czwartek, 10 września 2026

Literatura obozowa – trzy propozycje

 


"Nauczyciel z Auschwitz" Wendy Holden

Talmud, jedna z ważnych ksiąg judaizmu, głosi, że tak długo, jak o kimś pamiętamy, tak długo ta osoba żyje. I właśnie to hasło ("A person is not forgotten until his or her name is forgotten") wydaje się być motywem przewodnim powieści Wendy Holden, co widoczne jest również w kompozycji klamrowej jej utworu.

Brytyjska powieściopisarka, mająca na swoim koncie wiele bestsellerów, oddaje za swoim pośrednictwem głos tytułowemu nauczycielowi z Auschwitz, Alfredowi Hirsch, znanemu wśród przyjaciół jako Fredy. Mam podejrzenia, że sam Fredy mógłby lepiej przedstawić swoją poruszającą historię, jednak z oczywistych przyczyn nie mógł tego zrobić, bo zmarł w 1944 roku w Birkenau, w wieku 28 lat.

Posłowie ‒ a w zasadzie to końcowa notatka autorki, w której objaśnia genezę książki ‒ było dla mnie znacznie ciekawsze niż sama historia Fredy'ego.

Sama do końca nie wiem, co mi w niej przeszkadzało. Trochę drażnił mnie brak chronologii ‒ przeskakiwanie z jednej linii czasowej na drugą. Nie wątpię, że bohater książki był wspaniałym człowiekiem oddanym dzieciom i swojej pracy, ale jego sfabularyzowana historia, zrodzona w głowie Wendy, nie potrafiła niestety wzbudzić we mnie zachwytu ani jakichś głębszych uczuć, choć zdarzyło się oczywiście, raz czy dwa, że dany fragment poruszył jakąś wrażliwą strunę mojej duszy. 


To nie była książka, która cały czas chodziłaby mi po głowie. Ręce i oczy nie rwały się do jej czytania, a to dla mnie zawsze kiepski omen. Kończyłam ją z nudów, w szpitalu, bo to było lepsze niż leżenie i bezmyślne gapienie się w sufit. Skłamałabym jednak, gdybym stwierdziła, że ta lektura sprawiła mi jakąkolwiek przyjemność. Zabrakło mi tu polotu. Niestety. Trzy (naciągane) gwiazdki na pięć.

Wierzę jednak, że jest złe miejsce i zły czas na czytanie książek. Może jeszcze kiedyś dam jej szansę, najlepiej w polskim przekładzie. Jako emigrantka mam ogromną słabość do literatury polskojęzycznej, może wtedy przychylniej bym na nią spojrzała?

"Człowiek w poszukiwaniu sensu" Viktor E. Frankl


To najmniejsza z dzisiejszych książek. Ma zaledwie 154 strony, ale to właśnie wobec niej  miałam chyba największe oczekiwania. Niestety, nie do końca im sprostała. Książka podzielona jest na dwie nieregularne części. W pierwszej autor skupia się na doświadczeniach z obozów koncentracyjnych, w drugiej zaś na logoterapii, metodzie psychoterapii pomagającej pacjentom odnaleźć sens życia nawet w najgorszych sytuacjach życiowych (ta część najbardziej mnie wynudziła). Tu warto dodać, że Frankl nie był "zwykłym i prostym więźniem" – wykształcił się na doktora filozofii, profesora neurologii i psychiatrii, miał więc odpowiednie zaplecze merytoryczne, by dzielić się swą wiedzą i spostrzeżeniami.

Początek był dość obiecujący, rozważałam nawet kupno własnego egzemplarza (miałam biblioteczny), ale im dalej w las, tym moje zainteresowanie stopniowo wygasało niczym niedokarmiany ogień.

Chyba za dużo się po niej spodziewałam ‒ jakiejś tajemnej wiedzy, odkrycia na miarę Świętego Graala, podczas gdy całość można by było łatwo i szybko podsumować. Co więcej, chyba każdy z nas byłby w stanie dojść do "esencji" ludzkiej egzystencji, i to bez odpowiedniego wykształcenia w dziedzinie egzystencjalizmu. Nie mamy wpływu na to, co się nam przytrafi, ale jak najbardziej możemy kontrolować swoje reakcje na te wydarzenia. W życiu nade wszystko trzeba mieć po prostu cel. Coś, czego będziemy się kurczowo trzymać niczym tonący brzytwy. Między innymi o tym traktuje piosenka "All That Really Matters" Illenium & Teddy Swims (2023). Dwie różne formy przekazu, ale przesłanie to samo. Ta druga chyba nawet bardziej do mnie przemawia.

Najlepsze zachowałam na sam koniec.

"Chłopiec z Auschwitz" Henry Oster & Dexter Ford


Z tych trzech książek ta była zdecydowanie moją ulubioną. Świetna praca zespołowa, co zaowocowało interesującą, wciągającą i przyjemną lekturą. Historia zamknięta w 250 stronach i 57 krótkich rozdziałach. Każdy z nich jest inny, ale razem tworzą ciekawą układankę, tym bardziej, że znajdują się tu także archiwalne zdjęcia, a te są zawsze przeze mnie mile widziane.

Tak mnie pochłonęła, że zamiast sprzątać ‒ czytałam. Nie potrafiłam się z nią rozstać nawet na trzy godziny, i wrzuciłam ją do torebki przed wizytą u fryzjerki. W zakładzie było gwarno jak w ulu, odgłosy żyjącego miasta mieszały się ze świergotaniem klientek, nieustającym szumem suszarek, ale dla mnie istniał tylko fascynujący świat Henry'ego Ostera, tytułowego chłopca z Auschwitz.

Już sama geneza powstania tej książki wydaje mi się niezwykle nietuzinkowa. Otóż współautor tej fascynującej powieści, Dexter Ford, poznał Henry'ego w jego gabinecie optometrycznym w Beverly Hills. On sam, jak przyznaje, był jednym z jego upierdliwych pacjentów, to jednak nie przeszkodziło mężczyznom w nawiązaniu bliższej relacji. Długie godziny dłubania nad idealnymi okularami w przedziwny sposób zbliżyły ich do siebie, co zaowocowało jakże interesującą przyjaźnią. Dextera, młodszego od Henry'ego o 25 lat, zafascynowała cierpliwość, pasja i energia doktora. A także nieustanna i zaraźliwa radość z życia, jaką ten ostatni zwykł wykazywać.

W czasie jednej z takich wizyt, kiedy Henry próbował dopasować mu soczewki kontaktowe, Dexter zauważył na jego lewym przedramieniu tajemniczy, wyblakły i przyniszczony tatuaż: B7648.


Jeśli, tak samo jak Dexter, jesteście ciekawi, jak Henry wszedł w jego posiadanie, i jak potoczyły się jego dalsze losy, to ta książka udzieli Wam wszystkich odpowiedzi. I nie bójcie się, nie będziecie musieli się po niej odtruwać. Już niejako zamieściłam Wam spoilery. Historia jest być może dla niektórych zasmucająca, ale jej bohater wyszedł z tarapatów obronną ręką. Przeżył. Nie jeden obóz, a nawet kilka! Później zaś wyemigrował do Ameryki, gdzie zmienił swoje imię z Heinz Adolf Oster na Henry Oster (nie chciał być utożsamiany z... ketchupem i TYM Adolfem), zdobył wykształcenie i zawód, który uwielbiał. Czyż to nie pokrzepiająca historia?

Po takiej ogromnej tragedii, jaką była druga wojna światowa, kiedy to zginęło 6 milionów Żydów, w tym 1,5 miliona dzieci i aż szesnastu członków jego własnej rodziny, wielu by się załamało, on jednak nie utracił apetytu na życie. Wręcz przeciwnie ‒ aż do swojej śmierci (2019 rok) wykorzystywał je najlepiej, jak potrafił. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Dziewiętnaście lat minęło jak jeden dzień!

Ostatni dzień sierpnia to data raczej zwyczajna: nostalgiczna, bo to symboliczny koniec lata, smutna, bo dla wielu oznacza koniec wakacji, beztroski i powrót do szkoły. Mimo wszystko jest to dzień raczej mało znaczący na tle innych wydarzeń w kalendarzu. Nie dorasta rangą do tych najważniejszych świąt, ale dla tych, którzy piszą swoje internetowe pamiętniki, ma on specjalne miejsce w sercu. Ostatni dzień sierpnia to Dzień Blogera.

Dziewiętnaście lat temu powstał mój pierwszy pokraczny blogowy wpis. Wtedy jeszcze na platformie Onetu. Wczesne lata XXI wieku to był prawdziwy boom na blogi. To wtedy właśnie zrodziła się Taita w Irlandii. Trochę na fali niesamowitej popularności blogów, trochę z chęci pokazania innym Irlandii, trochę z tęsknoty za kontaktem z ludźmi.

Początki, jak to zwykle bywa, były dość nieporadne. Jako świeżo upieczona blogerka długo raczkowałam, długo potykałam się i obijałam, zanim na dobre nauczyłam się sprawnie chodzić, a nawet wyrobiłam sobie swój styl.

Swego czasu dość regularnie celebrowałam na blogu te swoje małe kroki milowe – kolejne rocznice i wzrastający staż – z czasem jednak blog na tyle mi spowszedniał, że przestałam zaśmiecać go wzmiankami o Dniu Blogera.

Są w moim życiu rzeczy, których żałuję; źle podjęte decyzje, błędne działania, ale akurat nie w tym przypadku.

Czy żałuję, że jestem w miejscu, w jakim jestem? Tego, że jestem niszową blogerką znaną tylko koneserom? ;-) Nie. Bo mój blog nigdy nie miał być trampoliną do sławy, sukcesu i pieniędzy. Te ostatnie zarobiłam, doskonale wiedząc, że nigdy nie wyrosną mi na drzewie, a o sławie  nigdy nie marzyłam. Mogłabym okleić to miejsce banerami jak słup reklamowy, bo platforma blogowa to umożliwia, tylko po co? Sama nie cierpię wyskakujących reklam i skomercjalizowanych blogów, pisanych nie z pasji, lecz dla zysku, więc nie będę czynić bliźniemu tego, co mnie niemiłe.

Nie żałuję, że blogowo jestem tu, gdzie jestem. Wręcz przeciwnie. W pewien sposób nawet jestem z siebie dumna, bo blog niespodziewanie okazał się moim najdłuższym "projektem". Nie stał się dla mnie przelotną przygodą, jak dla wielu innych, lecz wiernym życiowym kompanem. Kiedy w moim życiu panowała zawierucha, zdarzało mu się obrywać rykoszetem i być traktowanym jak niekochane dziecko macochy. Zawsze jednak był gdzieś obok. Dorastał i dojrzewał razem ze mną. Był świadkiem mojej przemiany. A Wy razem z nim!

Niezwykle miło mi to pisać, ale są wśród Was inni członkowie starej gwardii. Wielu odpadło gdzieś po drodze, ale garstka najbardziej wytrwałych, która zaczynała razem ze mną, przetrwała i nadal pisze! Dublinio, Elso, Polly, Rose – nie wstydźcie się, podejdźcie bliżej, aby powygrzewać się w świetle jupiterów! Znajdzie się tu dla Was miejsce :-)

Absolutnie nie żałuję tych niezliczonych godzin, czasu, który poświęciłam na tworzenie tego mojego prywatnego, wirtualnego pamiętnika. Co prawda bezpowrotnie straciłam wiele czasu, ale wzbogaciłam się w inny sposób. Znacząco poprawiłam swoją znajomość języka polskiego, wypracowałam swój styl, ale nade wszystko zyskałam bratnie dusze. Daliście mi więcej, niż myślicie. Razem dzieliliśmy smutki i troski, godzinami czatowaliśmy, wymienialiśmy komentarzami, upominkami, mailami, SMS-ami, okolicznościowymi kartkami i cudownymi, tradycyjnymi listami.

Niektórzy odeszli z własnej woli, inni z przymusu, bo już ich nie ma wśród nas, ale najtwardsi zawodnicy przetrwali. Z czasem nawet luki po tych nieobecnych zostały wypełnione nowymi, cennymi znajomościami. Znajomościami, za które najgoręcej Wam dziękuję!

A skoro już jestem przy dziękczynnej litanii, to nie tylko chcę, ale też wręcz muszę podziękować tym, którzy przychodzą tu nie z obowiązku, ale przyjemności i sympatii.

W moim sercu zawsze wyjątkowe miejsce miały komentarze od tych, którzy sami nie prowadzą blogów, a mimo to poświęcają swój prywatny czas, by podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. Widzę Was. Doceniam Was za to.

Niegdyś plagą były krótkie i interesowne komentarze w stylu: "Super blog. Zapraszam do siebie", "Komentarz za komentarz? Obserwacja za obserwację". Dziś mamy nową plagę – komentarze generowane przez sztuczną inteligencję. Nie lubię ich tak samo jak tych interesownych, a może nawet bardziej. Jestem na nie wyjątkowo uczulona. W moim mniemaniu stanowią obrazę dla blogera, choć może inni łagodniej się na nie zapatrują. Ciekawa jestem Waszych opinii.

Dla mnie jednak sprawa jest prosta. Jeśli nie chce Ci się napisać kilku zdań od siebie, tylko wysługujesz się AI, to nie licz, że mnie będzie się chciało czytać Twoje posty. Znasz takie powiedzenie: "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie?". Szanujmy się. Chyba nie proszę o wiele?

Nie mówię Wam tego na co dzień, ale dziś, z okazji Dnia Blogera, powiem. Raz jeszcze WIELKIE podziękowania dla tych, którzy nie uprawiają handlu wymiennego, nie komentują tylko wtedy, kiedy sami dostaną komentarz, i nie korzystają z generatorów komentarzy.

Bardzo zmienił się ten nasz blogowy światek w przeciągu tych dwóch niecałych dekad. Choć wielu autorów porzuciło blogowanie, cieszy mnie fakt, że nadal są tacy, którzy piszą, wzbogacają mój świat i dostarczają mi rozrywki.

Jak niegdyś śpiewał Robert Gawliński: "Mija czas i każdy z nas, choć ten sam, jest inny, jest inny, jest inny". Ja również jestem dziś inną osobą niż te dziewiętnaście lat temu. Z tego faktu akurat nie do końca jestem dumna. Pewnie przez to blog także jest inny. Dla jednych może mniej ciekawy, dla innych – bardziej, ale to nadal ja.

Dziękuję, że mając do wyboru: być ze mną lub nie być, zdecydowaliście się na to pierwsze.

Mam nadzieję, że – jeśli dożyję kolejnej rocznicy – znów się spotkamy tutaj w tym samym gronie :-) Najlepszym z możliwych!


poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka

Zabrzmię teraz jak nawiedzony wyznawca sekty apokaliptycznej Doomsday, wieszczący rychły koniec świata, ale doprawdy trudno nie mieć takich przemyśleń, patrząc na to, co się dzieje wokół nas.

Zazwyczaj nie bawię się w uprawianie commentary na blogu, bo po pierwsze – są od tego lepsi i bardziej kompetentni ode mnie, po drugie – staram się ograniczać napływ toksycznych wydarzeń, myśli i osób do swojego życia, aby nie psuć sobie spokoju umysłu.

Teraz jednak muszę sobie ponarzekać, bo to, co się obecnie dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie! Mówię tu o tym nowym, debilnym trendzie na TikToku, jakim jest jazda pod prąd na autostradzie. Najlepiej skradzionym samochodem. Tak, dobrze przeczytaliście. Ponoć to najnowszy krzyk mody wśród kwiatu irlandzkiej (i nie tylko) młodzieży.

Nieco ponad dwa tygodnie temu ośmiu nastolatków celowo wjechało wczesnym porankiem na autostradę M50 i czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym samochodem, którym podróżował Bogu ducha winien dwudziestodwuletni uczeń elektryka. Chłopak nie dość, że ledwo uszedł z życiem, nabawił się traumy, to jeszcze stracił samochód, którym dojeżdżał do pracy! Wszyscy trafili do szpitala. Jeden z nastolatków w stanie krytycznym.

Niecały tydzień temu, 17 sierpnia, Irlandię obiegły szokujące wiadomości – na autostradzie M9 w hrabstwie Kildare  miał miejsce jeden z najbardziej fatalnych wypadków, jakie miały tutaj miejsce w ostatnim czasie. Znów z udziałem nastolatków pędzących samochodem pod prąd!

Skradzione bmw z pięcioma zamaskowanymi gówniarzami na pokładzie czołowo zderzyło się z prawidłowo jadącym hyundaiem, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Wszyscy z pojazdu marki BMW zginęli na miejscu (jednego znaleźli dopiero po długim czasie, był "ukryty" pod wrakiem), ale to akurat najmniejsza strata.

Problem w tym, że w drugim samochodzie były trzy siostry i siedmioletnie dziecko jednej z nich. Przez tych "młodych i szybkich" dwie z nich są dziś w krytycznym stanie, jedna (siedząca z tyłu z dzieckiem) w bardzo poważnym stanie, podobnie zresztą jak podróżujący z nimi chłopiec.

Nie dojechały na lotnisko w Dublinie. Nie wsiadły do samolotu, który miał je przetransportować do UK na ślub kogoś z rodziny, a to niewinne dziecko nie wróci w następnym tygodniu do szkoły, a być może nawet nie dożyje ósmego roku życia.

Myślicie, że to coś dało? Że inni młodzi poszli po rozum do głowy?

Trupy tych pięciu młodych przestępców jeszcze nie ostygły, a w sieci już krążyły nowe wyczyny kolejnego mądrego pędzącego po złej stronie autostrady w hrabstwie Cork! Wszystko oczywiście nagrywał, bo przecież inaczej się nie liczy! Podobnie było w Dublinie, gdzie w środku nocy młodzi gniewni znów zabawiali się na M50 skradzionym samochodem, zanim go rozbili i zbiegli. Ci mieli więcej szczęścia, bo przeżyli. Ale ponoć karma nigdy nie gubi adresu.

Nadszedł kolejny weekend, i znów pojawiła się kolejna tragedia. Przecierałam oczy ze zdziwienia, kiedy w ostatni sobotni poranek powitał mnie znajomy nagłówek: siedmiu zabitych po czołowym zderzeniu na autostradzie, w tym pięciu młodych mężczyzn. Tym razem wypadek miał miejsce na północy Anglii, ale był bliźniaczo podobny do tego irlandzkiego, w którym zginęło pięciu młodych przestępców. Zarówno tam jak i tu wśród ofiar był jeden Polak – Boże, co za wstyd dla naszego narodu! Jakby i bez tego mało było napięć społecznych i nastrojów antyemigranckich! Niestety, w tym angielskim wypadku dodatkowo zginęło dwóch policjantów na służbie. Nie dożyli nawet czterdziestu lat.

Jak być może zauważyliście, za każdym razem pejoratywnie określałam tych młodych, którzy przez własną głupotę stracili życie. Tu muszę coś wyjaśnić. To nie byli niewinni chłopcy, którzy ssali kciuka przed snem i oglądali dobranockę.

Mimo że zawierali się w przedziale od 15 do 18 lat, byli już doskonale znani irlandzkiej policji. Ba! Ostatnie godziny swojego życia spędzili na próbach włamań do domów i samochodów.

Część z nich pochodziła z rodzin "travellerskich", rdzennej mniejszości etnicznej utożsamianej tu z kradzieżami, rozbojami i wszelkimi problemami, ale był wśród nich też siedemnastoletni Polak, Kamil, który za miesiąc świętowałby swoje osiemnaste urodziny. Niestety, na światło dzienne zaczęły wypływać inne kompromitujące fakty – ponoć on sam był odpowiedzialny za 80% kradzieży w hrbstwie Limerick, okradał też turystów w Dublinie, a jego matka w tej swojej bezradności wręcz prosiła sąd, by go wreszcie zamknęli – liczyła, że dzięki temu może się opamięta.

Irlandzki system sprawiedliwości jest jednak przestarzały i zbyt pobłażliwy wobec młodocianych przestępców. Ci ostatni doskonale zdają sobie z tego sprawę – drwią z prawa, autorytetów, zwykłych i przyzwoitych obywateli. Ze wszystkiego i wszystkich. Wiedzą, że są świętymi, niemal nietykalnymi, krowami. Irlandzka policja nie wjedzie za nimi pod prąd na autostradę – i między innymi stąd ta zuchwałość.

Wśród irlandzkiego społeczeństwa na próżno szukać litości i łez nad "ofiarami", bo jest  ono wyjątkowo zgodne w temacie. Ludzie ubolewają nad tą biedną rodziną, która nie dojechała na lotnisko, i jak jeden mąż krytykują rozpuszczonych, zdemoralizowanych nastolatków.

Dziś ofiarami padły trzy siostry i niewinne dziecko. Jutro to może być ktoś z nas.

Pod filmikiem z pogrzebu jednego z nastolatków ktoś napisał: "Nie spoczywaj w pokoju. Ty i twój kolega obrabowaliście 89-letnią staruszkę, która ze strachu zrobiła pod siebie. Wyśmialiście ją i zabraliście jej obrączkę ślubną. Dzięki Bogu jesteście żarciem dla robaków".

Ktoś inny dodał, że wreszcie spotkała ich sprawiedliwość. Jeden z nich już był zamieszany w wypadek drogowy – poszkodowany motocyklista nabawił się poważnych obrażeń głowy.

Jako że młodzi gniewni regularnie przechwalali się swoimi występkami w sieci, prowadząc między innymi transmisje na żywo w czasie kradzieży i samochodowych ucieczek, społeczeństwo podniosło larum w sprawie mediów społecznościowych, domagając się zaostrzenia zasad publikacji materiałów, moderacji szkodliwych treści, a nawet całkowitego zbanowania TikToka.

Problem jest stary jak świat. Trudna młodzież zawsze była trudna, zawsze postępowała nieodpowiedzialnie i głupio, zawsze dopuszczała się występków, ale teraz – w dobie Internetu – ma wyjątkowo duże pole do popisu. I ogromną publikę.

Dziś, jak nigdy wcześniej, możesz zginąć dla cudzych lajków.

Niegdyś tylko rodzina wiedziała, że w jej kręgach jest debil. Dziś wie o tym cały świat. Im większy imbecyl, tym większe parcie na szkło i sławę. A co gorsza, nic w Internecie nie sprzedaje się tak dobrze jak głupota.

Wiecie, co jest nie tak ze współczesnym społeczeństwem?

Z patostreamerów robi się celebrytów.

Z lekkomyślnych młodocianych kierowców robi się bohaterów i wyprawia im pogrzeb z pompą – pomyślałby kto, że tragicznie zmarł bohater narodowy, albo zasłużony żołnierz.

Generacja Z nie ma żadnych autorytetów, więc jej przedstawiciele sami usilnie próbują się nimi stać. Zaimponować innym. Zdobyć sławę i poklask. Poczuć się ważnymi. Kimś. Może dlatego, że kiedy patrzą w lustro, widzą prawdę. To, że są nikim. A jak najlepiej wypełnić wewnętrzną pustkę? Obwiesić się drogimi ubraniami z wielkim logotypem. Nabyć mocne auto z napędem na tylne koła i liczbą koni mechanicznych przyprawiających o zawrót głowy.

Kiedy patrzę na tych młodych i gniewnych, których dziś już nie ma wśród nas, widzę coś, co ich łączy – każdy ma jakby martwy wzrok. Puste, nieobecne spojrzenie. Każdy z nich udaje wielkiego chojraka.

Możesz być przykładnym kierowcą, ojcem, mężem, uczniem elektryka, ale to nie ma żadnego znaczenia dla hołoty, która za nic ma normy społeczne i ludzkie życie. To twoje życie nic nie jest dla nich warte. Ważniejsza jest internetowa sława, pogoń za adrenaliną, lajki, poklask innych idiotów i ich podziw w oczach. Tylko to się liczy.

Nieważne, że gdzieś tam rozgrywa się ludzka tragedia. Że miał być radosny ślub i spotkanie rodzinne, a jest popsuta zabawa, morze łez, niepokój, milion pytań do lekarzy i samych siebie.

Nieważne, że gdzieś tam są wielcy niewidoczni tych dramatów – policjanci, ratownicy, medycy. Służby ratunkowe, które muszą oglądać drastyczne sceny, o które nie prosili i zasypiać z obrazem pokiereszowanych trupów.

Nieważne, że gdzieś tam są dzieci, które nigdy już nie zobaczą swojego ojca, który wyszedł do pracy, ale z niej nie wrócił. A przynajmniej nie o własnych siłach, żywy.

To wszystko jest nieważne. Ważne, że grupa idiotów miała swoje pięć minut w Internecie.

Jakoś nie dziwią mnie odkrycia naukowców i ich wyniki badań mówiące, że umiejętności intelektualne Gen Z uległy pogorszeniu względem poprzednich pokoleń.

Społeczeństwo głupieje w zatrważającym tempie, idiokracja ma się dobrze, a świat zmierza ku upadkowi.


czwartek, 20 sierpnia 2026

Jak dobrze być ignorantem!

Jakiś mędrzec powiedział kiedyś, że ignorancja jest błogosławieństwem, a ja dość często jestem skłonna przyznać mu rację.

Tęsknię za czasem, kiedy byłam naiwna i niewinna zarazem. Tego właśnie zazdroszczę młodym. Jeszcze nie wiedzą, jak zły jest świat. Żyją w swojej bańce, widzą tylko czubek swojego nosa, mają zawężone horyzonty i głębokie przekonanie, że nic złego im się nie przytrafi.

Też kiedyś taka byłam.

A potem przyszła dorosłość i stopniowo odzierała mnie z tej niewinności, niczym kucharz cebulę z kolejnych jej warstw. Nie jest to miły proces, a dodatkowo niekiedy obfituje w łzy.

Im dłużej człowiek żyje na świecie, tym ten świat więcej mu zabiera.

Najpierw naiwność i niewinność.

Potem młodość. Beztroskę. Kolejne złudzenia. Urodę. Figurę. Zdrowie. Bystrość umysłu. Wigor. Bliskich. A na samym końcu – życie.

Siedzieliśmy niedawno w pokoju dziennym szumnie zwanym salonem. Okno było otwarte dla naszej i kociej wygody – oglądaliśmy najnowszy sezon "1670" i nie chcieliśmy co chwilę podrywać się, aby wpuścić/wypuścić futrzane towarzystwo (nie tylko ludzie nie mogą się zdecydować – koty też same nie wiedzą, czego chcą).

A zatem siedzimy sobie, oglądamy, brzuchy trzęsą się nam ze śmiechu. Jednak w pewnym momencie do tych znajomych dźwięków dochodzi nowy. Najpierw próbuję go ignorować, myśląc sobie, że to pewnie któryś z kotów. Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Nie daje mi to jednak spokoju, bo okno znajduje się bezpośrednio za moimi plecami.

Roleta opuszczona jest na 3/4 długości, podnoszę ją – nic nie widać. Wracam do oglądania, a po chwili znów to samo. Znów ten dziwny dźwięk! Ni to szum, ni to szelest, ni to szuranie.

Patrzę w prawo (nic), patrzę w lewo...

A tam jakiś cień! Coś jest po drugiej stronie rolety!

"Co to jest, do jasnej anielki?!" – zaczynam zastanawiać się na głos. "Ćma?", "Motyl?"

To N I E T O P E R Z!" – Połówek identyfikuje ten niezidentyfikowany do niedawna obiekt latający.

Wystrzeliwuję z sofy niczym rakieta i odskakuję od okna jak oparzona.

Idę na zewnątrz, żeby potwierdzić przypuszczenia Połówka i z bezpiecznej odległości przyjrzeć się temu niespodziewanemu gościowi. Niestety, nie dane mi to było, bo jak tylko wyszłam przed dom, nietoperz wyfrunął przez okno i poleciał w sobie tylko znanym kierunku!

Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że zaledwie parę tygodni wcześniej natrafiłam na kuriozalny artykuł, który przykuł moją uwagę. Był o kanadyjskim chłopcu, który obudził się w środku nocy z... nietoperzem siedzącym na jego nosie i ustach! I nie, nie jest to miejska legenda, a najprawdziwsza prawda.

Chłopiec odgonił go, nietoperz został wypuszczony na zewnątrz, tam, gdzie jego miejsce, a rodzina jedenastolatka przeszła nad tym do porządku dziennego – dziecko nie miało żadnych widocznych obrażeń, zadrapań ani ukąszeń, toteż obyło się bez wizyty u lekarza.

Pewnie ta historia stałaby się z czasem niewinną rodzinną anegdotką, gdyby nie to, że niecałe trzy tygodnie później u chłopca wystąpiły nagle "tajemnicze" objawy chorobowe. Zdrętwiała mu twarz, dostał gorączki, dreszczy, zaczął wymiotować...

Tym razem nie obyło się bez pomocy lekarskiej. Zanim jednak lekarzom udało się trafnie go zdiagnozować, na ratunek było już za późno. Po kilkunastu dniach w szpitalu chłopiec zmarł.

Taką podstępną chorobą jest właśnie wścieklizna, a do tego jest praktycznie w 100% śmiertelna. Kiedy zaatakuje układ nerwowy i mózg, medycyna pozostaje bezbronna.

Niesamowicie ważna jest tutaj profilaktyka poekspozycyjna – podanie szczepionki i surowicy ZANIM pojawią się objawy. Dlatego lepiej dmuchać na zimne i, w takich przypadkach jak ten wyżej opisany, od razu udać się do lekarza po ratunek.

Ten wieczór zmienił wszystko. Do listy moich obaw i strachów dopisałam nowy: obawa przed nietoperzem!

Ale to jeszcze nic!

Zaledwie dwa dni później sytuacja znów się powtórzyła.

Połówek poszedł się myć. Wziął prysznic, wyszedł z łazienki, poszedł do sypialni. Za chwilę do tej samej łazienki wchodzę ja. Włączam światło, otwieram drzwi, a tam NIETOPERZ! Lecący prosto na mnie!!!

Narobiłam wrzasku, który zbudziłby nieboszczyka, odruchowo zakryłam się, walnęłam drzwiami i uciekłam.

W pierwszej chwili nie byłam w stanie powiedzieć, z tych emocji i nerwów, czy ten nietoperz zdołał wylecieć przez drzwi, które otworzyłam (i znajduje się teraz gdzieś w domu), czy może jednak został w łazience. Po chwili doszłam jednak do wniosku, że zawrócił i wyleciał przez uchylony lufcik, bo chyba wystraszył się mnie tak samo jak ja jego.

Po tym wieczorze byłam już poważnie obfajdana. Na szczęście niedosłownie. Przeżyłam całe swoje życie bez ani jednego takiego przypadku, a tu nagle dwa w przeciągu kilku dni? Jakie są na to szanse?! Naprawdę trzeba mieć zezowate szczęście!

Od razu pozamykaliśmy wszystkie okna. Nie przyszło mi to łatwo, bo uwielbiam rześkie powietrze i widok otwartych okien był u nas zawsze czymś normalnym.

Pech chciał, że zaraz po tym niefortunnym wydarzeniu znów mieliśmy wysokie temperatury – przez dwie noce męczyliśmy się przy zamkniętych oknach i czuliśmy jak w piekarniku. No ale przynajmniej byliśmy poza zasięgiem nietoperza!

A jakby tego było mało, jednej nocy obudziłam się z wrzaskiem "NIETOPERZ!", bo przecież mój wspaniały mózg musiał odtworzyć we śnie całą tę niefortunną sytuację z nietoperzem. Nie dość, że prześladował mnie w prawdziwym życiu, to jeszcze w nocy musiałam przed nim uciekać!

I tak sobie myślę, jak cudownie żyło mi się, kiedy byłam ignorantką. Zanim natrafiłam na ten artykuł, zanim dowiedziałam się o nietoperzach i wściekliźnie, zanim musiałam zamykać wszystkie okna na noc.

Myślę sobie też, że to swego rodzaju "cud", że przeżyłam swoje dzieciństwo na wsi. Byłam bowiem tym niewinnym i naiwnym dzieckiem, które chciało ratować każde istnienie. Kiedy więc któregoś dnia znalazłam gacka z uszkodzonym skrzydłem, zabrałam go do domu, aby w domowym zaciszu wracał do zdrowia. Nie jestem nawet pewna, czy poinformowałam o tym mamę. Historia nie skończyła się pomyślnie dla wszystkich, ale przynajmniej jedno z nas przeżyło.