni niczym cytrynę. Wzmaga w niektórych poczucie winy i wyalienowania społecznego.

I ja akurat rozumiem te argumenty. Coś w tym jest. Pamiętam, jak któregoś gorącego dnia stawiłam się do pracy w podłym humorze, mimo że wolałabym być milion mil dalej, a szef, jak tylko mnie zobaczył, przywitał niesamowicie podekscytowanym głosem: "X, sunshine!". Nie zdążyłam wtedy ugryźć się na czas w język i wypaliłam: "I don't care about sunshine!". Tak jakby to głupie prażące słońce miało magicznie zmienić moje życie i rozwiązać wszystkie problemy.

Tak że tak. Jeśli chcecie sobie ponarzekać na upały, to walcie do mnie jak w dym (wiem, że są tu przynajmniej trzy bratnie dusze, które czują podobnie). Tu zawsze macie bezpieczną przystań i znajdziecie zrozumienie. Kto wie? Może nawet któregoś gorącego dnia razem wyprowadzimy się i zamieszkamy z pingwinami?

Gdybym była serialem, byłabym Twin Peaks.

Gdybym była filmem, byłabym "Into the Wild".

Gdybym była muzyką, byłabym Cigarettes After Sex.

Gdybym była piosenką, byłabym "Society" Eddiego Veddera.

Widzisz już do czego zmierzam? Jaki klimat preferuję? I'm not your Bahama girl.

Nie zrozumcie mnie źle. Lubię słońce i ciepło, ale mam bardzo skromne wymagania w tej materii. Wystarcza mi dwadzieścia stopni. Nieco ponad. Natomiast to, co jest teraz, to koszmar. Chociaż tyle dobrego, że ostatnie dni są bardziej wietrzne, więc jest czym oddychać. No i można spokojnie spać, bo noce nie są upalne.

W taką pogodę nawet nie chce się stać nad parującymi garami. Złośliwe wiedźmy nieprzypadkowo sporządzają swoje trujące wywary pod osłona nocy! A jeśli jeszcze nie widzieliście czarownicy gotującej w biały, upalny dzień, to tylko dlatego, że nie zaglądaliście do mojej kuchni.

Gotować się nie chce, ale ponieważ jeść coś trzeba, to ulepiłam we wtorek ponad czterdzieści pierogów ruskich. Normalnie preferuję robić je w deszczowy dzień, słuchając ciekawego podcastu, bo to mnie niesamowicie relaksuje, ale w lodówce leżał twaróg, który należało zużyć, więc nie chciałam, żeby się zmarnował. Przy okazji potwierdziła się stara mądrość – potrzeba matką wynalazków! Po raz pierwszy w życiu zrobiłam pierogi na mące żytniej i muszę powiedzieć, że jestem pozytywnie zaskoczona! A wszystko dlatego, że kiedy przystąpiłam do robienia ciasta, okazało się, że mam za mało mąki pszennej! Zupełnie zapomniałam, że dzień wcześniej robiłam kruche ciasto ze śliwkami i zużyłam większość mąki!

Nie było ani auta, ani kierowcy, który mógłby szybko wyskoczyć do sklepu, a to nie czasy, że idzie się do sąsiadki po szklankę cukru/mąki. Zresztą, i tak bym jej nie dostała, bo sąsiadka w szpitalu po operacji. Oświeciło mnie jednak, że w szafce powinna być gdzieś mąką żytnia, którą kiedyś Połówek kupił-nie-wiem-po-co, więc wygrzebałam ją, wsypałam do miski i voilà – pierogi jak ta lala! Na drugi dzień Pasibrzuch pożarł je w aucie... na zimno! (trzymajcie mnie!)

A tak poza tym, to sezon ogórkowy w pełni. Tak w przenośni, jak i dosłownie. Blogowisko nieco zamarło, co mnie wcale nie dziwi, bo sama też mniej czasu spędzam w sieci. Lato temu nie sprzyja, ani tym bardziej upały – już dwa razy przegrzał mi się komputer i sam wyłączył znienacka.

Udało się za to poczynić pierwsze zapasy ogórków małosolnych. W zeszłym roku mieliśmy niedobór słoików i trzeba było przedwcześnie zamknąć produkcję. Przez zimę pieczołowicie gromadziliśmy słoiki, a to zaowocowało czterdziestoma sztukami ukiszonych ogórków gruntowych. A to jeszcze nie koniec. Dopiero się rozkręcamy!

Nic ciekawego się nie dzieje, więc nie ma o czym pisać. Szara rzeczywistość. Dodam jeszcze tylko, że wczoraj wieczorem do późna w nocy siedzieliśmy w ogródku. W piekarniku robiła się zapiekanka warzywna na dzisiaj, i kiedy tak siedzieliśmy, czekając aż się upiecze, nawiedziły nas dwa jeżyki! Wycwaniły się i już nie czekają na jesień! Teraz dokarmiamy je codziennie, bo przychodzą na kolację z niemal szwajcarską dokładnością.

wtorek, 7 lipca 2026

Głód, który trudno zagłuszyć


O rany.

To była książka dla twardych zawodników.

Gdyby tak porównać świat literacki do sportowego, kim byś był(a)?

Filigranowym narciarzem umiejętnie lawirującym między niepożądanymi przeszkodami (lekturami), zawodnikiem wagi piórkowej, czy może twardym sumo, który z łatwością pożera porażające powieści na śniadanie?

Jeśli nie jesteś tym ostatnim, to dla swojego dobra trzymaj się z daleka od "Hungry", bo to zdecydowanie nie jest memuar dla "mięczaków".

Ja jestem sumo. Niestraszne mi straszne opowieści.

Jeśli myślicie, że wyciągniecie zza pazuchy najsmutniejszą książkę, jaką kiedykolwiek czytaliście, wymierzycie ją w moim kierunku, a ja skulę się jak opętaniec na widok egzorcysty z wycelowanym w niego krucyfiksem i zaklęciem "zgiń, przepadnij, antychryście!", to... się grubo mylicie.

Najbardziej prawdopodobna reakcja będzie taka, że oczy rozbłysną mi jak supernowa, a serce zacznie szybciej bić. Nie ze strachu. Z ekscytacji.

Jeśli żyje się na świecie odpowiednio długo, to świat literacki przestaje straszyć. Ba! Nawet staje się ucieczką od okrucieństw tego realnego.

W "Hungry" autorka załadowała na taczkę – a raczej na naczepę wywrotki – cały swój życiowy gnój i stopniowo zrzucała go na czytelnika. Początkowo spływało to po mnie jak po kaczce, ale kiedy byłam już na finiszu, a spod kupki gnoju wystawała mi tylko głowa, zaczęłam nieśmiało wołać "pomocy!" i walczyć o oswobodzenie rąk, aby zacząć nimi wymachiwać (dla wzmocnionego efektu).

Katriona O'Sullivan zaistniała na irlandzkiej scenie literackiej po opublikowaniu swojej bestsellerowej autobiografii "Poor", o której już tutaj pisałam w zeszłym roku. Bardzo podobała mi się ta książka, więc kiedy dowiedziałam się, że w kwietniu tego roku ukazała się "Hungry", "biografia jej ciała", grzecznie ustawiłam się w bibliotecznej kolejce.

"Hungry" ("Głodna") jest nieplanowanym dzieckiem Katriony. Częściowo uzupełnieniem "Poor" ("Biednej"), a częściowo jej rozbudowaniem, toteż ci, którzy czytali tę ostatnią, mogą odebrać ją jako nieco "odsmażany kotlet".

"Głodna" to jednak coś znacznie więcej niż dobrze nam znany kotlet.

To manifest kobiety głodnej. Głodnej w tym dosłownym znaczeniu – spragnionej pożywienia, którego nie zapewniali jej patologiczni rodzice narkomani – ale też w tym metaforycznym, bo Katrionę od maleńkości trawił nieokrzesany głód. Głód miłości, uwagi, akceptacji, zrozumienia.

To też manifest kobiety udręczonej, w którym zapewne wiele innych kobiet przejrzy się jak w lustrze lub tafli wody. A to, co tam zobaczą, niekoniecznie będzie przyjemne.

Można zaklinać rzeczywistość, ale fakty są brutalne. Dziewczynki od najmłodszych lat są często seksualizowane przez mężczyzn, co z kolei prowadzi do ich problemów psychicznych i późniejszego przedmiotowego traktowania kobiet.

Autorka już jako dojrzewające dziecko musiała mierzyć się z niepożądaną uwagą mężczyzn: z niewybrednymi uwagami na temat jej dużych piersi, pełnych ust, z seksualnymi aluzjami opatrzonymi obleśnym uśmieszkiem.  If she's old enough to bleed, she's old enough to breed.

Im dłużej o tym czytałam, tym większy gniew we mnie narastał. Nie na nią, na wulgarnych chamów, na brutalny świat, na tych, którzy na to pozwalają i nie widzą w tym nic złego! Bo to nie fikcja literacka. To najprawdziwsza prawda.

Sama sobie przypomniałam, jak ksiądz, stary pryk, obleśnie na mnie patrzył, kiedy byłam w szkole podstawowej. Jak chętnie przetrzymywał moją dłoń na powitanie, jak mnie "niewinnie" podszyczypywał, jak panowie budowlańcy gwizdali na mój widok, kiedy szłam ulicą. I nie, "nie prosiłam" o to, bo nie miałam na sobie dekoltu do pasa i mini ledwo zakrywającej tyłek – byłam zakutana od stóp do głów i bardziej przypominałam ninję (z długimi rozpuszczonymi blond włosami) niż ponętnego wampa.

Teraz już raczej się od tego odchodzi i nazywa to molestowaniem ulicznym, ale w czasach mojej młodości było postrzegane przez wiele kobiet jako powód do dumy i radości.

Smutne, jak bardzo dałyśmy sobie wmówić, że nasza wartość sprowadza się właśnie do tego – do gwizdów, do wzroku aprobaty (nie)znajomych, do niewybrednych tekstów na temat naszych kobiecych krągłości.

Żyjemy w świecie, który nie tylko sprzyja nienawiści kobiet do swojego lustrzanego odbicia, ale wręcz podsyca ten brak akceptacji i zgody na rozstępy, zmarszczki, dodatkowe kilogramy. To woda na młyn kosmetycznego przemysłu. Chirurgowie już ostrzą skalpele.

Tak z ręką na sercu – kto z Waszego środowiska ma wiecznie obsesję na punkcie wagi i wyglądu? Kobiety czy mężczyźni?

U kogo nadwaga jest bardziej akceptowana społecznie?

Kto z Was, drogie panie, ma więcej kosmetyków w łazience? Nawet jeśli jesteście taką osobą jak ja, która ma ich naprawdę umiarkowaną ilość, to i tak stawiam dolary przeciwko orzechom, że macie ich więcej niż Wasi mężowie.

Właśnie, mężowie – który z nich regularnie chodzi do kosmetyczki, katuje się kolejnymi restrykcyjnymi dietami, wstrzykuje sobie kwas hialuronowy w usta, albo toksynę botulinową w czoło? Który z nich odsysa tłuszcz w szemranych klinikach w Turcji i naraża swoje życie?

Komuś bardzo zależy, by kobiety wiecznie były zakompleksione i nie czuły się wystarczająco atrakcyjne, pewne siebie, młode i zadbane.

I nawet jeśli nie interesujemy się psychologią i nie orientujemy się, co to ten efekt aureoli, to i tak jakoś intuicyjnie wyczuwamy, że ładny i atrakcyjny ma w życiu znacznie łatwiej od brzydkiego i grubego.

A może to wcale nie intuicja? Może to po prostu efekt jednego czy drugiego podszeptu mamy lub babci na temat naszych porcji, mądrości przekazywanych z pokolenia na pokolenie (jak cię widzą, tak cię piszą), albo wzroku dezaprobaty na widok przytycia?

To wszystko, a nawet więcej w "Hungry" Katriony O'Sullivan.

Niełatwa lektura, bardzo szczera (momentami aż za bardzo!), ale jednak niesamowicie potrzebna, żeby naświetlić problemy stare jak świat.

Zmiany często zaczynają się od takich właśnie niewygodnych dyskusji.